czwartek, 25 sierpnia 2016

Przeminęło z wiatrem drugiej wojny światowej, czyli „Oblubienice wojny” Helen Bryan

Przyznaję, że nie spodziewałam się tak dobrej książki. Radość z czytania była zatem tym większa. Literacka rzeczywistość Oblubienic wojny przerosła moje oczekiwania, sugerując porównanie (wypadające całkiem dobrze) z książką o kobietach w czasie wojny secesyjnej, z Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell.
Na początek mocno zarysowane portrety kobiet, wydawać by się mogło, naszkicowane nieco zbyt grubą kreską, nie zapowiadają genialnej narracji, która wciąga i nie daje przestać o sobie myśleć. Pięć dziewcząt pochodzących z różnych środowisk, o zupełnie odmiennych problemach, spotyka się podczas wojny w jednej wsi. Alice – córka pastora, która niebawem ma wyjść za mąż. Evangeline – Amerykanka, która właśnie wyszła za mąż i to za narzeczonego Alice. Elsie – najstarsza córka przedstawicieli londyńskiej biedoty. Frances – przebojowa panna z dobrego domu, która sprzeciwia się ojcu oraz Tanni – austriacka Żydówka, najbardziej zagubiona w tym gronie – w pośpiechu wyszła za mieszkającego w Wielkiej Brytanii znajomego rodziny, z którym mogła uciec od hitlerowskich okrucieństw.
Te wszystkie kobiety trafiają do Crowmarsh Priors – jednej z wielu wiosek, w których podczas wojny angielski rząd umieszczał dzieci ewakuowane z Londynu. Alice mieszkała tam od zawsze, Evangeline przyjechała po ślubie z Richardem, nastoletnia Elsie, której nie obejmował obowiązek ewakuacji, trafiła tam, by uczyć się bycia służącą. Tanni natomiast została zakwaterowana ze swoim kilkumiesięcznym synkiem w domu Evangeline, a Frances przysłał na wieś jej ojciec. Na początku nic nie wskazuje, że te pięć kobiet może połączyć głęboka przyjaźń. Kobiety chcą walczyć, angażują się w działania Land Army, Frances pragnie robić coś więcej niż uprawiać ogródek, wkrótce dostaje się do wywiadu wojskowego. Układają sobie życie, rodzą dzieci, rozwijają swoje umiejętności. Podejmują się trudnych wyzwań, tracą bliskich. Żadna z nich nie ma rodziny w pełnym znaczeniu tego słowa, dlatego w końcu stają się dla siebie rodziną, nawet jeśli Alice stoi nieco z boku, najbardziej chłodno ocenia pomysły i sztywno stosuje prawo, to w końcu zyskuje coś z szaleństwa Evangeline i przebojowości Frances.
Oblubienice wojny to książka kobieca w takim znaczeniu, jak kobiece jest Przeminęło z wiatrem. Działania wojenne się toczą, na świecie dzieją się okrucieństwa, przytoczone są opisy działania obozu w Oświęcimiu oraz wywołujące ciarki na plecach relacje z bombardowania Londynu. Wojna jest jednak w tej książce widziana oczami kobiet – tych, które musiały przejąć męskie role (pomocnic przy odgruzowywaniu i wydobywaniu ofiar, czy, na wsi – myśliwych i rolników) i tych, które próbują mimo wojny żyć: wychodzą za mąż, rodzą dzieci, szyją wyprawki niemowlęce, a także stroją się na spotkania ze swoimi mężczyznami. Za symbol ich przyjaźni można uznać przekazywany sobie, z błyskiem porozumienia w oku, na takie szczególne okazje peniuar. Trzymająca w napięciu narracja drugiej połowy książki sprawia, że nawet jeśli początek powieści wydał się blady, całość wypada bardzo dobrze. To książka pełna ludzkich dramatów, ale nie jest wyciskaczem łez. Książka, która mówi o potrzebie miłości i przyjaźni, ale nie wykorzystuje cukierkowo słodkich tonów. Literatura stworzona, by przy niej po prostu odpocząć bez poczucia straty czasu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Helen Bryan, Oblubienice wojny, tłum. Olga Kwiecień, Editio 2016

piątek, 15 lipca 2016

Pół roku z książką, czyli "Twoje niemowlę tydzień po tygodniu"

Okładka książki Twoje niemowlę tydzień po tygodniuZałożenie było takie, że nie będziemy kupować książek na temat opieki nad dzieckiem. Tę mąż dostał w pracy, więc skoro już jest, to warto do niej zajrzeć. Może zacznę od plusów, bo tych jest mniej:
- nauczyłam moje dziecko samodzielnego zasypiania, bez bujania (wiedziałam, jak przeprowadzić taki trening, nawet nie płakała, ponieważ został wdrożony dość szybko)
- nauczyłam się sprawdzać, kiedy Ania śpi na tyle głęboko, że można ją odłożyć (test bezwładnej ręki był wykonywany często na samym początku, kiedy zasypiała przy piersi)
- dowiedziałam się, że to normalne, że posiłek noworodka trwa godzinę (ze wszystkich stron słyszałam, że młoda zbyt długo siedzi mi na cycu, oczywiście z biegiem czasu zaczęła skracać długość ssania)
- książka jest podzielona na rozdziały, odpowiadające tygodniom życia dziecka, a te na podrozdziały: karmienie, sen, wypróżnianie, kąpiel, co się dzieje z mamą itp.
- spodobał mi się brak terrorystycznego podejścia do karmienia piersią; sama karmiłam córkę naturalnie, ale autorki książki w żaden sposób nie wskazują, który sposób jest lepszy, nie wartościują i nie narzucają rozwiązań; sama też uważam, że to osobista sprawa każdej kobiety i skoro nie karmi piersią, to pewnie ma powód, nieważne jaki.

I to chyba tyle dobrych stron.

Jednak książka całościowo nie okazała się tak przydatna, jak można było się po niej spodziewać. Po pierwsze podział na tygodnie nie jest zbyt wygodny, ponieważ trzeba zawsze być kilka tygodni do przodu z czytaniem. Nie tylko dlatego, że każde dziecko ma nieco odmienne tempo rozwoju, ale także ze względu na przykład na poradniki: co powinno niepokoić?/kiedy wybrać się do lekarza? Sytuacje tam opisane mogą się wydarzyć nie tylko w tygodniu, do którego zostały podporządkowane. Jest to wada, ale do przeżycia.

Kolejna rzecz - tłumaczenie tylko częściowo jest dopasowane do polskich realiów. Owszem, dotyczy spraw prawnych oraz szczepień, ale na pewno nie rozszerzania diety (zarzuty mam do wskazania pasternaku jako jednego z pierwszych warzyw, trudno dostępnego w sklepach, a praktycznie nieobecnego na rynku, a przecież są inne warzywa, bardziej oczywiste w polskiej kuchni). 

Fatalna, niepełna korekta: literówki, a nawet niedokończone zdania są czymś, co zdarza się tak często, że mocno irytuje. Czasem wygląda to tak, jakby ktoś zapomniał powiększyć tabeli, w której znajduje się tekst, a czasem tak, jakby tłumacz zastanawiał się, jak coś napisać, ale ostatecznie nie wrócił do problematycznego fragmentu.

Brak wskazówek dotyczących karmienia naturalnego.

Niedopasowanie niektórych rad do wieku dziecka - mam na myśli rady dotyczące wywołania odbicia u malucha. Autorki podają, że można sobie dziecko posadzić na kolanach i masować plecki. Owszem, ale u dziecka, które jako tako siedzi. Rada podana gdzieś około drugiego miesiąca życia jest mocno na wyrost i nie zostało to zaznaczone.

Obsesja na punkcie SIDS, czyli zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej - wszędzie, na każdym kroku, od pierwszej do ostatniej strony: dziecko nie może spać na brzuchu, dzieci, które śpią z rodzicami, częściej umierają, itd, itp. Wszystko po to, by na ostatnich stronach przeczytać (książka obejmuje pół roku dziecka), że dziecko ma już pół roku i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wydaje mi się, że dużo częstszym problemem jest katar u noworodka, który nie potrafi jeszcze oddychać ustami, ale o tym w książce nie ma ani słowa. 

Brak rad dotyczących ćwiczeń i zabaw dla niemowlęcia - jak zająć czas, jak wspierać rozwój, w jaki sposób można z dzieckiem ćwiczyć. Zwracam uwagę na ten fakt, ponieważ sama nauczyłam się bardzo prostych ćwiczeń dopiero na rehabilitacji. Mam na myśli ćwiczenia dla zdrowych dzieci, które wzmacniają młode mięśnie. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać taki obrazkowy instruktarz w książce lub skierować do nagrań w internecie.

Ostatnia rzecz sprawiła, że odpuściłam sobie lekturę tej książki. Sumiennie śledziłam może pierwsze 6 tygodni, poirytowana jedną sprawą: rubrykami snu. Kiedy Twoje 2-tygodniowe dziecię przesypia łącznie na dobę 8-10 godzin, a Ty czytasz, że powinno spać od 16 do 20 godzin, coś Cię trafia. Tak, to szlag. Ty jesteś zmęczona, ale przez ponad pół doby siedzisz ledwo żywa, kołysząc dziecko i nucąc: "Śpij już, śpij już", a ono ma cały czas otwarte oczy. W okolicach 5 tygodnia dałam sobie z tym spokój. Nie chcesz spać, to nie śpij. Ania i tak nie spała, ale ja to lepiej znosiłam. To nieprawda, że każdy noworodek przesypia większość doby. Książka nie dawała rad, jak można zająć marudzące dziecko, które nie śpi (biało-czarne wydruki wzorów, kresek, kół, podpowiedziała mi położna). Poza tym moje dziecko na 6 tygodni przesypiało bez przerwy w godzinach nocnych 6 godzin, a od 8-9 tygodnia, 9 godzin. Kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, a ja byłam tyle czasu bez karmienia, myślałam, że piersi mi eksplodują. Do końca karmienia wstawałam w nocy ściągać pokarm, a moje dziecko spało. Oczywiście książka nie brała pod uwagę innego scenariusza niż dwumiesięczniak, który w nocy je co 3 godziny, a na pełną przespaną noc mama musi poczekać. 

Tak czy inaczej: wady przeważyły nad zaletami. Mimo że ilościowo wyszło mi podobnie, to rubryka dotycząca snu oraz ciągłe straszenie śmiercią łóżeczkową według mnie stawia sensowność tego poradnika pod dużym znakiem zapytania.


Powrót Marii Kostki, czyli „Arystokratka w ukropie”

Okładka książki Arystokratka w ukropieDruga część pamiętnika Marii Kostki dorównuje pierwszej pod kątem walorów rozrywkowych. Pierwotnie książka była całością, jednak została podzielona po sugestiach wydawcy, że książka śmieszna nie powinna być kilkusetstronicowa. Arystokratka w ukropie zaczyna się w tym momencie, w którym kończyła się Ostatnia arystokratka. Trzeba o tym pamiętać, żeby wiedzieć, czego oczekiwać po książce. Jest tak samo dobra, jak pierwsza część, ale nie jest od niej lepsza.
Wrażenia po lekturze – lekka, dobra rozrywka, naprawdę warta uwagi. Choć odniosłam wrażenie, że w pierwszej części było więcej żartów językowych, w drugiej zdecydowanie przeważają sytuacyjne.
Kilka naprawdę niezłych gagów sytuacyjnych okrasza lekturę (np. Deniska, która biega w zbroi i czyści toalety), jednak salw śmiechu było zdecydowanie mniej niż za pierwszym razem. Zastanawiam się, dlaczego – czy to kwestia oczekiwań (wiedziałam, że będzie zabawnie, ale nie zaskoczył mnie poziom humoru jak przy pierwszej części) czy zmęczenie autora wymyślaniem zabawnych sformułowań i zdarzeń.
Evžen Boček, Arystokratka w ukropie, tłum. Mirosław Śmigielski, Stara Szkoła, Wołów 2016

piątek, 15 kwietnia 2016

Grzegorz Uzdański, „Wakacje”, czyli jak to bywa z podróżami do korzeni

Marta i Justyna – matka i córka, dwie kobiety, pomiędzy którymi komunikacja jest dość trudna, przyjeżdżają na Mazury, by dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu babki-Niemki. Szukają ukrytej przez lata historii rodzinnej, która sprawiła, że babka nigdy nie wspominała o swoim pochodzeniu. Idea szczytna, tyle że gdzieś po drodze uległa rozmyciu. Powieść Grzegorza Uzdańskiego, przy pełnym szacunku dla bardzo dobrze zrealizowanego pomysłu na literacką wypowiedź, wydała mi się nieco pozbawiona fabuły. Miało się coś wydarzyć, miały być jakieś wnioski, odkrycia, a kobiety wracają do Warszawy z pustymi rękoma.
Mimo tej mojej wątpliwości dotyczącej braku fabuły, książka jest warta uwagi, częściowo przez zastosowanie modernistycznego strumienia świadomości. Technika ta dotyczy zwłaszcza młodszej z kobiet, która ma obsesję na punkcie zakładów zawieranych z samą sobą, najczęściej dotyczących tego, kto wyjdzie zwycięski ze starcia Superman i Wonder Woman. Narratorowi rzeczywiście udaje się zapisać myśli bohaterki w sposób dosyć naturalny – ze wszystkimi niedopowiedzeniami, dziwactwami, osobistymi wycieczkami i objawami nerwicy.
Ponadto warty uwagi jest rozdział, w którym autor ośmiesza uwagi na marginesach w powieściach, stosowane przez wydawnictwo Greg. Dołączenie objaśnień do własnego tekstu nadaje temu fragmentowi charakteru „przegadania”. Ukazuje śmieszność i brak sensu takiej praktyki wydawniczej, która całkowicie odziera lekturę z wielowarstwowych znaczeń, a także ogranicza interpretację, wskazując jedną drogę pracy z utworem. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu
Grzegorz Uzdański, Wakacje, W.A.B., Warszawa 2016

piątek, 8 kwietnia 2016

Czas ucieka, postów nie ma

Sporo obowiązków w domu przy córci, do tego trochę nauki i w rezultacie blog odłożyłam na bok, co nie znaczy, że o nim zapomniałam. Postaram się w najbliższym czasie przybliżyć Wam powieść Wakacje Grzegorza Uzdańskiego, która jest nie tylko zapisem nieudanej próby rozliczenia się z rodzinną przeszłością, nie tylko przytoczeniem relacji pomiędzy dwiema dorosłymi kobietami, ale dla mnie przede wszystkim jest interesującym zjawiskiem pod względem odwagi zapisu momentami obsesyjnych myśli bohaterek. Strumieniowy zapis, rwany i pozbawiony znaków interpunkcyjnych, doskonale naśladuje sposób przewijania się przez głowę myśli. Postaram się napisać o tej książce coś więcej, w sposób bardziej uporządkowany niż teraz, kilka godzin od zakończenia lektury. W następnej kolejności zaproszę Was na zamek Kostka, gdzie spotkamy Arystokratkę w ukropie ;-).

środa, 9 marca 2016

„Anatomia istnienia” Tomasza Mazura – zestawienia i refleksje

Wiedza o życiu w pigułce – eseje Tomasza Mazura składają się na ciekawy zbiór. Autor krok po kroku proponuje refleksyjny opis życiowych aktywności. Doświadczenie miesza się osobistymi opowieściami, a przemyślenia z głębokimi wnioskami.
Ciekawie zapowiada się już… spis treści. Tytuły poszczególnych tekstów włączone są w myśl, która streszcza tematykę całego zbioru. Tomasz Mazur dotyka bodaj wszystkich aspektów życia. Dojrzewanie, wiarę, seksualność, pożywienie, a także niepokoje, które towarzyszą życiu.
Esej powinien poruszać w człowieku pewne delikatne struny, skłaniać do budowania na kanwie tekstu przemyśleń. I takie są eseje Mazura. Sądzę, że każdego przykuje inny tekst, inny wniosek, inne zestawienie. Zwłaszcza tych zestawień u Mazura jest dużo. Są one proste, niewymuszone, ale świeże, a autor bardzo lekko przekazuje odbiorcy swój sposób wnioskowania.
Esej o rośnięciu, doskonale skonstruowany pod względem formalnym, zdecydowanie zapada w pamięć. Dotyczy rośnięcia w wymiarze człowieczeństwa. Jednak chyba największe wrażenie, i trudno mi określić powód, dla którego tak się stało, wywarł na mnie esej Dwugłos o pokarmie. Znaleźć tu można i naturalizm i język religijny, piękną językową mieszankę wegetarianina i mięsożercy. To apoteoza roślin i zwierząt, z których człowiek czerpie swoje siły.
Eseje Mazura są także kształtowaniem się pisarza – podmiot mówiący wyraźnie poszukuje właściwej sobie metody wyrażania myśli. To tym bardziej ciekawe zjawisko z punktu widzenia odbiorcy. Autor próbuje różnych metod, by znaleźć swój indywidualny styl. Dzięki temu zbiór nie jest monotonny, a autor nie wpada w rutynowe formułowanie myśli.
Jeszcze jeden plus - sposób, w jaki książka została wydana. Przyjemny w dotyku, matowy papier okładki i format tomiku poetyckiego koresponduje z metaforyką i poetyckim widzeniem świata, zawartym w esejach.

Tomasz Mazur, Anatomia istnienia, Barbelo, Warszawa 2014.

wtorek, 9 lutego 2016

Już niedługo "Anatomia istnienia" Tomasza Mazura

Jakiś czas temu korespondowałam z Tomaszem Mazurem, który ma na swoim koncie książkę pt. Mozaika indyjska, a tym razem proponuje zbiór esejów. O ile pierwsza książka powstała jako wynik podróżniczego dorobku człowieka, który nie może zagrzać miejsca, o tyle Anatomia istnienia ma stanowić podsumowanie życiowego dorobku w każdym aspekcie. Mam nadzieję, że córcia oraz obowiązki uczelniane pozwolą mi jak najszybciej przeczytać Anatomię.

Po szybkim przewertowaniu zapowiada się ciekawie, zwłaszcza z punktu widzenia mojego zainteresowania literackimi eksperymentami językowymi.

Tomasz Mazur prezentuje okładkę swojej książki