piątek, 8 września 2017

Rymowanki Urszuli Kozłowskiej - "Ciekawska krówka", "Pomysłowy indyk"

O talencie Urszuli Kozłowskiej nie trzeba nikogo przekonywać. Jej książki z serii Wykrojników stały się pierwszymi rymowankami Ani. Tak naprawdę to one rozbudziły w córce zainteresowanie rytmicznym tekstem. Wcześniej, czyli przed 15. miesiącem życia, Ania wybierała przede wszystkim książki obrazkowe (lubi je do tej pory), natomiast z fabularnych miała jedną, którą kazała sobie czytać bez przerwy - nierymowaną książeczkę o kotku Mam już rok/Poznaję świat. Aż tu nagle taka ulga dla nas - nie musimy czytać o kotku, którego przygody nie są porywające. Możemy czytać o Krówce oraz Indyku, i to przede wszystkim w formie przyjemnych rymowanek, posiadających także refreny. Ania absolutnie pokochała te książki. 
Ciekawska krówka jest opowiastką o tym, jak tytułowa bohaterka, cielaczek jeszcze, stwierdza, że znudził jej się jadłospis, jaki proponuje jej mama. Pyta inne zwierzęta, co jedzą, szukając pomysłu na urozmaicenie swojej diety. Jednak sama dochodzi do wniosku, że ani kapusta od zająca, ani szyszki i orzechy od wiewiórki, ani kości i kasza od psa nie są przeznaczone dla niej i wraca na łąkę, by jeść trawę i mlecz. W przypadku starszego dziecka książka może być przyczynkiem do rozmowy nie tylko o jadłospisie różnych zwierząt, ale także o tym, że coś, co posiadają inni, nie zawsze będzie odpowiednie dla niego. Uwaga dla rodzica: warto przygotować się na pytania, co jedzą inne zwierzęta, np. wymienione w bajce w podsumowaniu: wróbel, sowa, kot, mysz - u których ponoć też Krówka była.
Pomysłowy indyk ma bardziej humorystyczną fabułę (co nie znaczy, że Krówka jest poważną lekturą). Jego żona ma imieniny i wszystkie zwierzęta w zagrodzie namawiają go, by z tej okazji oddał jej swoje korale, a on wszystkim tłumaczy, że nie może. Zwierzęta mu nie wierzą. Sprawę ratuje szpak, który proponuje zmartwionemu indykowi, by podarował żonie korale z jarzębiny. W tym kontekście pomysłowy jest nie indyk, ale szpak, natomiast tytuł wydaje się nieadekwatny do treści. Rozumiem jednak, że tytuł taki jak Zmartwiony indyk (co pojawia się w refrenie -"gulgocze indyk zmartwiony") nie byłby chwytny marketingowo. Starsze dziecko spyta pewnie, co za korale ma indyk i dlaczego nie może oddać ich żonie ;-).

Książki z duużym plusem ode mnie, także za przyjemne ilustracje Arlety Strzeszewskiej.

Urszula Kozłowska, Ciekawska krówka, Pomysłowy indyk, Wilga (GW Foksal)

poniedziałek, 4 września 2017

"W domu, w dziczy, na ulicy" - książka obrazkowa na roczek

Po absolutnym sukcesie Ulicy Czereśniowej, którą moja listopadowa córka dostała na roczek od dziadków, przyszła pora na jakiś prezent świąteczny. Mąż podjął się tego wyzwania z niewiadomych przyczyn sam. Hmmm...

I powiem szczerze, że kiedy zobaczyłam książkę W domu, w dziczy, na ulicy autorstwa ponoć cenionej Fiep Westendorp, miałam mieszane uczucia. Dziwne jakieś te obrazki. Koślawe takie. Do tego właśnie "słownikowa forma", to znaczy tematyczna, ale afabularna. Okazało się, że Ania była innego zdania i radziła sobie z tą książką lepiej niż ja. Tak, tak, czasem nawet osoba dorosła musi się mocno przyjrzeć, czy zwierzak na obrazku jest psem czy kotem. Tych wątpliwości dziecko nie miało ani przez moment. Ania zainteresowała się nią jakiś czas od otrzymania (była wtedy jeszcze w ferworze książek R.S. Berner), ok. 14.miesiąca i mniej więcej 5 miesięcy książka cieszyła się stałym, choć nie szalonym zainteresowaniem. Od jakiegoś czasu zagląda do niej sporadycznie, ale jeśli już ją otworzy, spędza z nią sporo czasu, jak na dziecko, które jeszcze nie ma 2 lat. 
Westendorp proponuje zakresy tematyczne przedstawianych (przede wszystkim) przedmiotów i postaci. Są więc elementy wyposażenia mieszkania, szkoły, cyrku czy parku. Jest prezentacja zawodów i domowych zwierząt, a także środków transportu. Moje wątpliwości dotyczące koślawości rysunków nie minęły, mają one nierzadko niewiele wspólnego z rzeczywistym wyglądem (na przykład rozkładówka zatytułowana "pojazdy" jest po prostu dziwna). Obok każdego obrazka umieszczone zostały napisy, mówiące o tym, co autorka miała na myśli. I dobrze że są - bez nich rodzicowi czasem byłoby naprawdę trudno... Wiadomo, że w książce dla małego dziecka (1-3 lata) umieszczanie podpisów jest średnim pomysłem, prawda? Oczywiście o ile to nie jest książka stricte do czytania, ale to całkiem inna historia.
Książka jest bardzo ciężka i gruba, ale ma przyjazny, kwadratowy format. Poszczególne rozkładówki mieszczą się w dwóch podstawowych typach obrazowania:
a) proste rozmieszczenie w rzędach produktów/przedmiotów/osób, np. 
b) ciekawsza z naszego punktu widzenia forma - próba stworzenia z elementów spójnego obrazka, w którym przedmioty występują w otoczeniu innych - wydaje mi się to łatwiejsze do ogarnięcia dla takiego małego dziecka:
c) formy pośrednie - łączą dwie powyższe w różnym stopniu, jakby zamiarem autorki było wykorzystanie całej przestrzeni na stronie:


Problem z tą książką mają zatem przede wszystkim rodzice. Pewnie dlatego, że jest inna niż typowa niemowlęca książka z obrazkami czy klasyczna obrazkowa do opowiadania. Jednak muszę przyznać, że kiedy Ania mówi "mama cita" (czyli "mamo, czytaj"), a ja ją pytam, co mam poczytać, to zawsze cieszę się, kiedy wybiera Ulicę Czereśniową lub rymowanki, np. J. Brzechwy czy świetnej Urszuli Kozłowskiej, ale kiedy wskazuje na książkę F. Westendorp, uchodzi ze mnie powietrze, bo jej po prostu czytać nie umiem. Poza tym jest w niej coś irytującego. Książkę ratują pełne rozkładówki, jak ta o ogrodzie, ale przed tymi "słownikowymi" rodzic dziecka przed drugimi urodzinami stoi bezradny. Może coś się jeszcze w tym zakresie zmieni, a może niedługo ta książka, jak kilka innych, zostanie odłożona do pudła, bo Ania zupełnie przestanie zwracać na nią uwagę.

Być może problemem tej książki jest fakt, że stanowi ona zbiór obrazków wybranych z wieloletniej twórczości autorki. Wydana w Holandii w roku śmierci ilustratorki, we współpracy z jej fundacją działającą na rzecz dzieci, może wcale nie była przez nią autoryzowana. Myślę, że byłaby dużo przyjemniejsza, gdyby składała się wyłącznie z pełnych rozkładówek. Ale może autorka nie zdążyła jej przygotować w takiej formie? Tego nie wiem.

Fiep Westendorp, W domu, w dziczy, na ulicy, tłum. Jadwiga Jędryas, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016


piątek, 1 września 2017

Świat wokół nas - książka z obrazkami dla niemowlęcia


Dzisiaj krótki wpis o książeczce, na którąś ktoś miał dobry pomysł, ale niezupełnie dobrze go zrealizował. Biało-czarne kontury (powtarzający się motyw serca), do tego kolorowe obrazki wewnątrz kształtu i oznakowanie 6m+. W odniesieniu do poprzednio opisanych przeze mnie książeczek Bystre oczka, książka Świat wokół nas jest niezwykle uboga, a (chyba z przezorności) została oznaczona przez wydawcę wyższą kategorią wiekową. Tak czy inaczej - nuda. U nas było na tyle nudno, że książka stała się usypiaczem. Do każdego obrazka przyporządkowałam zdanie, które powtarzałam w niezmiennej formie, np. "Domek ma czerwony dach". "Drzewo rośnie obok domu". "Kwiatek stoi na parapecie". Książka będzie nudna także dla młodszego dziecka, ponieważ kontur serca jest powtarzalny. Gdyby były to obrazki wewnątrz różnych kształtów, książka spełniałaby swoją funkcję o wiele lepiej i była ciekawa dla różnych grup wiekowych.
Świat wokół nas, Grupa Wydawnicza Foksal

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Bystre oczka, czyli książka obrazkowa dla malucha

W kolejnym wpisie z serii Książka na pierwszy rok życia dziecka opowiem Wam o pewnym typie książeczek poznawczych dla niemowląt, które z powodzeniem mogą służyć nawet do 15. miesiąca życia, w zależności oczywiście od zainteresowania młodego człowieka.
Kontrastowe, wyraźne i kolorowe przykują uwagę malucha około 5.-6. miesiąca życia, choć wydawnictwo informuje, że są to książeczki dla niemowląt, które mają trzy miesiące. Nie jestem pewna, czy tak małe dziecko poradzi sobie wzrokowo z tyloma różnymi elementami wizualnymi. Kolory, choć bez subtelności, są zróżnicowane i trzymiesięczniak może nie dać rady skoncentrować na nich wzroku. Wypatrzyłam te książeczki w dyskoncie, gdy Ania miała około pół roku i długo były naszym obowiązkowym wyposażeniem torby. Przydawały się także latem na długich spacerach, kiedy córka nudziła się w parku.
Pierwsza z nich, A kuku stanowi dobrą zabawę nawet dla dziecka około roku, które zacznie
wypatrywać, gdzie się schował ludzik i co on robi. Wcześniej ma walor wyłącznie wizualny, co nie znaczy, że jest nudna. Duże zróżnicowanie graficzne i wyraźne linie prowadzą oczy dziecka. Obie książeczki korzystają z geometrycznych wzorów i są bardzo pogodne. Starsze niemowlę może się z nich uczyć pewnych zależności (dziecko w wózku śpi, bobas pomaga rozwieszać pranie, statek pływa, a samochód jedzie). 
Druga książeczka Wzory i kolory rzeczywiście jest przeznaczona dla małego niemowlęcia i ok. 10. miesiąca życia dziecko przestaje zwracać na nią uwagę. Podobnie jak obrazki dla noworodków (tu) korzysta z analogii i opiera się na nauce wychwytywania podobieństw. O ile z pierwszej można było ułożyć kilka wersji całkiem rozbudowanej historyjki, o tyle zawartość drugiej nie jest z sobą powiązana znaczeniowo. Układ książeczki jest znany z wcześniejszych: lewa strona to wyeksponowany motyw, a prawa - jego zastosowanie. Nam najbardziej podobał się domek z czerwonymi dachówkami. Jednak podczas fotografowania książeczki do wpisu, Ania już nie była taka pewna, czy fajniejsza nie jest kredka w paski ;-)


Joanna Homel, Iwona Janoszek, Bystre oczka: Wzory i kolory, Bystre oczka: A kuku, wyd. Debit, Bielsko-Biała

czwartek, 24 sierpnia 2017

O tym, dlaczego miś opowiadający bajki wcale nie musi być smutną zabawką


Kiedy roczna Ania otrzymała na Święta Bożego Narodzenia misia opowiadającego bajki, zrobiło mi się trochę smutno. Niby że ktoś uważa, że ja nie mogę dziecku czytać bajek? Musi to robić zabawka z wgranym dźwiękiem? Przyznaję, miałam wobec niego opory. Jednak okazało się, że to dobre rozwiązanie, jednak musiałyśmy do niego dojrzeć – zarówno ja, jak i Ania. Ania musiała przyzwyczaić się do głosu lektora i nauczyć włączać misia (cztery przyciski – na każdej łapce oraz przycisk regulacji głośności na uchu), a ja przekonać, że zostawienie tego towarzysza w łóżku nie robi ze mnie wyrodnej matki, która nie czyta dziecku bajek.
Po pierwsze: atrakcja – dziecko ma satysfakcję, że udało się samodzielnie włączyć dźwięk.
Po drugie: towarzystwo – gdy mama po prostu musi, tu i teraz, iść do ubikacji albo wyczyścić nos albo coś zjeść.
Po trzecie: łagodniejsze wejście dziecka w dzień lub przebudzenie po drzemce. Ania, od kiedy przyzwyczaiła się do misia, włącza go sobie po przebudzeniu z jej krótkich i rzadkich drzemek. Co pozwala mi niejednokrotnie skończyć to, co właśnie robiłam, zamiast biec do dziecka, które właśnie teraz, w tej chwili, musi wyjść z łóżka.
Miś z bajkami Dream Makers nie zastępuje czytania dla dziecka i wspólnego oglądania obrazków, co wydawało mi się na początku. Wspiera dziecko w nauce samodzielnej zabawy i daje poczucie bezpieczeństwa, że nie zostaje samo, gdy jest ten moment, że po prostu rodzic musi coś zrobić i nie może tego zrobić z dzieckiem na ręku (np. odcedzić ziemniaki). Stanowi też wsparcie podczas zabawy. Miś opowiada, dziecko jeździ samochodzikiem, mama próbuje zerkać przez ramię czytając artykuł językoznawczy. Dziecku nie przeszkadza wtedy cisza i dłużej trwa, zanim zauważy, że rodzic nie poświęca mu całej uwagi.
Dużym plusem misia, którego otrzymała od chrzestnych Ania jest możliwość wgrania bajek z bazy producenta, a oprócz klasyki: Czerwony Kapturek, Kot w butach czy Brzydkie Kaczątko (bardzo smutna, szybko ją zmieniłam) wybrać można też polskie legendy: o Syrenie czy rycerzach śpiących w Giewoncie, które wszyscy szybko polubiliśmy.
Poza tym ubranko misia (koszulka i szlafmyca) pełni nie tylko ozdobną funkcję. Stanowi osłonę rozpięcia na plecach, z którego dziecko mogłoby wyjąć mechanizm oraz kabel USB. Rozpięcia nie widać, więc nie kusi. Poza tym doceniam producenta, który wpadł na pomysł umieszczenia mechanizmu właśnie w plecach, a nie między nogami. Mamy innego misia z elektroniką, który mechanizm włączania i baterie ma właśnie między nogami i musi chodzić w pieluszce wielorazowej, żeby Ania nie sięgała do kabelków, które wypadały z niego pod wpływem siły ciężkości. Kolejny plus – miś może być włączony cały czas, tak, żeby dziecko mogło uruchomić bajkę tylko naciskając na przycisk na łapkach. Gdy skończy się nagranie, miś znów jest „uśpiony”. Można też bajkę wyłączyć wcześniej, przez ponowne naciśnięcie przycisku. Warto zwrócić na to uwagę, bo część zabawek z nagraniami uruchamia się i wyłącza wyłącznie przez przycisk centralny, znajdujący się w schowku, który z założenia miał być ukryty przed dzieckiem.
Minusy – w nagraniach pojawiają się błędy językowe, powtórzenia oraz źle zmontowane, jakby przestawione elementy. Mnie osobiście irytują, ale mąż twierdzi, że się czepiam. Nie można też wgrać swoich bajek. Chętnie nagrałabym siebie lub męża czytających bajkę.


poniedziałek, 14 sierpnia 2017

„Książeczka” tekstylna dla niemowlęcia 6-12 miesięcy

Na rynku dostępne są różne książeczki-sensorki, które łączą w sobie formę książki z różnymi materiałami, a nawet elementami grzechotki i piszczałki. Niektóre z nich, co jest ich dużą zaletą, można wyprać - np. wtedy gdy dziecko uleje mlekiem na zabawkę lub książeczkę zabierze pies. My korzystaliśmy z trzech "książeczek" tego typu: książeczki z żyrafą firmy Babydream oraz dwóch Canpol Babies: Marine Friends oraz interaktywnej dwustronnej, która dopiero po rozpakowaniu okazała się bardziej harmonijką i to dużych rozmiarów niż książeczką.

Pierwsza z nich - Babydream jest według mnie najlepsza. Po pierwsze spełnia funkcję nie tylko kart z obrazkami dla dziecka w drugim półroczu życia, ale można ułożyć z niej prostą historię, np. o żyrafce, która wybrała się w odwiedziny do kangurzycy, a później razem poszły do zoo, gdzie spotkały małpkę i lwa. Połączenie różnych materiałów: pluszu, tkaniny bawełnianej, bezpiecznego lusterka i piszczałki, a dodatkowo wyposażenie książeczki w kieszonkę oraz odstające (ucho słonia) i szeleszczące (zaszyta folia) elementy sprawiły, że książeczkę zgubioną na spacerze postanowiliśmy kupić jeszcze raz. Zabawka jest poza tym cicha (sprawdzi się np. w poczekalni do lekarza), zajmuje mało miejsca i można ją przywiązać troczkami do pałąka wózka. 


Po sukcesie tej pierwszej książeczki tekstylnej postanowiliśmy poszukać czegoś innego, co spełniałoby podobną funkcję. Tak trafiliśmy na produkt Canpola Marine Friends, który jednak u nas nie okazał się takim hitem. Książeczka pluszowa, zatem miła w dotyku, nie pozwoliła już jednak producentom na urozmaicenie postaci i obecność kilku na jednej pluszowej "stronie". Ta cecha zabrała zabawce walor opowiadania, trudniej przecież ułożyć historię z czterech postaci, które widnieją na obrazkach niż z żyrafki, która jedzie pociągiem z innymi zwierzętami.
Książeczka, podobnie jak Babydream, posiada piszczałkę, zaszytą folię i bezpieczne lusterko, a także odstające elementy, za które dziecko może pociągać. Jej dużym minusem jest sposób mocowania do wózka lub łóżeczka - twarde, plastikowe zapięcie dziecko traktuje jak gryzak, a nie jest ono do tego przeznaczone. Gryzak jest wbudowany, ale Ania nie zwróciła nawet na niego uwagi. Książeczki nie miałam okazji prać, ponieważ Ania mało się nią bawiła. Nie wiem zatem, jak znosi kontakt z wodą. 

Ostatnia "książeczka" okazała się niewypałem. Po pierwsze nie jest książeczką, tylko harmonijką, i to taką, która trudno stoi, jest duża, nieporęczna i przywiązać ją można praktycznie tylko do łóżeczka. Po drugie dziecko praktycznie sobie z nią nie radzi, a mimo dużych rozmiarów, zawiera niewiele aktywizujących elementów. Jest melodyjka, lusterko, piszczek, jakiś szelest czy doszyte elementy, ale na te rozmiary i dwustronność wydaje się za mało. Książeczki nie można prać (właśnie przez tę melodyjkę). Ułożenie fabuły jest zadaniem dla bardzo kreatywnego rodzica, mnie przerosło. Ania spojrzała na nią kilka razy, a koło roczku zaczęła bawić się melodyjką, którą nauczyła się włączać. Poza tym zabawka trzymana w zbiorczym pudle na zabawki rozkłada się i plącze, ponieważ jest dość miękka i nie ma zapinania na rzep jak dwie pozostałe.

Książeczki tekstylne Babydream i Canpol Babies

środa, 2 sierpnia 2017

Książeczki poznawcze dla niemowlęcia

Drugi wpis o niemowlęcych książeczkach (pierwszy tu) przedstawia przykładową kontrastową książeczkę poznawczą, którą udało mi się kupić niedawno w drogerii w bardzo dobrej cenie. Pisałam już, że Ania potrzebowała czegoś w tym stylu, gdy była mała - książeczkę otrzymała już koleżanka, która niedługo urodzi córkę. Wiem, że to lepsze niż grzechotka i doskonałe na pierwsze bardzo trudne tygodnie.
Książeczka Smartbooks pt. Kształty jest taka, jaka być powinna. Wyraźna, abstrakcyjna, czarno-biała i sztywna. Z okładki dowiemy się, że to pozycja książkowa dla czytelnika, który ukończył 3 miesiące. Owszem, dla takiego dużego dziecka może jeszcze być ciekawostką, natomiast furorę zrobi u miesięczniaka, który właśnie odkrył, że przedmioty i rysunki posiadają granice i kontury, a nie są wyłącznie plamami. Poza tym książka posiada dwa tory obserwacyjne. Pierwszy zainteresuje twardego zawodnika - noworodka, który nie śpi (duże pojedyncze kształty, lewa strona). Drugi - ma szansę sprawdzić się u dziecka jeszcze powyżej trzech miesięcy, który zacznie zauważać analogie, powtórzenia i zmiany rozmiaru (prawa strona). Zamieszczam zdjęcia przykładowych stron:

  
Jak stwierdzić, czy wybrana przez nas książeczka dla noworodka spełni swoją funkcję? Wystarczy bardzo mocno zmrużyć oczy - do momentu, aż zaczną się zacierać kontury. Jeśli mimo tego zamazania obrazek wciąż będzie widoczny, oznacza to, że książeczka jest dobra dla noworodka (maluch po urodzeniu widzi na czarno-biało, a dodatkowo obraz jest zamglony). Wystarczy spojrzeć na zamieszczone przeze mnie zdjęcia. Przy takim zmrużeniu oczu lewa strona pozostaje w miarę wyraźna - rozmazuje się tylko prawa część książki, która, by zostać dobrze zobaczona, musi jeszcze poczekać kilka lub kilkanaście tygodni, w zależności od wzoru i grubości linii.

Kształty 3+, Smart Books