poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Breaking Dead", czyli "Fashion victim" - Corrie Jackson przedpremierowo

Autorka i wydawca chcieliby, żeby Fashion victim sprzedawało się jako thriller. Cóż, do rasowych przedstawicieli gatunku książka nie należy i chyba należeć nie będzie. Potraktować ją należy raczej jako przedstawiciela kryminału. I wtedy jej ocena wypada znacznie lepiej. A to chyba nic uwłaczającego dla książki być przyporządkowaną do literatury kryminalnej? Książka ma szanse zadowolić czytelnika kryminałów, ale raczej zawiedzie miłośnika piętrzących się zagadek i oddechu śmierci na plecach.
Premiera książki 17.01.2018
 
Rozumiem, że autorka zakłada, że książek z Sophie Kent, dociekliwą dziennikarką, będzie więcej. Nie uzasadnia to jednak połowicznych rozwiązań, na jakie zdecydowała się pisarka w zakresie konstrukcji głównej bohaterki. Jest nieodległe czasowo przeżycie śmierci brata, jest oziębły ojciec i matka, z którą nie ma kontaktu. Poza tym o Sophie można zgromadzić nieliczne strzępki wiadomości. Według mnie zbyt lakoniczne, żeby pozwoliły polubić główną bohaterkę.
Lepiej wypadają dwie ofiary – Natalia i Lydia. Jedna bardziej, druga mniej sympatyczna, może trochę stereotypowe, ale przekonujące. Wydaje mi się, że nieco za wcześnie autorka podsunęła trop dotyczący kobiecego wkładu w wykonanie morderstw. Tym samym wynik nie jest tak zaskakujący, jak powinien być. Całość jest dobrze poukładana i przemyślana. Wątki związane z morderstwami poprawnie pozamykane, a całość nieźle napisana. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana ani głęboka, ale dobra jak na kryminał.
I jeszcze sprawa tego tytułu… Można się spierać, czy Fashion victim brzmi lepiej niż oryginalne Breaking Dead. Propozycja polskiej tłumaczki jest niezła, tyle że znaczy coś innego. Ofiarą mody jest osoba, której strój wskazuje na ślepe podążanie za trendami, i której eksperymenty modowe nie należą do udanych. Dlaczego zamiast jednego angielskiego tytułu mamy drugi, także angielski? Tylko dlatego, że to brzmi bardziej światowo? Trzeba przyznać, że tłumaczka nieco popuściła wodze fantazji.


Za książkę dziękuję wydawnictwu



Corrie Jackson, Fashion victim, tłum. A. Wyszogrodzka-Gaik, 2018

wtorek, 9 stycznia 2018

„Paluszkiem…” Gabriele Clima, czyli książka do obsługi bez rodzica


Seria czterech pomysłowych książeczek, które zajmą malucha. Ania dostała książki, gdy miała 20 miesięcy, ale wydaje mi się, że będą one dobre dla dziecka około 15-miesięcznego, lub nawet młodszego, które już ma precyzyjne i celowe ruchy w ramach małej motoryki.
Zaletą książek jest to, że dziecko może obsłużyć je samodzielnie. Wadą, że do przesuwanych obrazków, nie został dołączony tekst (za tekst nie uznaję dwuwierszy, które tłumaczą, co dzieje się na obrazku). Poszczególne strony nie są z sobą związane. Poza tym myląca jest nieco dziewczęca okładka i tytuł W lesie wróżek - tylko na jednej stronie przesunięcie paluszkiem w wyznaczonym miejscu sprawi, że zza drzew wyłonią się wróżki. Pozostałe obrazki są zarówno dla chłopców, jak i dziewczynek (o ile kobiece postacie ukazujące się między drzewami można uznać za dziewczęce). 
Niektóre z obrazków powstały nieco bez pomysłu. Inne - są naprawdę warte uwagi i w praktyce okazują się strzałem w dziesiątkę. 
 
Gdy w rozsuniętych okiennicach pojawia się gotowy do posiłku kotek, znika, wzywając pomocy, myszka. W innym miejscu można gasić i zapalać światła w bloku, chować ślimaka do skorupy lub rozwinąć ponad dachem tęczę. Jednak część rozkładówek wydaje się tylko stanowić tło dla tych bardziej udanych pomysłów. Zapalenie świateł w samochodzie czy świeczek na torcie, a zwłaszcza pojawienie się ząbka u bobasa, nie są spektakularne - to drobiazgi, dodatki do obrazka, który szybko staje się nudny. Inaczej pewnie byłoby, gdyby grafiki były połączone w logiczną całość, najlepiej fabularną. To pierwsze udało się osiągnąć autorowi w części Gdy przychodzi wieczór - książka pokazuje, kto wieczorem idzie spać, a kto się budzi, oraz częściowo w Na nocnym niebie - częściowo, bo obok gaszenia świateł i rozpalania gwiazd, odnaleźć w niej można tęczę i rosnące tulipany, a także płynący statek. Oczywiście, można połączyć te elementy, tłumacząc dziecku, co może się w nocy przyśnić.
Nie umiem jednak w tak prosty sposób połączyć burzy z piorunami i obcinania warkoczy w książce Kiedy słońce wstaje oraz spadającego na wzgórze śniegu, pierwszego ząbka i fajerwerków z Lasem wróżek, co nie umniejsza pomysłowości, jaką bez wątpienia zawarł w nich G. Clima. Na każdej stronie widnieje dwuwers, tłumaczący, co można zmienić, przesuwając okienko paluszkiem. Poszczególne dwuwersy rymują się z sobą, co według mnie jest zupełnie niepotrzebne, bo tych książek nie czyta się od deski do deski.

Gabriele Clima, Gdy przychodzi wieczór, Kiedy słońce wstaje, Na nocnym niebie, W lesie wróżek, tłum. Natalia Mętrak, wyd. Wilga

wtorek, 26 grudnia 2017

Czas i druga szansa, czyli Zygmunta Miłoszewskiego „Jak zawsze”

O tym, że książka jest wciągająca, najlepiej świadczy fakt, że czytanie jej zajęło mi dwa dni standardowego pobytu w domu z dwuletnią córką. Inna rzecz, że Ania była wobec mojego zerkania wyjątkowo wyrozumiała i tolerowała częste chwile mojej spóźnionej reakcji na pokazywany w książce samochód czy namalowany kolejny portret taty.
Kluczem wydaje się bardzo dobry pomysł Miłoszewskiego. Nurt historii alternatywnych staje się coraz popularniejszy i autor dołączył do niego, proponując powieść wciągającą i bogatą w szczegóły. Błyskotliwy język ukrył nieco hm… fabularną toporność.
Studium pięćdziesięcioletniego związku, jakim jest propozycja Miłoszewskiego, staje się opisem emocji, walki przyzwyczajenia z nowymi, a raczej odgrzewanymi uczuciami. Starsze małżeństwo cofa się do momentu, kiedy zaczął się ich romans. Ludwik – psycholog – ma żonę naukowca, kobietę z klasą. Grażyna  – jego pacjentka – ma narzeczonego, którego kocha z wzajemnością. Wbicie się na nowo w role, w których tkwili 50 lat temu, w zmienionej rzeczywistości, o której nic nie wiedzą, jest trudne. Mają tylko siebie – jako jedyni rozumieją się i znają. Mimo to pojawiają się wątpliwości, czy na pewno chcą skończyć aktualne 50 lat temu związki. Związki, które zniszczył ich romans i niespodziewana ciąża Grażyny.
Czy Grażyna była szczęśliwa w związku z Ludwikiem? To największa wątpliwość. Ma jednak doświadczenie prawie osiemdziesięcioletniej kobiety i zdaje sobie sprawę z tego, że rutyna w małżeństwie po prostu tak wygląda. Poza tym spać jej nie daje rozbudzone na nowo pożądanie do Ludwika i przyzwyczajenie. Raczej to drugie niż miłość jest przyczyną jej decyzji. Raz już przeżyła swoje życie i nie wyobraża sobie, żeby było inaczej.
On, Ludwik, dość szybko zdecydował się na rozstanie ze swoją żoną. Doszedł do wniosku, że to naprawdę nie było dobre małżeństwo, nawet wyłączywszy z niego romans z Grażyną. Wydaje się, że to właśnie on jest tu stroną kochającą i napędzającą wszystkie wydarzenia. Grażyna tylko poddaje się decyzjom, które ktoś podejmuje obok niej.
Chcą choć częściowo naprawić błędy, które wypominali sobie w pięćdziesiątą rocznicę związku. I nie kończy się to dobrze. Może byłoby im łatwiej, gdyby Ludwik nie kochał Grażyny tak bardzo? Próba przeżycia miłości drugi raz nie jest próbą udaną. Choć książka udana jest jak najbardziej.
Niektórzy zarzucają powieści zbędną polityzację. Dla mnie jest to jej największa wartość dodana. Z. Miłoszewski gra przypuszczeniami i rzeczywiście robi to błyskotliwie, choć na koniec chyba trochę brakło mu pomysłu, gdy decyduje się na pewne zamknięcie kręgu historii. Warszawa, choć powojenna, jest inna, profrancuska, a nie prostalinowska. To też po polsku przerysowane, pozbawione autonomii i służalcze. Barwne szczegóły, przemyślana alternatywna sytuacja polityczna i opis genialnego skansenu powstania warszawskiego – Rezerwatu – sprawiają, że po książkę z przyjemnością sięgną nie tylko fani romansów. Powieść pełna utraconych szans pozostawia żal i niedosyt podobny temu, z którym zostaje czytelnik Przeminęło z wiatrem M. Mitchell. Trudno wobec niej przejść obojętnie, trudno też nie mieć po lekturze natłoku myśli. Cel, jakim jest dla pisarza przykucie czytelnika do książki i wywołanie uczuć, osiągnięty.

Za książkę dziękuję wydawnictwu


Zygmunt Miłoszewski, Jak zawsze, W.A.B. 2017

czwartek, 14 grudnia 2017

Filiżanki nie ma, ale jest Jasiek, Picador i „Popioły”

Znalezione obrazy dla zapytania harasimowicz saga
Saga, czyli filiżanka, której nie ma Cezarego Harasimowicza jest naprawdę warta uwagi i poświęcenia jej kilku leniwych wieczorów. Łączy w sobie lekkość prowadzenia opowieści z „czymś ciekawym do powiedzenia”, cechującym dobrą literaturę. Powstała książka pełna ciepła i napięcia jednocześnie. Poza tym (co także jest zaletą) Harasimowicz już w tytule odsłania nieco kuchni tworzenia tego gatunku. Przy całej zawartej w książce faktografii wiele elementów opowieści należy wymyślić, ponieważ trzon faktów jest zbyt rzadki, by ukuć z niego fabułę.
Autor oparł historię na dwóch postaciach, z czego jedna pełni funkcję wspierającą fabułę. Głównym bohaterem jest Adam Królikiewicz, dziadek autora, major i olimpijczyk, wybitny jeździec. Człowiek, który dał swoim życiem materiał na porządną książkę biograficzną. Jego córka, a matka Cezarego, to postać, która zdominowała drugą część książki. To z nią czytelnicy uczestniczą w wydarzeniach wojennych, są z nią podczas przesłuchań i kryją się podczas powstania warszawskiego. Jednak to cały czas strzępki opowieści o losach i działalności Adama stanowią punkty orientacyjne w fabule.
Znalezione obrazy dla zapytania adam królikiewicz
rtm. Adam Królikiewicz, Nowy Jork, 1926 r.


Adam Królikiewicz i legenda olimpijczyka to dobry duch tej książki – duma z bycia Polakiem i reprezentowania młodego państwa na zawodach odbywających się w różnych krajach – w Stanach Zjednoczonych, Włoszech, w Niemczech. To ciekawostki z przygotowań do zawodów i olimpiady, uczestnictwo w igrzyskach w Berlinie, które miały stanowić pokaz niemieckiej siły. To troska o los koni – zwłaszcza Jaśka i Picadora – i żal po ich stracie. To wreszcie radość starszego pana majora, który na planie Popiołów ma poprowadzić szarżę, ubrany w czako.
Niezwykłą według mnie wartością dodaną powieści jest wprowadzenie do niej cytatów z  gazet z epoki oraz informacji, jakim wydarzeniom w Polsce i na świecie przyglądali się bohaterowie, kiedy brali śluby, rodziły im się dzieci, umierali rodzice.
Harasimowicz potrafił nakreślić członków swojej bliskiej rodziny w naprawdę ciekawy sposób, pozbawiony górnolotnego stylu, przegadania czy przechwalania się. Dwie silne osobowości same poprowadziły fabułę. Do tego piętno historii sprawiło, że książka zyskuje walor świadectwa doświadczenia historycznego.
Moja styczność z gatunkiem, jakim jest saga, jest niewielka. Przede wszystkim przez powieść Joanny Olczak-Ronikier „W ogrodzie pamięci” – rozbudowaną faktograficznie sagę rodziny Mortkowiczów, która – czytana kilka lat temu nie przypadła mi do gustu przez opisy koligacji ze znanymi powszechnie osobami. 


Za książkę dziękuję wydawnictwu


Cezary Harasimowicz, Saga, czyli filiżanka, której nie ma, W.A.B. 2017

Źródło zdjęcia: https://dobroni.pl/rekonstrukcja-zdjecia/145464

sobota, 25 listopada 2017

Jupi! Uczę się i bawię

300 naklejek, niewielka cena, będzie chwila spokoju - biorę. Ja i małe zwierzaki, Ja i kolory oraz Ja, autka i wszystko co śmiga. Pierwsza z nich zachwyca piękną patchworkową szatą graficzną. Naklejek jest dużo więcej, niż potrzebne w książce, więc wszyscy są zadowoleni (w książce o kolorach nie ma miejsc na naklejenie). Wady? Dwulatka nie radzi sobie sama z odlepieniem naklejek ze środka książki, klej jest bardzo mocny, kartki książki cienkie i łatwo się drą. Mimo śliskiego papieru, klej okazuje się zbyt trwały, żeby je odkleić. Udaje się to tylko z najmniejszymi elementami.
Naklejki mało różnią się od obrazków. Dla starszego dziecka super, dla młodszego - to spory problem. Ania czasem próbuje wydrapać paluszkiem coś, co jest rysunkiem.
Książka jest niesamowicie słabej jakości. Papier się gnie i łatwo drze. Przy odklejaniu naklejek, książka się rozpada. Do tego nieudany pomysł z bardzo dużymi naklejkami - dziecko praktycznie nie ma szans ich przykleić bez oderwania jakiejś części, załamania całości lub przyklejenia do lekko dotkniętego naklejką papieru. A gdy już dotknie, praktycznie niemożliwe jest ją ruszyć bez strat w stylu białych śladów na papierze lub podartego elementu. 
Książki tanie, o ciekawej grafice, ale nie spełniają dobrze swojej funkcji.

Ja i małe zwierzaki

Ja i kolory

















Jupi! Uczę się i bawię

Książka z puzzlami – Zwierzęta

Prosta książka z krótkim tekstem i ładnymi zdjęciami domowych zwierząt. Kot, psy, rybka, królik, żółw i ptaszki mają na celu ukształtowanie w małym dziecku wyobrażenia o zwierzętach, które mogą być domowymi pupilami. Dodatkowo książka wyposażona jest w cztery układanki, każda dziewięcioelementowa, a pod nią jest obrazek do pomalowania. No i określenie kategorii wiekowej – 1+. Trochę za dużo autorzy chcieli tu zmieścić i nie wiadomo, czy zdawali sobie sprawę z różnych możliwości dziecka w zależności od wieku.
Zasadniczo pomysł nie jest zły. Stworzyć książkę, którą roczniak będzie oglądał, ucząc się naśladować szczekanie psa, książkę, z której dwulatek wyciągnie i rozłoży puzzle, a trzylatek pomaluje kryjące się pod puzzlami obrazki.
Ania dostała tę książkę w ubiegłym roku na Gwiazdkę. Miała wtedy 13 miesięcy. Książka spodobała się, tylko zaczęła ją podgryzać, co znacznie nadszarpnęło puzzle z psem. Odłożyłam ją zatem na półkę. Pomyślałam – dostanie ją, jak opanuje sztukę układania puzzli. Ania dostała książkę do ręki niedawno. Z puzzlami radzi sobie świetnie, układa sama nawet 30 elementów. No i przypomniałam sobie o tej układance. Obrazki na puzzlach wydały mi się dość trudne – dużo białych pól, dodatkowo spore prawdopodobieństwo przemieszania części pomiędzy poszczególnymi obrazkami. Realistyczna grafika, pełna cieni – są to fotografie, a nie dziecięce grafiki. Ania mnie zaskoczyła – te puzzle to dla niej pikuś. Ich wadą jest miękka, nietrwała tektura. Wystarczy, że Ania mocniej naciśnie, próbując dopasować elementy, a puzzel już jest złamany i później odstaje od strony. I teraz tak – skoro są to puzzle proste, dziewięcioelementowe, czyli służące za jedne z pierwszych puzzli, to tym bardziej szkoda, że są tak miękkie. Dochodzi do tego malowanka pod spodem. Ania, wielbicielka kredek i czystej kartki, zamazuje kółkami wszystko, co ma w zasięgu ręki, mówiąc: „kółka, kółka, brum, brum”. Kontur psa już oberwał ;-).
Jaki jest zatem problem z książką? Obrazki są dla roczniaka, puzzle dla dwulatka (dokładniej dla dziecka powyżej 20.miesięcy, przynajmniej u nas), a malowanka chyba dla małego przedszkolaka, który rozumie, co ma zrobić z konturem. Wszystko super, tylko że zanim dwulatek nacieszy się puzzlami, to roczniak je zje lub przynajmniej rozmoczy (bo są miękkie). Zanim przedszkolak pomaluje obrazki, to dwulatek zamaże. Jakie rozwiązanie? Dać tę książkę nie roczniakowi, ale dopiero trzylatkowi? To też nie jest dobre rozwiązanie, bo dla takiego dużego dziecka puzzle nie będą stanowiły wyzwania. 

Rosnę i poznaję z puzzlami: Zwierzęta, wyd. Zielona Sowa