sobota, 5 listopada 2016

„Pieśń Dawida” Amy Harmon

Na zakończenie powieści autorka zaznacza, że Pieśń Dawida wydaje jej się najlepszą książką, którą napisała. Trudno mi odnieść się do tego stwierdzenia, ponieważ znam tylko dwie powieści Amy Harmon. Na pewno Pieśń… jest lepsza niż Prawo Mojżesza, które było przecież powieścią dobrą. Inna rzecz, że z punktu widzenia czytelnika warto przeczytać książkę o Mojżeszu przed sięgnięciem po historię Dawida.
Wielki plus za konstrukcję. Przesunięcie głównego toru narracji na nagrania, które Dawid Taggert zostawił swojej niewidomej dziewczynie, nadaje powieści smaczku, a przede wszystkim stanowi wyróżnik powieści na tle innych do niej podobnych. Autorce udało się nie zdradzić przedwcześnie powodu, dla którego zakochany Tag sprzedał dom, zapisał kolegom swój bar i siłownię, po czym po prostu zniknął.
W książce nie znajdzie się zdarzeń przypadkowych czy takich, które odbierałoby się jako wymuszone. Natomiast wprowadzenie głównych bohaterów – młodych ludzi z trudnymi doświadczeniami – jest romansowe, ale nieszablonowe. On – osiłek, który kilka razy targnął na swoje życie. Ona – ładna, ale niewidoma dziewczyna, która opiekuje się autystycznym bratem. Związek trudny, relacja wymagająca.
Kiedy pisałam o Prawie Mojżesza, najwięcej uwagi poświęciłam zjawisku oszukania czytelnika (a raczej sugerowania mu zakończenia innego niż to, które miało nastąpić). Tym razem czytelnik jest w pełni usatysfakcjonowany. Obawiałam się trochę powtórzenia tego samego fabularnego błędu, ale Pieśń Dawida jest konstrukcyjnie bez zarzutu. Z dobrym, intrygującym prologiem, kobiecą, ale trzymającą w napięciu akcją i klasycznym epilogiem, w którym prawie udało się uniknąć przegadania (mały minus daję za zrobienie syna głównych bohaterów kandydatem na prezydenta).
Tak, to już druga powieść Harmon, która jest wyciskaczem  łez. Jednak duża grupa czytelników oczekuje takiej formy i nie ma w tym nic złego. Poza tym, trzeba to Harmon przyznać, że jej książki czyta się dobrze, a Pieśń Dawida zasługuje na dodatkowy plus za doskonałą retrospekcję i uporządkowanie fabularne.

Zazwyczaj staram się napisać do opinii jakiś tytuł, który oddaje moją główną refleksję, która zrodziła się podczas lektury. W przypadku tej książki po prostu się poddałam. Nie trzeba do niej nic dodawać. Miałam za dużo pomysłów, a każdy z nich zbyt mocno szufladkował książkę, więc nie zdecydowałam się na żaden konkretny tytuł.

Amy Harmon, Pieśń Dawida, tłum. Marcin Machnik, Editio 2016.

sobota, 8 października 2016

Postmodernistyczny bełkot telewizji i reklam, czyli „Kochanie, zabiłam nasze koty"

Kojarzycie może film dla młodzieży Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki? Książka Masłowskiej nie jest z nim związana ani fabularnie, ani w żaden inny sposób, lecz uświadomienie sobie inspiracji brzmieniowej tytułu, inspiracji telewizyjnej i groteskowej, pomaga poradzić sobie z tym tekstem.
Jak to u Masłowskiej bywa, czytelnik dostaje relację z dziwnej rzeczywistości, trochę podobnej do tego, co znamy z własnej codzienności, trochę groteskowej. Bohaterowie są antypatyczni, posługują się zniekształconym językiem. Całość jest brzydka i jakaś taka bolesna. Kochanie, zabiłam nasze koty jest ogrzewanym kotletem pod względem językowym oraz intertekstualnym (zwłaszcza w zakresie języka telewizji i reklam). W warstwie semantycznej autorka dodała do znanych wcześniej tekstów oniryzm, sporo żelu antybakteryjnego i uznawanego przez bohaterów za nobilitujący magazyn "Yogalife". Do tego dołożyłabym skojarzenia z antyutopią Huxleya Nowy, wspaniały świat, i choć tego odniesienia nie jestem w stanie zaprezentować konkretnym fragmentem powieści, towarzyszyło mi przez większość lektury.
Fabuła? Dwie przyjaciółki w nieokreślonym wieku, z nieokreślonymi cechami, żyjące w no-name mieście same mają (na szczęście) imiona – Farah i Joanne. Póki ich życia są lustrzanymi odbiciami, wszystko jest w porządku. Zaczyna się psuć, gdy Joanne poznaje mężczyznę. Narracja prowadzona z perspektywy singielki Farah jest pełna potocyzmów, zawiści, przygotowywania (gotowej) biożywności. Do tego Masłowska dorzuciła irytującego gościa (jakoś to podobne do kłopotliwej obecności Andżeli u Silnego) i spotkanie ze starą łysiejącą syreną.
Otworzyłam książkę na przypadkowej stronie w tej chwili, stukając notkę na blog. I ku swojemu zdziwieniu trafiłam na fragment wypowiedzi narratorskiej, który świadczy o świadomości językowej i literackiej autorki:
„Wieczorne miasto kotłowało się w swojej niecce niby czarna zupa, garnirowana szkłem i światłem, targana bulgotami tajemnic i występku; szczekały psy, zawodziło metro, ktoś, kogo gwałcono lub po prostu wyrywano mu torebkę, krzyczał okropnie w dali i sztuczne ognie tryskały w ciemność nad rzeką, obiecując, że może zdarzyć się jeszcze wszystko” (s. 13).
W oderwaniu od tego całego bełkotu, który składa się na tę książkę, można by dostrzec w tym fragmencie wykorzystanie kontrastu prozy poetyckiej z potocyzmami. Zjawisko z punktu widzenia badacza literatury jest jak najbardziej pozytywne – twórcze i ciekawe. Wiemy, że Masłowska potrafi pisać, jednak korzysta z powielania bełkotu, który stał się jej marką. Taką wybrała drogę – jej sprawa.

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, 2012

czwartek, 29 września 2016

Romans, który broni się przed byciem romansem – „Prawo Mojżesza” Amy Harmon

Zacznę od tego, że książka bardzo mi się podobała. Skończyłam ją czytać któregoś dnia po 2. w nocy, decydując się na trzy godziny snu (córka budzi się między 5. a 6. rano). Fabuła (uwaga, będzie spoiler) jest bardzo wciągająca, ale miałam wątpliwości, dla kogo, dla jakiej grupy, książka została napisana.
Pierwsza część książki ma bardzo młodzieżową fabułę, taką dla starszych nastolatek. Druga – jest dramatem ludzi, którym umarło dziecko. Mnie osobiście książkę czytało się dobrze z co najmniej trzech powodów:
- jestem przed trzydziestką, więc dosyć dobrze jeszcze pamiętam, jak zachowuje się i myśli siedemnastolatka
- mam małe dziecko, więc druga część powieści była zdecydowanie skierowana do takich kobiet jak ja (przyznaję, płakałam jak bóbr)
- czytam książki skierowane do różnych grup odbiorców, więc nie miałam problemu z przestawieniem się na tryb czytelniczy nastolatki, po to, by później czytać książkę już jako Magda Nowakowska (nie blogerka, nie wyimaginowana nastolatka i nie badacz literatury, po prostu ja).
Po lekturze Oblubienic wojny spodziewałam się, że Wydawnictwo Editio nie przysłało mi byle czego. Naprawdę nie zawiodłam się, jest tylko jedno (jeszcze jedno) „ale”. Powieść jest komunikowana hasłem dotyczącym braku happy endu (czytelnik początkowo odbiera tę informację w kontekście zaprzeczenia formie romansu, co wspiera opis wydawnictwa na okładce: „trudna miłość, pozbawiona spełnienia”). Rzecz problematyczna, bo książka posiada szczęśliwe (romansowe) zakończenie. Tyle że poprzedzone dramatem (i to tego dramatu dotyczy brak happy endu). Wiedza, że tego happy endu nie będzie, dodaje lekturze smaczku. Czytamy romans, którego bohaterami są 17-letnia Georgia i 18-letni Mojżesz i chcemy dla nich tego szczęśliwego zakończenia, bo tak nakazują reguły rządzące gatunkiem, ponadto bohaterowie są przecież sympatyczni. Jednak mamy z tyłu głowy informację podaną przez narratora na początku: może lepiej będzie ci się czytało, jeśli już teraz będziesz wiedzieć, że ta historia nie kończy się szczęśliwie. Prześledźmy teraz wrażenia czytelnika podczas lektury:
- na wstępie: OK, przeczytam tę książkę, mimo że znam jej wynik – nie mogę oczekiwać happy endu, bo przecież Autorka mówi, że go nie będzie; może tak jest nawet fair z jej strony
- po przeczytaniu kilkudziesięciu stron: szkoda, że nie będzie happy endu
- pod koniec pierwszej części: nie będzie tego happy endu? dlaczego tak to ułożyłaś, okrutna Autorko?
- w połowie drugiej części: po takich dramatycznych wydarzeniach chyba będą woleli o sobie zapomnieć
- pod koniec drugiej części: dobra, niech już ten Mojżesz wyjedzie na zawsze, chcę mieć tę informację za sobą, skończmy to rozbieranie emocji na czynniki pierwsze, przecież wszyscy wiemy, że nie będą z Georgią razem
- w ostatnim fragmencie książki: jednak romansowy happy end? po co? to przecież głupie, miało go nie być.
Widzicie problem? Efekt jest taki, że czytelnik czuje się trochę oszukany. Co nie zmienia faktu, że sposób prowadzenia narracji zasługuje na pochwały. Tak samo kreacje bohaterów i sama fabuła. Jednak informacja o braku happy endu wydaje się jakimś chwytem reklamowym, przyciągającym czytelnika, który nie chce romansu. I który ten romans dostaje, nawet jeśli jest on okraszony śmiercią, skrajnymi emocjami, połamaną psychiką i hipoterapią. Książka, czy tego chce Autorka, czy nie - pozostaje romansem.
I teraz wróćmy na moment do wstępu, wypowiedzianego ustami narratorki, żeby uświadomić sobie, że w słowach: „jeśli powiem ci z góry, na samym początku, że go straciłam, łatwiej będzie ci to znieść. (…) Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie byłam na to przygotowana. (…) Otrzesz łzy po krótkim łkaniu, ciesząc się, że na szczęście to tylko opowieść. Co najważniejsze, nie twoja. Ale ja nie mam tego komfortu” (s. 5-6), w tych słowach zawarty jest dramat matki, która straciła dziecko. To utrata dziecka jest osią dla tej powieści, podzielonej na część „Przed” i „Po”. Przed śmiercią dziecka i po tym, jak Eliego brakło. Moment wypadku czytelnik poznaje z retrospekcji, po dwóch latach od tych wydarzeń. W tym świetle książka pokazuje, że Georgia zawsze będzie myślała o swoim życiu w takiej dwudzielnej perspektywie. Brak szczęśliwego zakończenia nie dotyczy historii związku dwojga bohaterów, ale życia czteroletniego Eliego.
Być może w tym kontekście wydaje Wam się, że to nie jest dobra książka, bo wprowadza trochę dezorientacji (czytelnik może mylnie odebrać wstęp powieści i jest to zabieg celowy). Trzeba jednak przyznać, że Amy Harmon stworzyła świetny romans z mocno zarysowanych, ale żywych głównych bohaterów. Dołożyła do tego intrygującą umiejętność Mojżesza, chłopca znalezionego w koszu na bieliznę. Chłopca, przez którego zmarli kontaktują się ze światem żywych. Trochę jak z horroru, ale to nie ten styl przedstawiania. W tej książce jakoś ta umiejętność pasuje i doskonale koresponduje z umiejętnościami malarskimi Mojżesza. Może ten wątek dodatkowo mnie urzekł, bo jestem fanką (na drugim miejscu po literaturze) sztuki malarskiej. Poza tym mamy Georgię, dziewczynę z dobrego domu, która trochę się buntuje, dziewczynę nieświadomą świata, co kontrastuje z cechami Mojżesza – doświadczonego przez życie osiemnastolatka, który nie walczy o akceptację, woli stać z boku i nie wchodzić ludziom w drogę, człowieka, który oszukuje siebie, że nie jest zakochany w Georgii (och, jakie to romansowe). Mamy wreszcie drugą Georgię – dojrzałą psychicznie, złamaną życiem kobietę, która walczy ze swoimi uczuciami i próbuje żyć, mimo iż świat doświadczył ją aż zanadto jak na jej młody wiek. Dopiero kiedy Georgia dojrzała, może być z Mojżeszem – dojrzałym od początku.
Komu zatem polecam tę książkę: dziewczynom w wieku 15-23, matkom (ale na tyle młodym, żeby jeszcze pamiętały, jak to było za nastoletnich czasów), fanom koni lub malarstwa, fanom duchów i kontaktów ze zmarłymi, fanom muzyki country oraz osobom zainteresowanym psychologią. Pomieszanie z poplątaniem, ale chyba w tym szaleństwie właśnie jest metoda, bo do mnie ta książka przemówiła.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Amy Harmon, Prawo Mojżesza, tłum. Marcin Machnik, Editio 2016

czwartek, 25 sierpnia 2016

Przeminęło z wiatrem drugiej wojny światowej, czyli „Oblubienice wojny” Helen Bryan

Przyznaję, że nie spodziewałam się tak dobrej książki. Radość z czytania była zatem tym większa. Literacka rzeczywistość Oblubienic wojny przerosła moje oczekiwania, sugerując porównanie (wypadające całkiem dobrze) z książką o kobietach w czasie wojny secesyjnej, z Przeminęło z wiatrem Margaret Mitchell.
Na początek mocno zarysowane portrety kobiet, wydawać by się mogło, naszkicowane nieco zbyt grubą kreską, nie zapowiadają genialnej narracji, która wciąga i nie daje przestać o sobie myśleć. Pięć dziewcząt pochodzących z różnych środowisk, o zupełnie odmiennych problemach, spotyka się podczas wojny w jednej wsi. Alice – córka pastora, która niebawem ma wyjść za mąż. Evangeline – Amerykanka, która właśnie wyszła za mąż i to za narzeczonego Alice. Elsie – najstarsza córka przedstawicieli londyńskiej biedoty. Frances – przebojowa panna z dobrego domu, która sprzeciwia się ojcu oraz Tanni – austriacka Żydówka, najbardziej zagubiona w tym gronie – w pośpiechu wyszła za mieszkającego w Wielkiej Brytanii znajomego rodziny, z którym mogła uciec od hitlerowskich okrucieństw.
Te wszystkie kobiety trafiają do Crowmarsh Priors – jednej z wielu wiosek, w których podczas wojny angielski rząd umieszczał dzieci ewakuowane z Londynu. Alice mieszkała tam od zawsze, Evangeline przyjechała po ślubie z Richardem, nastoletnia Elsie, której nie obejmował obowiązek ewakuacji, trafiła tam, by uczyć się bycia służącą. Tanni natomiast została zakwaterowana ze swoim kilkumiesięcznym synkiem w domu Evangeline, a Frances przysłał na wieś jej ojciec. Na początku nic nie wskazuje, że te pięć kobiet może połączyć głęboka przyjaźń. Kobiety chcą walczyć, angażują się w działania Land Army, Frances pragnie robić coś więcej niż uprawiać ogródek, wkrótce dostaje się do wywiadu wojskowego. Układają sobie życie, rodzą dzieci, rozwijają swoje umiejętności. Podejmują się trudnych wyzwań, tracą bliskich. Żadna z nich nie ma rodziny w pełnym znaczeniu tego słowa, dlatego w końcu stają się dla siebie rodziną, nawet jeśli Alice stoi nieco z boku, najbardziej chłodno ocenia pomysły i sztywno stosuje prawo, to w końcu zyskuje coś z szaleństwa Evangeline i przebojowości Frances.
Oblubienice wojny to książka kobieca w takim znaczeniu, jak kobiece jest Przeminęło z wiatrem. Działania wojenne się toczą, na świecie dzieją się okrucieństwa, przytoczone są opisy działania obozu w Oświęcimiu oraz wywołujące ciarki na plecach relacje z bombardowania Londynu. Wojna jest jednak w tej książce widziana oczami kobiet – tych, które musiały przejąć męskie role (pomocnic przy odgruzowywaniu i wydobywaniu ofiar, czy, na wsi – myśliwych i rolników) i tych, które próbują mimo wojny żyć: wychodzą za mąż, rodzą dzieci, szyją wyprawki niemowlęce, a także stroją się na spotkania ze swoimi mężczyznami. Za symbol ich przyjaźni można uznać przekazywany sobie, z błyskiem porozumienia w oku, na takie szczególne okazje peniuar. Trzymająca w napięciu narracja drugiej połowy książki sprawia, że nawet jeśli początek powieści wydał się blady, całość wypada bardzo dobrze. To książka pełna ludzkich dramatów, ale nie jest wyciskaczem łez. Książka, która mówi o potrzebie miłości i przyjaźni, ale nie wykorzystuje cukierkowo słodkich tonów. Literatura stworzona, by przy niej po prostu odpocząć bez poczucia straty czasu.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Helen Bryan, Oblubienice wojny, tłum. Olga Kwiecień, Editio 2016

piątek, 15 lipca 2016

Pół roku z książką, czyli "Twoje niemowlę tydzień po tygodniu"

Okładka książki Twoje niemowlę tydzień po tygodniuZałożenie było takie, że nie będziemy kupować książek na temat opieki nad dzieckiem. Tę mąż dostał w pracy, więc skoro już jest, to warto do niej zajrzeć. Może zacznę od plusów, bo tych jest mniej:
- nauczyłam moje dziecko samodzielnego zasypiania, bez bujania (wiedziałam, jak przeprowadzić taki trening, nawet nie płakała, ponieważ został wdrożony dość szybko)
- nauczyłam się sprawdzać, kiedy Ania śpi na tyle głęboko, że można ją odłożyć (test bezwładnej ręki był wykonywany często na samym początku, kiedy zasypiała przy piersi)
- dowiedziałam się, że to normalne, że posiłek noworodka trwa godzinę (ze wszystkich stron słyszałam, że młoda zbyt długo siedzi mi na cycu, oczywiście z biegiem czasu zaczęła skracać długość ssania)
- książka jest podzielona na rozdziały, odpowiadające tygodniom życia dziecka, a te na podrozdziały: karmienie, sen, wypróżnianie, kąpiel, co się dzieje z mamą itp.
- spodobał mi się brak terrorystycznego podejścia do karmienia piersią; sama karmiłam córkę naturalnie, ale autorki książki w żaden sposób nie wskazują, który sposób jest lepszy, nie wartościują i nie narzucają rozwiązań; sama też uważam, że to osobista sprawa każdej kobiety i skoro nie karmi piersią, to pewnie ma powód, nieważne jaki.

I to chyba tyle dobrych stron.

Jednak książka całościowo nie okazała się tak przydatna, jak można było się po niej spodziewać. Po pierwsze podział na tygodnie nie jest zbyt wygodny, ponieważ trzeba zawsze być kilka tygodni do przodu z czytaniem. Nie tylko dlatego, że każde dziecko ma nieco odmienne tempo rozwoju, ale także ze względu na przykład na poradniki: co powinno niepokoić?/kiedy wybrać się do lekarza? Sytuacje tam opisane mogą się wydarzyć nie tylko w tygodniu, do którego zostały podporządkowane. Jest to wada, ale do przeżycia.

Kolejna rzecz - tłumaczenie tylko częściowo jest dopasowane do polskich realiów. Owszem, dotyczy spraw prawnych oraz szczepień, ale na pewno nie rozszerzania diety (zarzuty mam do wskazania pasternaku jako jednego z pierwszych warzyw, trudno dostępnego w sklepach, a praktycznie nieobecnego na rynku, a przecież są inne warzywa, bardziej oczywiste w polskiej kuchni). 

Fatalna, niepełna korekta: literówki, a nawet niedokończone zdania są czymś, co zdarza się tak często, że mocno irytuje. Czasem wygląda to tak, jakby ktoś zapomniał powiększyć tabeli, w której znajduje się tekst, a czasem tak, jakby tłumacz zastanawiał się, jak coś napisać, ale ostatecznie nie wrócił do problematycznego fragmentu.

Brak wskazówek dotyczących karmienia naturalnego.

Niedopasowanie niektórych rad do wieku dziecka - mam na myśli rady dotyczące wywołania odbicia u malucha. Autorki podają, że można sobie dziecko posadzić na kolanach i masować plecki. Owszem, ale u dziecka, które jako tako siedzi. Rada podana gdzieś około drugiego miesiąca życia jest mocno na wyrost i nie zostało to zaznaczone.

Obsesja na punkcie SIDS, czyli zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej - wszędzie, na każdym kroku, od pierwszej do ostatniej strony: dziecko nie może spać na brzuchu, dzieci, które śpią z rodzicami, częściej umierają, itd, itp. Wszystko po to, by na ostatnich stronach przeczytać (książka obejmuje pół roku dziecka), że dziecko ma już pół roku i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wydaje mi się, że dużo częstszym problemem jest katar u noworodka, który nie potrafi jeszcze oddychać ustami, ale o tym w książce nie ma ani słowa. 

Brak rad dotyczących ćwiczeń i zabaw dla niemowlęcia - jak zająć czas, jak wspierać rozwój, w jaki sposób można z dzieckiem ćwiczyć. Zwracam uwagę na ten fakt, ponieważ sama nauczyłam się bardzo prostych ćwiczeń dopiero na rehabilitacji. Mam na myśli ćwiczenia dla zdrowych dzieci, które wzmacniają młode mięśnie. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać taki obrazkowy instruktarz w książce lub skierować do nagrań w internecie.

Ostatnia rzecz sprawiła, że odpuściłam sobie lekturę tej książki. Sumiennie śledziłam może pierwsze 6 tygodni, poirytowana jedną sprawą: rubrykami snu. Kiedy Twoje 2-tygodniowe dziecię przesypia łącznie na dobę 8-10 godzin, a Ty czytasz, że powinno spać od 16 do 20 godzin, coś Cię trafia. Tak, to szlag. Ty jesteś zmęczona, ale przez ponad pół doby siedzisz ledwo żywa, kołysząc dziecko i nucąc: "Śpij już, śpij już", a ono ma cały czas otwarte oczy. W okolicach 5 tygodnia dałam sobie z tym spokój. Nie chcesz spać, to nie śpij. Ania i tak nie spała, ale ja to lepiej znosiłam. To nieprawda, że każdy noworodek przesypia większość doby. Książka nie dawała rad, jak można zająć marudzące dziecko, które nie śpi (biało-czarne wydruki wzorów, kresek, kół, podpowiedziała mi położna). Poza tym moje dziecko na 6 tygodni przesypiało bez przerwy w godzinach nocnych 6 godzin, a od 8-9 tygodnia, 9 godzin. Kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, a ja byłam tyle czasu bez karmienia, myślałam, że piersi mi eksplodują. Do końca karmienia wstawałam w nocy ściągać pokarm, a moje dziecko spało. Oczywiście książka nie brała pod uwagę innego scenariusza niż dwumiesięczniak, który w nocy je co 3 godziny, a na pełną przespaną noc mama musi poczekać. 

Tak czy inaczej: wady przeważyły nad zaletami. Mimo że ilościowo wyszło mi podobnie, to rubryka dotycząca snu oraz ciągłe straszenie śmiercią łóżeczkową według mnie stawia sensowność tego poradnika pod dużym znakiem zapytania.


Powrót Marii Kostki, czyli „Arystokratka w ukropie”

Okładka książki Arystokratka w ukropieDruga część pamiętnika Marii Kostki dorównuje pierwszej pod kątem walorów rozrywkowych. Pierwotnie książka była całością, jednak została podzielona po sugestiach wydawcy, że książka śmieszna nie powinna być kilkusetstronicowa. Arystokratka w ukropie zaczyna się w tym momencie, w którym kończyła się Ostatnia arystokratka. Trzeba o tym pamiętać, żeby wiedzieć, czego oczekiwać po książce. Jest tak samo dobra, jak pierwsza część, ale nie jest od niej lepsza.
Wrażenia po lekturze – lekka, dobra rozrywka, naprawdę warta uwagi. Choć odniosłam wrażenie, że w pierwszej części było więcej żartów językowych, w drugiej zdecydowanie przeważają sytuacyjne.
Kilka naprawdę niezłych gagów sytuacyjnych okrasza lekturę (np. Deniska, która biega w zbroi i czyści toalety), jednak salw śmiechu było zdecydowanie mniej niż za pierwszym razem. Zastanawiam się, dlaczego – czy to kwestia oczekiwań (wiedziałam, że będzie zabawnie, ale nie zaskoczył mnie poziom humoru jak przy pierwszej części) czy zmęczenie autora wymyślaniem zabawnych sformułowań i zdarzeń.
Evžen Boček, Arystokratka w ukropie, tłum. Mirosław Śmigielski, Stara Szkoła, Wołów 2016

piątek, 15 kwietnia 2016

Grzegorz Uzdański, „Wakacje”, czyli jak to bywa z podróżami do korzeni

Marta i Justyna – matka i córka, dwie kobiety, pomiędzy którymi komunikacja jest dość trudna, przyjeżdżają na Mazury, by dowiedzieć się czegoś więcej o pochodzeniu babki-Niemki. Szukają ukrytej przez lata historii rodzinnej, która sprawiła, że babka nigdy nie wspominała o swoim pochodzeniu. Idea szczytna, tyle że gdzieś po drodze uległa rozmyciu. Powieść Grzegorza Uzdańskiego, przy pełnym szacunku dla bardzo dobrze zrealizowanego pomysłu na literacką wypowiedź, wydała mi się nieco pozbawiona fabuły. Miało się coś wydarzyć, miały być jakieś wnioski, odkrycia, a kobiety wracają do Warszawy z pustymi rękoma.
Mimo tej mojej wątpliwości dotyczącej braku fabuły, książka jest warta uwagi, częściowo przez zastosowanie modernistycznego strumienia świadomości. Technika ta dotyczy zwłaszcza młodszej z kobiet, która ma obsesję na punkcie zakładów zawieranych z samą sobą, najczęściej dotyczących tego, kto wyjdzie zwycięski ze starcia Superman i Wonder Woman. Narratorowi rzeczywiście udaje się zapisać myśli bohaterki w sposób dosyć naturalny – ze wszystkimi niedopowiedzeniami, dziwactwami, osobistymi wycieczkami i objawami nerwicy.
Ponadto warty uwagi jest rozdział, w którym autor ośmiesza uwagi na marginesach w powieściach, stosowane przez wydawnictwo Greg. Dołączenie objaśnień do własnego tekstu nadaje temu fragmentowi charakteru „przegadania”. Ukazuje śmieszność i brak sensu takiej praktyki wydawniczej, która całkowicie odziera lekturę z wielowarstwowych znaczeń, a także ogranicza interpretację, wskazując jedną drogę pracy z utworem. 

Za książkę dziękuję wydawnictwu
Grzegorz Uzdański, Wakacje, W.A.B., Warszawa 2016