niedziela, 8 kwietnia 2018

Królik Franek trochę jak Świnka Peppa


Królik Franek jest zwyczajnym przedszkolakiem. Zwyczajne są także książeczki Marty Krzemińskiej. Franek ma rodziców, starszą siostrę i problemy, z jakimi zetknąć się może kilkulatek. Metoda wybrana przez autorkę pozwoli na napisanie o Franku pokaźnej serii książeczek. Na razie przeczytać możemy dwie – o sztuce przegrywania oraz o obawie przed innością. Książeczki, co jest niewątpliwie ich zaletą, pochwalić się mogą konsultacją psychologiczną, dzięki czemu są dobrym materiałem dla rodziców do omówienia z dzieckiem trudnego tematu, gdy maluch się z nim zetknie.
Napisane prostym językiem, z centralną postacią Franka, ułatwią dziecku identyfikację z głównym bohaterem. Porównanie z Peppą jest dla mnie dość oczywiste – w angielskiej kreskówce, podobnie jak i tu, bohaterowie nie mają jakichś niemożliwych do realizacji przygód. Ich życie i problemy są odzwierciedleniem przeciętnej, dziecięcej rzeczywistości (która absolutnie nie jest nudna!) i z takiej perspektywy pokazane. Poza tym w świecie Królika Franka inni bohaterowie są zwierzęcymi postaciami innych gatunków – jest zatem kot, pies czy prosiaczek. Zwięzłe historie opatrzone są także problemowymi pytaniami, które mogą pomóc rodzicom rozmawiać z dzieckiem.
Trudno nie wspomnieć o przyjemnej szacie graficznej książek. Pastelowe kolory i równowaga pomiędzy słowem i obrazem sprawiają, że Królik Franek ma szanse stać się, obok Basi Zofii Staneckiej, przyjacielem przedszkolaka i pomocnikiem rodziców. Może też okazać się alternatywą dla chłopców, którzy (to przecież normalne w tym wieku) wolą słuchać historii, których bohaterem jest także chłopiec.

Marta Krzemińska, Królik Franek, Foksal, 2018

piątek, 9 marca 2018

Mgliście - Buduar Igora Kulikowskiego



Niewielka, ale „gęsta” – taka jest miniatura Igora Kulikowskiego Buduar. Trzy osoby i trzy głosy na ten sam temat – poszukiwanie miejsca dla siebie w fascynującym i jednocześnie nieludzkim świecie, jakim jest metropolia. Potrzeba wolności i spełnienia, która przywiodła każdego z nich do wielkiego miasta, jest siłą, która nie tylko popycha do przodu. Czasem, o czym przekonuje się jeden z bohaterów, każe się cofnąć do opuszczonego świata.
Wielkie miasto ma pozwolić na realizację marzeń, które były tłumione w małych miejscowościach i rodzinnych domach. Ma także ukryć to, co wstydliwe i inne. Jednak rzeczywistość rozmija się z marzeniami i bohaterowie, gdy przebywają w mieście W. są bardziej samotni niż w miejscach, z których przybyli. Tam nikt ich nie rozumiał, ale dostrzegał ich istnienie. Tu – są niezauważalni, a indywidualne potrzeby zbyt błahe, by były warte uwagi. Dwóch mężczyzn i kobieta stanowią pionki w wyścigu szczurów. Rzuceni blisko siebie, nie są w stanie sobie wzajemnie pomóc. Korzystają z jednej przestrzeni, komentują te same chwile, w których wspominają o swojej obecności. Każde z rozbieżnymi pragnieniami, każde zagubione.
Autor zawarł te myśli na kilkudziesięciu stronach, wspaniale zapełnionych formą. Tekst doskonale się czyta, jest ucztą dla ucha. Próbowałam głośnego czytania, gdy moja dwuletnia córka zaczynała się niepokoić, że zajmuję się czymś innym, niż według niej powinnam. Okazało się, ku mojemu zdziwieniu, że przerywała mi dopiero po jednej, dwóch stronach, choć praktycznie nic nie rozumiała. Siedziała zasłuchana, bo utwór I. Kulikowskiego jest bardzo muzyczny. Wybrane przez autora środki językowe, budujące tę poetycką prozę, stanowią największą wartość dodaną książki.
Problemem utworu jest ograniczenie do minimum treści. Buduar, jak scena oglądana przez zasłonę, jest dość niewyraźnie zarysowany pod względem nurtu opowieści. Być może to wada tej miniatury. Być może jej zaleta. Buduar przecież jest pewną formą, tajemniczą i pozostawiającą wiele w sferze domysłów. Może zatem tak właśnie miało być. 

Igor Kulikowski, Buduar, wyd. Dygresje, 2018
 

poniedziałek, 15 stycznia 2018

"Breaking Dead", czyli "Fashion victim" - Corrie Jackson przedpremierowo

Autorka i wydawca chcieliby, żeby Fashion victim sprzedawało się jako thriller. Cóż, do rasowych przedstawicieli gatunku książka nie należy i chyba należeć nie będzie. Potraktować ją należy raczej jako przedstawiciela kryminału. I wtedy jej ocena wypada znacznie lepiej. A to chyba nic uwłaczającego dla książki być przyporządkowaną do literatury kryminalnej? Książka ma szanse zadowolić czytelnika kryminałów, ale raczej zawiedzie miłośnika piętrzących się zagadek i oddechu śmierci na plecach.
Premiera książki 17.01.2018
 
Rozumiem, że autorka zakłada, że książek z Sophie Kent, dociekliwą dziennikarką, będzie więcej. Nie uzasadnia to jednak połowicznych rozwiązań, na jakie zdecydowała się pisarka w zakresie konstrukcji głównej bohaterki. Jest nieodległe czasowo przeżycie śmierci brata, jest oziębły ojciec i matka, z którą nie ma kontaktu. Poza tym o Sophie można zgromadzić nieliczne strzępki wiadomości. Według mnie zbyt lakoniczne, żeby pozwoliły polubić główną bohaterkę.
Lepiej wypadają dwie ofiary – Natalia i Lydia. Jedna bardziej, druga mniej sympatyczna, może trochę stereotypowe, ale przekonujące. Wydaje mi się, że nieco za wcześnie autorka podsunęła trop dotyczący kobiecego wkładu w wykonanie morderstw. Tym samym wynik nie jest tak zaskakujący, jak powinien być. Całość jest dobrze poukładana i przemyślana. Wątki związane z morderstwami poprawnie pozamykane, a całość nieźle napisana. Fabuła nie jest zbyt skomplikowana ani głęboka, ale dobra jak na kryminał.
I jeszcze sprawa tego tytułu… Można się spierać, czy Fashion victim brzmi lepiej niż oryginalne Breaking Dead. Propozycja polskiej tłumaczki jest niezła, tyle że znaczy coś innego. Ofiarą mody jest osoba, której strój wskazuje na ślepe podążanie za trendami, i której eksperymenty modowe nie należą do udanych. Dlaczego zamiast jednego angielskiego tytułu mamy drugi, także angielski? Tylko dlatego, że to brzmi bardziej światowo? Trzeba przyznać, że tłumaczka nieco popuściła wodze fantazji.


Za książkę dziękuję wydawnictwu



Corrie Jackson, Fashion victim, tłum. A. Wyszogrodzka-Gaik, 2018