sobota, 7 października 2017

W sieci kłamstw – Alice Feeney, „Czasami kłamię”


Thriller Alice Feeney opiera się jednocześnie na kilku wątkach: męskiej obsesji, niewypowiedzianej agresji między siostrami oraz dramatu z przeszłości. Dodaje do tego agresję wobec głównego bohatera, który nie może się bronić. Łączy więc popularne motywy, które stać się mogą przepisem na thriller idealny. Czy jednak się stały, to już inna sprawa.
Powieści nie można zarzucić braku napięcia i dobrego pomysłu. Ponadto, co ważne w tego typu literaturze „dla wszystkich”, książkę łatwo się czyta. To taka lektura na jeden weekend, która pomoże w wyłączeniu się z bieżących spraw, ale nie zaprzątnie głowy na zbyt długo. Książka w gruncie rzeczy poprawna i niewymagająca.
Inni chwalą rysy nakreślonych osobowości. Dla mnie najbardziej realna jest Claire. Postacie Paula oraz głównej (obok Claire) bohaterki Amber są zbyt płaskie jak na thriller. W przypadku Amber sytuacja nieco poprawia się pod koniec książki, kiedy Amber pokazuje, że jest dokładnie taka sama jak jej siostra. Paulowi po prostu brakuje tego „czegoś”. Lepiej już wypada od niego Edward, do którego czytelnik (czytelniczka, bo, nie oszukujmy się, to książka kobieca) czuje obrzydzenie. Emocja jest jasna i sprecyzowana, a rys charakterologiczny mężczyzny – silny.
Niezaprzeczalny plus dla autorki należy się za rzetelne pomieszanie wątków (nie napiszę, że doskonałe, ponieważ według mnie było ono dość szkolne, po prostu poprawne). Jak na thriller przystało, wszystko świetnie do siebie pasuje, ale pozostaje jeden narracyjny zadzior, jakże trafiony, związany z wykradzioną przed laty bransoletką, która wraca do swojej pierwotnej właścicielki. Poza tym trójstronna narracja – jedna bieżąca i dwie retrospektywne. Dla równowagi wypadałoby dodać jeszcze jedną bieżącą – narrację Claire. Nie do końca wiem, dlaczego autorka nie zdecydowała się na dołączenie jej współczesnego głosu.
Powieść Czasami kłamię jest bez wątpienia przede wszystkim oparta na intrydze rodzinnej, choć nie bez znaczenia jest też występujący w książce Edward jako sprawca wszelkiego zła (jako taki jest oczywiście przedstawiony do czasu pojawienia się innych czynników). To on w oczach policji ma stać za wypadkiem Amber. Inna rzecz, że ten wypadek rzeczywiście był mu na rękę.
Kobiecy thriller, jakkolwiek dziwnie to brzmi, z jednej strony poprawnie realizuje podstawowy gatunek (sprawcy wszelkiego nieszczęścia zostają ukarani, ale i główny bohater ma swoje za skórą i nie jest tak czysty, na jakiego wygląda, a poza tym wilk czai się w owczej skórze i na pewno nie tam, dokąd prowadzą pozory), z drugiej ogranicza odbiorców do dość nietypowej grupy. Opis wydawcy na okładce wskazuje na elementy romansowe, które praktycznie nie występują, choć początkowo główna bohaterka próbuje nakierować na nie uwagę czytelnika. Czytelniczki liczące na odpoczynek przy romansie, będą nieusatyfakcjonowane, ale książka spodoba się wielbicielkom intryg.

recenzja przedpremierowa



Za książkę dziękuję wydawnictwu


Alice Feeney, Czasami kłamię, W.A.B, 2017

środa, 4 października 2017

Książka niepokojąca, odpychająca i fascynująca – „Ludzie na drzewach” H. Yanagihary



Podczas gdy na Małe życie, od roku stojące na półce, wciąż nie mam czasu, o tyle z pierwszą powieścią Hanyi Yanagihary postanowiłam nie zwlekać. Zapowiedź wydawnictwa W.A.B. była tak przykuwająca, że nie chciałam popełnić niewybaczalnego błędu, odkładając na później Ludzi na drzewach.
Mamy w niej trochę antropologii (lekkiej, takiej dla laika – wg mnie nieco jej za mało), trochę medycyny i biologii (o większe ilości tych dwóch dziedzin książka się prosi), sporo dylematów etycznych i wyprawę w nieznane rejony Pacyfiku. Do tego forma, która jest dla mnie ogromnym walorem książki – pełna rzetelnie zmyślonych przypisów bibliograficznych i komentarzy naukowych (w gruncie rzeczy popularno-naukowych, ale jednak). Całość niepokojąca jak dżungla, przez którą przedzierają się bohaterowie.
To trochę przewrotne wybierać na głównego bohatera powieści osobę, której czytelnik nie polubi lub przynajmniej będzie traktował ją obojętnie. Poplątany we własną seksualność Norton trafia, nieco zdesperowany życiowo, do mikronezyjskiej wioski na wyspie (zmyślonej jak większość "faktów" przez autorkę) Ivu'ivu, w której zrozumie swój pociąg do dzieci. Tak tak, Nortona wiąże pewna więź z Humbertem z Lolity Nabokova. 
Odkrycie, którego dokonuje, ma zmienić myślenie ludzi o nieśmiertelności. O życiu długim ponad miarę i problemach, które wiążą się z zachowaniem zdrowego ciała. O degeneracji umysłu, o której nie mówią mity o kamieniu filozoficznym. To całkiem poważne science-fiction, w którym zapewniono sporo logicznych argumentów i dużą dozę problemów badań na ludziach. Do tego poruszona zostaje kwestia relatywizmu kulturowego, o której w pewnym momencie mówi sam bohater, obserwujący złość Esme, uczestniczącej w wyprawie antropolożki. O ile rozum jest w stanie zaakceptować odmienność zwyczajów, o tyle uczucia i oceny nie idą z nim w parze. A stąd już tak blisko do europocentryzmu.
Norton Perina, uważny obserwator i wnikliwy analityk, narusza prawa mieszkańców wyspy. Kradnie do celów badawczych okaz legendarnego żółwia, spożywanego przez tych, którzy osiągnęli sędziwy wiek. Dostąpienie tego zaszczytu wiązało się z osiągnięciem nieśmiertelności, ale też z wizją wygnania z wioski ze względu na swoją bezużyteczność oraz utratę rozumnego myślenia, postępujące z wiekiem. Norton, który zbadał te zależności i opublikował informacje na ten temat w pismach naukowych, ściągnął na wyspę klęskę. Wiele koncernów farmaceutycznych zechciała posiąść przepis na przedłużenie życia. Rozgrabiona, z wytrzebioną dżunglą i pustym jeziorem, w którym żyły żółwie dające nieśmiertelność, wyspa stać się miała w przyszłości poligonem nuklearnym. Kilkudziesięciu mieszkańców wioski zostało przesiedlonych na główną wyspę mikronezyjskiego (oczywiście nieistniejącego) państwa.
Powieść świetnie się czyta, mimo braku emocjonalnego przywiązania do Nortona Periny. Dostrzec w niej można drobne niedociągnięcia, z którego największym jest chyba brak wyjaśnienia, dlaczego wszyscy mieszkańcy wioski na Ivu'ivu wyglądali młodziej niż podobni rasowo (i co ciekawe, także językowo, choć to praktycznie bez sensu, skoro nie wiedzieli o istnieniu świata poza nimi) mieszkańcy głównej wyspy. 
Czytałam opinie, że Małe życie jest pozycją znacznie lepszą od Ludzi na drzewach, książki ciekawej i bardzo poprawnie skonstruowanej. Zobaczymy. Może wreszcie znajdę czas i na drugą powieść Yanagihary.

Za książkę dziękuję wydawnictwu


Hanya Yanagihara, Ludzie na drzewach, tłum. Jolanta Kozak, 2017

piątek, 8 września 2017

Rymowanki Urszuli Kozłowskiej - "Ciekawska krówka", "Pomysłowy indyk"

O talencie Urszuli Kozłowskiej nie trzeba nikogo przekonywać. Jej książki z serii Wykrojników stały się pierwszymi rymowankami Ani. Tak naprawdę to one rozbudziły w córce zainteresowanie rytmicznym tekstem. Wcześniej, czyli przed 15. miesiącem życia, Ania wybierała przede wszystkim książki obrazkowe (lubi je do tej pory), natomiast z fabularnych miała jedną, którą kazała sobie czytać bez przerwy - nierymowaną książeczkę o kotku Mam już rok/Poznaję świat. Aż tu nagle taka ulga dla nas - nie musimy czytać o kotku, którego przygody nie są porywające. Możemy czytać o Krówce oraz Indyku, i to przede wszystkim w formie przyjemnych rymowanek, posiadających także refreny. Ania absolutnie pokochała te książki. 
Ciekawska krówka jest opowiastką o tym, jak tytułowa bohaterka, cielaczek jeszcze, stwierdza, że znudził jej się jadłospis, jaki proponuje jej mama. Pyta inne zwierzęta, co jedzą, szukając pomysłu na urozmaicenie swojej diety. Jednak sama dochodzi do wniosku, że ani kapusta od zająca, ani szyszki i orzechy od wiewiórki, ani kości i kasza od psa nie są przeznaczone dla niej i wraca na łąkę, by jeść trawę i mlecz. W przypadku starszego dziecka książka może być przyczynkiem do rozmowy nie tylko o jadłospisie różnych zwierząt, ale także o tym, że coś, co posiadają inni, nie zawsze będzie odpowiednie dla niego. Uwaga dla rodzica: warto przygotować się na pytania, co jedzą inne zwierzęta, np. wymienione w bajce w podsumowaniu: wróbel, sowa, kot, mysz - u których ponoć też Krówka była.
Pomysłowy indyk ma bardziej humorystyczną fabułę (co nie znaczy, że Krówka jest poważną lekturą). Jego żona ma imieniny i wszystkie zwierzęta w zagrodzie namawiają go, by z tej okazji oddał jej swoje korale, a on wszystkim tłumaczy, że nie może. Zwierzęta mu nie wierzą. Sprawę ratuje szpak, który proponuje zmartwionemu indykowi, by podarował żonie korale z jarzębiny. W tym kontekście pomysłowy jest nie indyk, ale szpak, natomiast tytuł wydaje się nieadekwatny do treści. Rozumiem jednak, że tytuł taki jak Zmartwiony indyk (co pojawia się w refrenie -"gulgocze indyk zmartwiony") nie byłby chwytny marketingowo. Starsze dziecko spyta pewnie, co za korale ma indyk i dlaczego nie może oddać ich żonie ;-).

Książki z duużym plusem ode mnie, także za przyjemne ilustracje Arlety Strzeszewskiej.

Urszula Kozłowska, Ciekawska krówka, Pomysłowy indyk, Wilga (GW Foksal)

poniedziałek, 4 września 2017

"W domu, w dziczy, na ulicy" - książka obrazkowa na roczek

Po absolutnym sukcesie Ulicy Czereśniowej, którą moja listopadowa córka dostała na roczek od dziadków, przyszła pora na jakiś prezent świąteczny. Mąż podjął się tego wyzwania z niewiadomych przyczyn sam. Hmmm...

I powiem szczerze, że kiedy zobaczyłam książkę W domu, w dziczy, na ulicy autorstwa ponoć cenionej Fiep Westendorp, miałam mieszane uczucia. Dziwne jakieś te obrazki. Koślawe takie. Do tego właśnie "słownikowa forma", to znaczy tematyczna, ale afabularna. Okazało się, że Ania była innego zdania i radziła sobie z tą książką lepiej niż ja. Tak, tak, czasem nawet osoba dorosła musi się mocno przyjrzeć, czy zwierzak na obrazku jest psem czy kotem. Tych wątpliwości dziecko nie miało ani przez moment. Ania zainteresowała się nią jakiś czas od otrzymania (była wtedy jeszcze w ferworze książek R.S. Berner), ok. 14.miesiąca i mniej więcej 5 miesięcy książka cieszyła się stałym, choć nie szalonym zainteresowaniem. Od jakiegoś czasu zagląda do niej sporadycznie, ale jeśli już ją otworzy, spędza z nią sporo czasu, jak na dziecko, które jeszcze nie ma 2 lat. 
Westendorp proponuje zakresy tematyczne przedstawianych (przede wszystkim) przedmiotów i postaci. Są więc elementy wyposażenia mieszkania, szkoły, cyrku czy parku. Jest prezentacja zawodów i domowych zwierząt, a także środków transportu. Moje wątpliwości dotyczące koślawości rysunków nie minęły, mają one nierzadko niewiele wspólnego z rzeczywistym wyglądem (na przykład rozkładówka zatytułowana "pojazdy" jest po prostu dziwna). Obok każdego obrazka umieszczone zostały napisy, mówiące o tym, co autorka miała na myśli. I dobrze że są - bez nich rodzicowi czasem byłoby naprawdę trudno... Wiadomo, że w książce dla małego dziecka (1-3 lata) umieszczanie podpisów jest średnim pomysłem, prawda? Oczywiście o ile to nie jest książka stricte do czytania, ale to całkiem inna historia.
Książka jest bardzo ciężka i gruba, ale ma przyjazny, kwadratowy format. Poszczególne rozkładówki mieszczą się w dwóch podstawowych typach obrazowania:
a) proste rozmieszczenie w rzędach produktów/przedmiotów/osób, np. 
b) ciekawsza z naszego punktu widzenia forma - próba stworzenia z elementów spójnego obrazka, w którym przedmioty występują w otoczeniu innych - wydaje mi się to łatwiejsze do ogarnięcia dla takiego małego dziecka:
c) formy pośrednie - łączą dwie powyższe w różnym stopniu, jakby zamiarem autorki było wykorzystanie całej przestrzeni na stronie:


Problem z tą książką mają zatem przede wszystkim rodzice. Pewnie dlatego, że jest inna niż typowa niemowlęca książka z obrazkami czy klasyczna obrazkowa do opowiadania. Jednak muszę przyznać, że kiedy Ania mówi "mama cita" (czyli "mamo, czytaj"), a ja ją pytam, co mam poczytać, to zawsze cieszę się, kiedy wybiera Ulicę Czereśniową lub rymowanki, np. J. Brzechwy czy świetnej Urszuli Kozłowskiej, ale kiedy wskazuje na książkę F. Westendorp, uchodzi ze mnie powietrze, bo jej po prostu czytać nie umiem. Poza tym jest w niej coś irytującego. Książkę ratują pełne rozkładówki, jak ta o ogrodzie, ale przed tymi "słownikowymi" rodzic dziecka przed drugimi urodzinami stoi bezradny. Może coś się jeszcze w tym zakresie zmieni, a może niedługo ta książka, jak kilka innych, zostanie odłożona do pudła, bo Ania zupełnie przestanie zwracać na nią uwagę.

Być może problemem tej książki jest fakt, że stanowi ona zbiór obrazków wybranych z wieloletniej twórczości autorki. Wydana w Holandii w roku śmierci ilustratorki, we współpracy z jej fundacją działającą na rzecz dzieci, może wcale nie była przez nią autoryzowana. Myślę, że byłaby dużo przyjemniejsza, gdyby składała się wyłącznie z pełnych rozkładówek. Ale może autorka nie zdążyła jej przygotować w takiej formie? Tego nie wiem.

Fiep Westendorp, W domu, w dziczy, na ulicy, tłum. Jadwiga Jędryas, Wydawnictwo Dwie Siostry, Warszawa 2016


piątek, 1 września 2017

Świat wokół nas - książka z obrazkami dla niemowlęcia


Dzisiaj krótki wpis o książeczce, na którąś ktoś miał dobry pomysł, ale niezupełnie dobrze go zrealizował. Biało-czarne kontury (powtarzający się motyw serca), do tego kolorowe obrazki wewnątrz kształtu i oznakowanie 6m+. W odniesieniu do poprzednio opisanych przeze mnie książeczek Bystre oczka, książka Świat wokół nas jest niezwykle uboga, a (chyba z przezorności) została oznaczona przez wydawcę wyższą kategorią wiekową. Tak czy inaczej - nuda. U nas było na tyle nudno, że książka stała się usypiaczem. Do każdego obrazka przyporządkowałam zdanie, które powtarzałam w niezmiennej formie, np. "Domek ma czerwony dach". "Drzewo rośnie obok domu". "Kwiatek stoi na parapecie". Książka będzie nudna także dla młodszego dziecka, ponieważ kontur serca jest powtarzalny. Gdyby były to obrazki wewnątrz różnych kształtów, książka spełniałaby swoją funkcję o wiele lepiej i była ciekawa dla różnych grup wiekowych.
Świat wokół nas, Grupa Wydawnicza Foksal

poniedziałek, 28 sierpnia 2017

Bystre oczka, czyli książka obrazkowa dla malucha

W kolejnym wpisie z serii Książka na pierwszy rok życia dziecka opowiem Wam o pewnym typie książeczek poznawczych dla niemowląt, które z powodzeniem mogą służyć nawet do 15. miesiąca życia, w zależności oczywiście od zainteresowania młodego człowieka.
Kontrastowe, wyraźne i kolorowe przykują uwagę malucha około 5.-6. miesiąca życia, choć wydawnictwo informuje, że są to książeczki dla niemowląt, które mają trzy miesiące. Nie jestem pewna, czy tak małe dziecko poradzi sobie wzrokowo z tyloma różnymi elementami wizualnymi. Kolory, choć bez subtelności, są zróżnicowane i trzymiesięczniak może nie dać rady skoncentrować na nich wzroku. Wypatrzyłam te książeczki w dyskoncie, gdy Ania miała około pół roku i długo były naszym obowiązkowym wyposażeniem torby. Przydawały się także latem na długich spacerach, kiedy córka nudziła się w parku.
Pierwsza z nich, A kuku stanowi dobrą zabawę nawet dla dziecka około roku, które zacznie
wypatrywać, gdzie się schował ludzik i co on robi. Wcześniej ma walor wyłącznie wizualny, co nie znaczy, że jest nudna. Duże zróżnicowanie graficzne i wyraźne linie prowadzą oczy dziecka. Obie książeczki korzystają z geometrycznych wzorów i są bardzo pogodne. Starsze niemowlę może się z nich uczyć pewnych zależności (dziecko w wózku śpi, bobas pomaga rozwieszać pranie, statek pływa, a samochód jedzie). 
Druga książeczka Wzory i kolory rzeczywiście jest przeznaczona dla małego niemowlęcia i ok. 10. miesiąca życia dziecko przestaje zwracać na nią uwagę. Podobnie jak obrazki dla noworodków (tu) korzysta z analogii i opiera się na nauce wychwytywania podobieństw. O ile z pierwszej można było ułożyć kilka wersji całkiem rozbudowanej historyjki, o tyle zawartość drugiej nie jest z sobą powiązana znaczeniowo. Układ książeczki jest znany z wcześniejszych: lewa strona to wyeksponowany motyw, a prawa - jego zastosowanie. Nam najbardziej podobał się domek z czerwonymi dachówkami. Jednak podczas fotografowania książeczki do wpisu, Ania już nie była taka pewna, czy fajniejsza nie jest kredka w paski ;-)


Joanna Homel, Iwona Janoszek, Bystre oczka: Wzory i kolory, Bystre oczka: A kuku, wyd. Debit, Bielsko-Biała

czwartek, 24 sierpnia 2017

O tym, dlaczego miś opowiadający bajki wcale nie musi być smutną zabawką


Kiedy roczna Ania otrzymała na Święta Bożego Narodzenia misia opowiadającego bajki, zrobiło mi się trochę smutno. Niby że ktoś uważa, że ja nie mogę dziecku czytać bajek? Musi to robić zabawka z wgranym dźwiękiem? Przyznaję, miałam wobec niego opory. Jednak okazało się, że to dobre rozwiązanie, jednak musiałyśmy do niego dojrzeć – zarówno ja, jak i Ania. Ania musiała przyzwyczaić się do głosu lektora i nauczyć włączać misia (cztery przyciski – na każdej łapce oraz przycisk regulacji głośności na uchu), a ja przekonać, że zostawienie tego towarzysza w łóżku nie robi ze mnie wyrodnej matki, która nie czyta dziecku bajek.
Po pierwsze: atrakcja – dziecko ma satysfakcję, że udało się samodzielnie włączyć dźwięk.
Po drugie: towarzystwo – gdy mama po prostu musi, tu i teraz, iść do ubikacji albo wyczyścić nos albo coś zjeść.
Po trzecie: łagodniejsze wejście dziecka w dzień lub przebudzenie po drzemce. Ania, od kiedy przyzwyczaiła się do misia, włącza go sobie po przebudzeniu z jej krótkich i rzadkich drzemek. Co pozwala mi niejednokrotnie skończyć to, co właśnie robiłam, zamiast biec do dziecka, które właśnie teraz, w tej chwili, musi wyjść z łóżka.
Miś z bajkami Dream Makers nie zastępuje czytania dla dziecka i wspólnego oglądania obrazków, co wydawało mi się na początku. Wspiera dziecko w nauce samodzielnej zabawy i daje poczucie bezpieczeństwa, że nie zostaje samo, gdy jest ten moment, że po prostu rodzic musi coś zrobić i nie może tego zrobić z dzieckiem na ręku (np. odcedzić ziemniaki). Stanowi też wsparcie podczas zabawy. Miś opowiada, dziecko jeździ samochodzikiem, mama próbuje zerkać przez ramię czytając artykuł językoznawczy. Dziecku nie przeszkadza wtedy cisza i dłużej trwa, zanim zauważy, że rodzic nie poświęca mu całej uwagi.
Dużym plusem misia, którego otrzymała od chrzestnych Ania jest możliwość wgrania bajek z bazy producenta, a oprócz klasyki: Czerwony Kapturek, Kot w butach czy Brzydkie Kaczątko (bardzo smutna, szybko ją zmieniłam) wybrać można też polskie legendy: o Syrenie czy rycerzach śpiących w Giewoncie, które wszyscy szybko polubiliśmy.
Poza tym ubranko misia (koszulka i szlafmyca) pełni nie tylko ozdobną funkcję. Stanowi osłonę rozpięcia na plecach, z którego dziecko mogłoby wyjąć mechanizm oraz kabel USB. Rozpięcia nie widać, więc nie kusi. Poza tym doceniam producenta, który wpadł na pomysł umieszczenia mechanizmu właśnie w plecach, a nie między nogami. Mamy innego misia z elektroniką, który mechanizm włączania i baterie ma właśnie między nogami i musi chodzić w pieluszce wielorazowej, żeby Ania nie sięgała do kabelków, które wypadały z niego pod wpływem siły ciężkości. Kolejny plus – miś może być włączony cały czas, tak, żeby dziecko mogło uruchomić bajkę tylko naciskając na przycisk na łapkach. Gdy skończy się nagranie, miś znów jest „uśpiony”. Można też bajkę wyłączyć wcześniej, przez ponowne naciśnięcie przycisku. Warto zwrócić na to uwagę, bo część zabawek z nagraniami uruchamia się i wyłącza wyłącznie przez przycisk centralny, znajdujący się w schowku, który z założenia miał być ukryty przed dzieckiem.
Minusy – w nagraniach pojawiają się błędy językowe, powtórzenia oraz źle zmontowane, jakby przestawione elementy. Mnie osobiście irytują, ale mąż twierdzi, że się czepiam. Nie można też wgrać swoich bajek. Chętnie nagrałabym siebie lub męża czytających bajkę.