czwartek, 2 sierpnia 2018

Niemieckość według Stasiuka – „Dojczland”


Ach... Ta gwiazda Mercedesa jako wariacja na temat pruskiego hełmu...


Andrzej Stasiuk w jednym z przyjemniejszych wydań. Miniatura, jaką jest książka Dojczland jest szczególnie warta uwagi osób, którym spodobało się np. Jadąc do Babadag czy Dukla, ale Mury Hebronu nie są im bliskie. Lekkość, jaką prezentuje ta pozycja, okraszona jest puszczaniem oka do czytelnika. To z jednej strony rozprawienie się ze stereotypem Niemca, z drugiej – paradoksalnie jego egzemplifkacja.
A. Stasiuk nierzadko wybiera formę wypowiedzi literackiej, która, będąc silnie zsubiektywizowaną narracją pierwszoosobową, pozbawiona jest jednocześnie dialogów. I, co go wyróżnia – pisarz doskonale sobie radzi z takim monologiem, który jest naprawdę ciekawy, mimo niebezpieczeństwa czytelniczej nudy. Dlatego Dojczland jest perełką – drobiazgiem, któremu warto poświęcić wieczorny czas. Muszę się też przyznać do tego, że kilka razy uśmiechnęłam się pod nosem do konstatacji wygłaszanych przez narratora. To akurat wyróżnia tę książkę spośród innych Stasiukowych – nie kojarzę, żebym chciała się dzielić zabawnymi anegdotami z kimkolwiek, kogo mam w pobliżu, a tak było w przypadku tej książki. Fakt też, że nie czytałam jeszcze wszystkiego, co spłodził A. Stasiuk.

Andrzej Stasiuk, Dojczland, Czarne, Wołowiec 2007.

niedziela, 29 lipca 2018

„Początek” wieszczy upadek konceptu?

Najnowsza książka Dana Browna jest dobra. W odosobnieniu od poprzednich – bardzo dobra. Jednak czytelnik, który zna poprzednie powieści, wie, kto stoi za zabójstwem jeszcze zanim doczyta książkę do połowy. A to irytuje wymagającego odbiorcę. W wielu kwestiach D. Brown korzysta z pomysłów, wykorzystanych w poprzednich książkach. Ucieczka prywatnym samolotem czy fakt, że zabójcą jest ktoś, kto w pewien sposób pomaga Langdonowi i dysponuje ogromną wiedzą na temat tła wydarzeń, to tylko dwa spośród powtarzających się motywów.
Zbyt dosłowne oskarżanie w ciągu trwania powieści wysoko postawionego duchownego tylko utwierdza czytelnika w przekonaniu, że nie on za tym wszystkim stoi – za śmiercią przywódców religijnych, organizacją medialnego morderstwa i pościgiem za głównym bohaterem i – oczywiście – piękną kobietą.
Zmiana względem innych książek D. Browna jest spora, ale tylko w kwestii tła zaczerpniętego z historii, a w tym przypadku ze współczesności sztuki. Sam jednak bohater twierdzi, że nie czuje się dobrze w towarzystwie eksponatów Muzeum Guggenheima w Bilbao, co przekłada się także na odbiór przez czytelnika. Brown opowiadający o osiągnięciach naukowych i przeszłości sztuk plastycznych był bardziej przekonujący.
Oczekuje się od D. Browna, że intryga będzie bezbłędnie skonstruowana. I z jednej strony nie dopatrzyłam się w Początku jakiejś fabularnej wpadki, z drugiej – zdecydowanie zbyt wcześnie zaczęłam domyślać się, kto stoi za zabójstwem. Coś zatem nie zagrało, gdzieś genialny D. Brown musiał się zdradzić.
Spodobała mi się natomiast sama intryga związana z naukowym odsłonięciem tego, dokąd zmierza ludzki gatunek. Umocowana w badaniach, logiczna i przekonująca perspektywa rozwoju homo sapiens jest tak oczywista, że trudno uwierzyć, że nie mówi się o niej jako naukowym pewniku. Nieco inaczej jest z kwestią tytułowego początku – ponieważ autor tej myśli nie żyje w momencie jej opublikowania, sam Langdon nie może skonfrontować swoich wątpliwości, które wyraził zaraz po wysłuchaniu wywodu. I dobrze – zostawia to pole do własnej interpretacji przez czytelnika. Z drugiej strony jest dość zachowawcze w kwestii religii, a jak dobrze wiemy – D. Brown do tej pory zachowawczy nie był. Czyżby się wystraszył fali hejtu, jaka mogłaby na niego spłynąć od osób wierzących? Wchodzimy zatem w etap autocenzury pisarskiej D. Browna czy po prostu wyczerpały się koncepty mistrza?

Dan Brown, Początek, tłum. Paweł Cichawa, wyd. Sonia Draga, Katowice 2017.

sobota, 14 lipca 2018

O nieśmiałości i kłamstwie - kolejna odsłona duetu M. Krzemińska & E. Jaślan-Klisik


Obie z córką polubiłyśmy Królika Franka, stworzonego przez Martę Krzemińską, który sympatyczną buzię otrzymał od Eweliny Jaślan-Klisik. Franek chodzi do przedszkola i nie jest idealnym dzieckiem. Przeciwnie - jego rzeczywistość jest dość zwyczajna - pomaga to małemu czytelnikowi utożsamić się z nim, co jest bardzo ważne, żeby zrozumieć książkę.
W pierwszym wpisie na temat Franka (tutaj) napisałam, że jego postać i problemy, z którymi się mierzy, pod względem idei przypominają założenia popularnej bajki Świnka Peppa. Z uśmiechem spojrzałam, że trzecia i czwarta część, które niedawno do nas dotarły, informują o patronacie, jaki objęła nad nimi Świnka Peppa. Okazuje się jednak, że Franek nie jest aż tak wyidealizowany jak bohaterka kreskówki, która naprawdę rzadko robi coś, co nie podoba się rodzicom. 
Franek okłamał mamę w kwestii ziemi wysypanej z doniczki, a później zabrał siostrze telefon, przekonany, że nikt nie zauważy braku przedmiotu. Szereg sprzecznych emocji prowadzi do swojego rodzaju oczyszczenia, które dokonuje się w momencie przyznania się Franka do winy. Co ważne dla najmłodszego odbiorcy, nikt nie zadaje pytania, dlaczego Królik zabrał telefon. Dziecko, a przecież nim jest Franek, nie potrafiłoby zinterpretować swoich emocji i znaleźć przyczyn zachowania. Nikt też nie nazywa antropomorficznego Królika złodziejem. Według mnie to dobrze, bo po pierwsze Franek od początku wiedział, że telefon odda, po drugie - nie wydaje mi się potrzebne rozszerzanie słownictwa dziecka o słowa, których znaczenia nie zrozumie, a mogłoby nim obrazić innych ludzi. Królik Franek i prawda o zaginionym telefonie to książeczka o trudnym temacie, podobnie jak poprzednie dwie - o przegrywaniu i tolerancji - może być pomocą w rozmowie z dzieckiem o własności, kłamstwie i szanowaniu zasad.
Ania, która nie ma jeszcze trzech lat, upodobała sobie jednak drugą z książek, którą tym razem otrzymałyśmy od Wydawnictwa Wilga - Królik Franek i historia nieśmiałego misia porusza problem, z którym Ania spotkała się w książce Urszuli Kozłowskiej (Mały Kotek). Jak zaczynam czytać (przestaję liczyć, który) o pierwszym spotkaniu Misia i Królika, Ania już wyprzedza fabułę, korzystając z cytatu z Kozłowskiej: "Bo ja się wstydzę". Myślę, że ta i inne książeczki M. Krzemińskiej pomogą w niedługiej przyszłości rozpoznawać pewne bardziej zawiłe emocje i może nawet je nazywać.




Za książki dziękuję 


Marta Krzemińska, Królik Franek, Wilga, 2018

niedziela, 3 czerwca 2018

Dramat rodziny - "Nowakowie. Kruchy fundament" Barbary Sęk (przedpremierowo)

Literacka opowieść (pierwsza część zapowiadanej sagi) o rozpadzie współczesnej rodziny wydała mi się z początku sztampowym pomysłem. Oto on, ojciec czworga dzieci, znudzony niepracującą żoną, znajduje sobie atrakcyjną i samodzielną kobietę, która staje się obiektem jego seksualnej fascynacji. Czytelnik poznaje Nowaków w momencie odkrycia przez członków rodziny, że ich żywiciel prowadzi podwójne życie. I choć pierwsze karty powieści uświadomiły mi, że czas spędzony z tą czterystustronicową książką będzie dość przyjemny (ze względu na niezwykle przyjazny czytelnikowi styl), nie nastawiałam się na wciągającą lekturę. Okazało się jednak inaczej.
Autorka zdecydowała się na długie partie tekstu prowadzone w mowie zależnej, które z reguły są dla czytelnika trudne. Ku mojemu zdziwieniu w tym przypadku nie stanowiły przeszkody w utrzymaniu tempa czytania. Do tego coś, co jest lubiane przez odbiorców - retrospekcja, pozwalająca na wyjaśnienie motywów zachowań, nieznanych czytelnikowi na początku. Sama akcja powieści to zaledwie kilka początkowych dni pewnego września, ale skonstruowana w taki sposób, żeby móc odtworzyć w miarę pełen obraz rodziny.
Klasyczna, ale zsubiektywizowana narracja sprawiają, że czytelnik może zbliżyć się po kolei do każdego uczestnika dramatu, z perspektywy którego prowadzone są poszczególne części tej złożonej układanki. Nie wszystko jest tak biało-czarne, jak mogłoby się wydawać. Trzeba przyznać, że autorce udało się zapobiec narzucającemu się w tej sytuacji podziałowi na dobrych i złych. I, co ciekawe, czytelnik nie widzi tu stuprocentowo dobrego bohatera, któremu kibicuje. Choć pod koniec książki prawie zaczyna współczuć Krzysztofowi, gdy widzi, do czego doprowadziło go nadmiernie rozbudowane poczucie odpowiedzialności za swoje czyny.
Układ trojga to charyzmatyczny on - Krzysztof - ojciec wydawać by się mogło idealny, autorytet dla swoich dzieci, uczący ich dojrzałości. Inteligentny, zarabiający jako wzięty adwokat, bez problemu utrzymuje rodzinę, dzięki czemu żona, skoro nie chce, nie musi pracować. Układ prosty, a jednak kruchy.
Ona - żona - Małgorzata. Była tancerka, która przez przypadek, bardzo młodo, weszła do rodziny prawników. Korzystała z tego, co dostała od męża i jego rodziny. Podobnie jak Krzysztof, który na początku wydaje się tym złym, tak ona jest postacią ambiwalentną i w gruncie rzeczy egoistką.
Monika - ta trzecia - to prawniczka. Dorównująca ambicjami Krzysztofowi, wypełnia lukę z potrzebami, o których żona nawet by nie pomyślała. Atrakcyjna, zadbana, poświęciła dla Krzysztofa swoje życie osobiste. Kieruje się egoizmem, ale wiedziała, na co się decyduje. Poza tym nie musiała prać, prasować, gotować. I najwyraźniej taki układ jej pasował.
Sięgając po książkę spodziewałam się kontrastów i łatwych ocen. Zastanawiałam się też, po co autorka planuje sagę na bazie, która nie rokuje. Jednak im dalej w las, tym więcej drzew, a popisowa scena centralna (czyli kiedy wszyscy wysuwają najcięższe działa) to według mnie dowód na to, że się myliłam. Poza tym przy okazji rozgrywającego się dramatu, czytelnik poznaje dzieci Nowaków: Tomka, który upodabnia się do ojca, Kasię, która zaczyna nienawidzić matki i nastoletniego Łukasza, najbardziej stonowanego z tej gromadki. Jest jeszcze trzyletni Kuba, który w tym układzie komplikuje najwięcej spraw. Do tego kilka nierozstrzygniętych kwestii (kto był tym życzliwym, który przesłał zdjęcia?) pozwalają sądzić, że kolejne powieści Barbary Sęk zapowiadają się obiecująco.
Warto też zwrócić uwagę na nieprzypadkowe nazwisko bohaterów. Jedno z popularniejszych w Polsce - zupełnie jakby celem autorki było uświadomienie, że pogubić się w życiu i oczekiwaniach wobec niego może się każda zwyczajna rodzina.

Za książkę dziękuję wydawnictwu



 

Barbara Sęk, Nowakowie. Kruchy fundament, Warszawa 2018
premiera książki 6 czerwca 2018.


wtorek, 1 maja 2018

Patriotyczne ciekawostki dla dzieci - „Moja Polska”

Przyjemny przewodnik po polskości dla dzieci - zarówno tych małych, jak i starszych. Nie da się jednak ukryć, że to kompendium całkiem subiektywne, co wydaje mi się, nie do końca wybrzmiało w opisie wydawnictwa. Moja Polska rości sobie prawa do przedstawienia polskich powodów dumy narodowej. Rzecz chwalebna, ponieważ w dobie emigracji ekonomicznej i dość negatywnych przekazów medialnych dotyczących polskiej rzeczywistości, łatwo zapomnieć, czym mogą pochwalić się Polacy.

Książka stanowi skondensowany zbiór ciekawostek, które mogą pomóc rodzicowi w odpowiedzi na dziecięce pytania (np. czym się różni orzeł od bielika?), a starsze dziecko mogą skłonić do dalszych poszukiwań, jeśli zainteresuje je jakieś zagadnienie. W przyjemny sposób wprowadza także w zagadnienia najnowszej historii Polski, na przykład o rolę Lecha Wałęsy czy Jana Pawła II.
Krótkie, dość poszatkowane części sprawiają, że książka przybiera formę upstrzonego ilustracjami słownika, uporządkowanego na zasadzie skojarzeń, a nie chronologii czy alfabetu. Przekrój kategorii i przykładów sprawia wrażenie dość pełnego, choć lektura odsłania braki. Przykładem mogą być znane polskie słodycze – autorka przedstawia tu batonik Prince Polo oraz firmę Wedel. A co z polskimi Krówkami? Te nie są wymienione. Czy inna kategoria – motoryzacja. Autorka wymienia Solarisy jeżdżące w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, a o produkcjach bydgoskiej Pesy i polskim pociągu Flirt już nie wspomina. Nie chcę podważać wyborów autorki, ale brakuje mi jasnego wskazania i podkreślenia, że całe, ciekawe przecież, przedsięwzięcie pod tytułem Moja Polska to zaledwie zajawki.
Podobnie z sukcesami sportowymi – skoro autorka podjęła się ich przytoczenia, oczywiste było, że konieczne będzie zawężenie tematu. Zawsze jednak można zapytać: dlaczego te, a  nie inne osoby, wydały się godne przytoczenia na kartach książki? Podobnie rzecz ma się z cechami regionów (kulturą i wyrobami) – książka pokazuje jak przez szkło powiększające pewien wąski wycinek, najciekawszy według autorki, ale przecież zawsze niepełny.
Zarzuty można mieć też zgoła polityczne, ponieważ książka nie ucieka od polityki czy może szerzej – ideologii, a za taki element należy chyba uznać przytoczenie WOŚP-u jako wyjątkowej akcji charytatywnej. Przy całym szacunku dla i podziwie dla sprawy, WOŚP nie jest jedyny. Może, skoro książce daleko do przytoczenia pełnego obrazu, warto byłoby zrezygnować z tego aspektu?

Za książkę dziękuję wydawnictwu
 
Katarzyna Sołtyk, Moja Polska, wyd. Wilga, 2018