niedziela, 13 stycznia 2019

Nie pies, nie kot, ale zwierzę - "Niepiesek"

Trzeci tom serii "Psierociniec", pierwszy, który czytałam, zdecydowanie zachęca do zapoznania się z pozostałymi. Trudny temat tożsamości ubrany w zwierzęcą opowieść, przystępną dla kilkuletniego dziecka (gdy czyta rodzic) lub dla młodego samodzielnego czytelnika.
Niepiesek jest biologicznie psem, ale wychowywany w kociej rodzinie uważa się za kota i jak kot się zachowuje. Kiedy dowiaduje się przy okazji wizyty u weterynarza, że powinien szczekać, a nie miauczeć, rozpoczyna przekonywanie samego siebie, że jest psem. Superpsem. Ignorując śmiechy i obelgi otoczenia zaczyna działać. Działania to iście nieudane - a to lot w kosmos, a to akcja zimowego przetrwania - żadne z nich nie może mu pomóc w rozwiązaniu psychologicznej zagadki. Wydaje mu się, że tylko w ten sposób poradzi sobie z problemem. Przy tej okazji poznaje różne psy i ku swojej radości dostrzega, że nie wszystkie go odrzucają. W Psierocińcu, gdzie każdy pies znajdzie dla siebie miejsce, spotyka się ze zrozumieniem swojego problemu. Niedługo później staje się głównym wykonawcą akcji uwolnienia Hultaja, przywódcy ulicznego gangu, który poniżał Niepieska. Ratując Hultaja z opresji, jaką był udział w polowaniach na dziką zwierzynę, jednocześnie Niepiesek staje w obronie leśnych zwierząt. I przekonuje się, że przynależność gatunkowa, rasowa, jest sprawą drugorzędną w obliczu człowieczeństwa, czy raczej... zwierzęczestwa.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu
Agata Widzowska, Psierociniec. Niepiesek, Wilga, 2018.

niedziela, 6 stycznia 2019

O skłóconych przyjaciółkach - "Moja wspaniała przyjaciółka"

Zadanie książki jest iście terapeutyczne - ma pomóc dziecku poradzić sobie z kłótnią z przyjacielem i oswoić z faktem, że nieporozumienia się zdarzają. Jest też zapisem (i rysunkiem) faktu, że przyjacielem nie musi być osoba, która jest do nas podobna - bohaterki różnią się pod wieloma względami, ale doskonale się rozumieją. Jest to jednak książka, oprócz jako-takiej fabuły ma kilka wad.
Po pierwsze: jest absolutnie dziewczęca pod względem wizualnym (róż, fiolet, kwiatuszki, serduszka itp.), co ogranicza jej zasięg, ponieważ nie widzę chłopca, który po nią sięga.
Po drugie: bohaterki mają zbyt podobne imiona, które mylą się nawet dorosłemu odbiorcy (Lula i Lenka).
Po trzecie: nie nadaje się do głośnego czytania i to jej zdecydowanie największa wada. Zarówno język, jak i oprawa książki, mimo że opowiada o dziewczynkach chodzących do szkoły, są skierowane dp dziecka (dziewczynki) małego, które jeszcze czytać samo nie potrafi, ewentualnie do takiego, które jest na początku drogi prowadzącej do płynnego czytania i nie połknie tej książki bez dzielenia jej na raty. Oznacza to, że opowieść powinna być dostosowana do czytania. Dwie pierwszoosobowe narratorki wypowiadające się na zmianę zdecydowanie utrudniają śledzenie, która z dziewczynek (Lula czy Lenka) właśnie wyraża swoje myśli. Problem ten dostrzegli twórcy książki i próbowali go rozwiązać, zmieniając kolor czcionki - dla jednej z nich przypisany jest czarny, dla drugiej szary. Hm... Jak ma się w tym połapać dziecko, które tylko słucha i ogląda obrazki? Nie wiem. Mało tego - nawet osoba dorosła musi rzeczywiście się skoncentrować na tym, kto właśnie się wypowiada. 
Narracja pierwszoosobowa była w przypadku tej fabuły pomysłem dobrym, ponieważ pomaga dziecku utożsamić się z bohaterkami, którymi targają sprzeczne emocje. Więcej - taka dwustronność pokazuje, że obie dziewczynki mają podobne wrażenia, choć pozornie jedna z nich lepiej sobie radzi z brakiem tej drugiej. Jednak realizacja tego założenia zdecydowanie się nie udała. Dlatego nie wiem, czy nie byłoby lepiej pozostawić klasycznego narratora wszechwiedzącego, który opowiedziałby o tych emocjach. I zdecydowanie zróżnicować imiona dziewczynek.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu
Polly Ho-Yen, Moja wspaniała przyjaciółka, Wilga, Warszawa 2018.

piątek, 4 stycznia 2019

Książka, z którą mam problem - "Dom na górze"

Książkę otrzymałam w pakiecie z innymi, zdecydowanie dziecięcymi (przedszkolnymi). Ta jest inna, niepokojąca i bardzo metaforyczna. Trudno mi stwierdzić, dla dziecka w jakim wieku jest skierowana. 8+? 10+? I koniecznie powinna być przeczytana także przez rodzica, by dziecko mogło skonfrontować wrażenia. Zaczęłam ją czytać córce, która na szczęście usnęła, więc nie musiałam przerywać, gdy stwierdziłam, że jest za mała na tyle oskarżeń i smutku.



W tej książce dużo się dzieje. Nie wiem, czy autorka nie chciała zawrzeć w niej zbyt wielu problemów współczesnego świata - ksenofobia obok agresywnej wycinki lasów, wizja głodu i zanieczyszczenia powietrza, skutki nadmiernej ekspansji człowieka odczuwane przez najbiedniejszych i wreszcie rola inaczej myślących - dzieci, które mają szansę przywrócić naturalny porządek świata. Ali Standish zdecydowała się na wysoko zmetaforyzowany tekst, który według mnie nie jest całkiem spójny w warstwie fabularnej. Dzieci idą przez góry, później nagle pojawia się smutne, zanieczyszczone miasto, chłopiec żyjący na pustyni i wreszcie nieprzebyty las. Brakuje tu ciągu przyczynowo-skutkowego. Książka trzyma się ram do momentu ucieczki Yasmeen na niedźwiedziu z wioski, w której nigdy nie czuła się jak w domu, a w której mieszkała z wujem. Później refleksja dominuje nad fabułą. Do tego dochodzą ciemne, niepokojące rysunki, których dziecko może się wystraszyć (tak też stało się w przypadku mojej trzyletniej córki, która wystraszyła się rysunku ryczącego niedźwiedzia), sprawiające, że wraz z niezrozumiałą dla dziecka treścią (dlaczego ludzie nie uwierzyli dziewczynce, że niedźwiedź jest dobry? dlaczego dziewczynka poszła sama?), że książka pozostawia nawet w dorosłym odbiorcy wrażenie antyutopii - takie jak po przeczytaniu Władcy much czy Nowego wspaniałego świata.
Jeszcze kwestia tytułu książki - zamiana The Climbers na Dom na górze przeniosła powieściowe akcenty z dosłownego wspinania się po drzewach, by zobaczyć więcej (i metaforycznego bycia ponad umysłowe zamknięcie dorosłych) na poszukiwanie schronienia dla zbieraniny dzieci i zwierząt, dla których nie liczy się kolor skóry i nazwa wioski, z której pochodzą. Podróż po zniszczonej, suchej, pozbawionej roślin i zwierząt krainie, w której ludzie cierpią głód i pragnienie, kończy się w domu na górze, ponad drzewami - dla dorosłego odbiorcy interpretacja tego zakończenia jako śmierci tych dzieci nie wydaje się przesadzona. Działania dorosłych pełne niezrozumienia dla innych ludzi oraz dla przyrody prowadzą do samozagłady.
Nie, to nie jest książka dla dziecka przedszkolnego. I na pewno wymaga rozmowy po lekturze. Nawet ja miałam taką potrzebę.

PS. Tu także, podobnie jak w wydanej w tej serii książce Zaginiona księgarnia, zdarza się nadruk ciemnego tekstu na czarnej ilustracji.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu
Ali Standish, Dom na górze, Wilga, Warszawa 2018.

Historia pewnego ważnego miejsca - "Zaginiona księgarnia"

Po przeczytaniu tej książki pomyślałam, że to pozycja dla dziecka wczesnoszkolnego, takiego 6-,7-letniego. Oj, mało jeszcze wiem o dziecięcych grupach czytelniczych. Moja trzylatka zaskoczyła mnie zupełnie nie samą chęcią przeczytania tej właśnie książki, ale tym, że z zainteresowaniem wysłuchała jej całej. A jest to ponad 80 stron rzadkiego tekstu. Inna sprawa - układ niewielkich fragmentów tekstu na stronie pomaga małemu czytelnikowi. 


Książka, jak na pozycję stricte dziecięcą, bardzo dobrze skonstruowaną fabułę - czytelnik naprawdę chce dowiedzieć się, co się stało z właścicielką księgarni i kto będzie nowym księgarzem. Skomentować muszę jednak tytuł - choć przyciągający, może sugerować książkę z elementami fantastycznymi. Mam jednak świadomość, z czego wynikała taka decyzja tłumacza - oryginalny imiesłów w The Missing Bookshop nie jest oczywisty do przetłumaczenia w sposób, który nadawałby się na tytuł książki, choć zawarty w słowie missing brak  jest najbardziej adekwatny do treści. Czy jednak książka byłaby bardziej przyciągająca, gdyby miała tytuł "Księgarnia, której brakowało"? Raczej nie. Jestem o tym przekonana.
Niewielka wada książki, utrudniająca na kilku jej stronach czytanie, grożące nawet przegapieniem fragmentów tekstu, to wydrukowanie w nielicznych na szczęście miejscach fioletowej czcionki na czarnym czy bardzo ciemnym tle. Nie wydaje mi się, żeby - najodpowiedniejsza w tej sytuacji - biała czcionka była trudna do zrealizowania, a zdecydowanie ułatwiłaby czytanie.
Książka spodobała się mojej wychowującej się wśród książek córci, ponieważ mogła utożsamić się z główną bohaterką - dziewczynką kochającą książki, regularnie przychodzącą do ulubionej księgarni. Ania naprawdę przejęła się tym, co się stało z panią księgarką i dlaczego tak ważne miejsce zostało zamknięte. Z radością opowiadała później tacie, że księgarnię, której wszystkim mieszkańcom miasteczka bardzo brakowało, udało się uratować i ponownie otworzyć. Nieważne, że ten nie wiedział jeszcze, o co w tej opowieści chodzi.
Sympatyczna, ale problemowa i wywołująca emocje fabuła została ubrana w ilustracje Kirsti Beautyman. Ich autorka starała się oddać kolorami nastrój panujący na kolejnych stronach książki - radosne fragmenty zilustrowane zostały jasnymi i żywymi kolorami, a te, w których bohaterka martwi się o księgarkę i losy ukochanego miejsca - ciemnymi barwami. Zabieg ciekawy, ale sprawia, że większa część książki ma po prostu ponurą, ciemną szatę graficzną - jak deszczowe listopadowe popołudnie.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu
 Katie Clapham, Zaginiona księgarnia, Wilga, Warszawa 2018


czwartek, 3 stycznia 2019

O radości pomagania - "Wielki dzień Małej Króliczki"


Sympatyczna opowieść dla przedszkolaka o dostrzeganiu potrzeb innych osób. Ważny przekaz ubrany został w antropomorficzne szatki Króliczki, która razem ze swoim dziadkiem, Wielkim Królikiem, odwiedza mieszkańców łąki i lasu. Zmienia dzięki temu nie tylko postrzeganie innych osób, ale także dziadka, który spędza czas ze swoimi znajomymi, pomagając, a nie tylko rozmawiając.
Każdy miał w domu dużo pracy. Dziadek jej nie miał i to on stał się opiekunem Króliczki podczas jednego z pracowitych dni w domu. Najpierw razem odwiedzają zmartwionego Kreta, chorą babcię Jeżową, unieruchomioną po upadku Wiewiórkę z małymi dziećmi i zapracowanego pana Orzesznicę. Wysłuchują ich problemów, pocieszają i obiecują pomoc. Króliczka uświadamia sobie, jak wiele osób wokół niej potrzebuje pomocy - i nie są to skomplikowane zadania. Następnego dnia - i to ten ma być właśnie tytułowym wielkim dniem - Króliczkę czeka próba. Dziadek zaplanował dla niej małe wyzwanie - musi znaleźć kilka przedmiotów, a lista sugeruje, że są to elementy wymarzonego latawca, obiecanego przez dziadka. Okazuje się jednak, że Dziadek prosi swoją wnuczkę o rezygnację z latawca, ponieważ zgromadzone przez nią przedmioty znacznie ułatwią życie innym. Pomoc sąsiadom jest ważniejsza niż skonstruowanie zabawki. Króliczka, obserwując radość obdarowanych błyszczącym, odbijającym światło papierem i gałązkami, sama dostrzega, jak ważne są niewielkie gesty i, razem ze swoimi przyjaciółmi, postanawia pomóc Wiewiórce, odwiedzając ją codziennie z zapasem jedzenia i zajmując się jej dziećmi.
Książka z wyraźnym morałem, sympatycznymi obrazkami (Alison Friend) i niewielką ilością tekstu na stronach, da dziecku możliwość zrozumienia ważnego problemu. W książce S. Haddow świat jest jasny i przyjemny, a problemy proste do rozwiązania, co ma zachęcić dziecko do aktywności pomocowej. Raczej dla małego przedszkolaka - starsze dziecko może już dostrzec uproszczenia i naiwność fabuły, co nie jest oczywiście wadą opowieści, jedynie jej cechą.
Do tego plus za przyjemną w dotyku, twardą okładkę i niewielki format książki. Minus - że w tłumaczeniu (nie wiem, jak jest w oryginale) króliki przynoszą wiewiórce jagody, choć na rysunku są jeżyny. Moja uważna córka to zauważyła i sama muszę teraz zmieniać ten tekst.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu



Swapna Haddow, Wielki dzień Małej Króliczki, Wyd. Wilga, 2018

środa, 2 stycznia 2019

Rzecz o niemożliwej miłości - "Serce na sznurku" M. Domagalik

Antropomorficzni bohaterowie, ilustracje, duża czcionka i prosty język - czytelnik otrzymuje ramę książki dla dzieci. Jest to jednak jedna z tych książek, które mają szansę spodobać się dziecku, a dorosłego ponad miarę wzruszają. To trochę tak jak z odbiorem bajek W. Disneya - dla każdego coś dobrego. Zawsze jednak, zanim przeczytam książkę córce, czytam ją sama, żeby wiedzieć, czego się spodziewać.

Przy książce M. Domagalik płakałam trzy razy. Pierwszy raz, kiedy mama musi oddalić Foczkę, żeby uratować jej życie. Drugi raz - gdy Foczka trafia do niedźwiedzia, który ratuje ją od zamarznięcia. Trzeci - gdy ona ratuje jego.
Historia, którą proponuje autorka, to opowieść o szybkim dorastaniu i walce ze swoją naturą w imię wyższych wartości. Dwoje głównych bohaterów przeżywa kryzys - choć ich sytuacje są zupełnie różne. On - groźny niedźwiedź, samotnik i zadeklarowany kawaler - wyrusza w podróż, by ratować siostrę swojego przyjaciela, zabitego przez ludzi. Udaje mu się uratować tylko (albo aż) jej malutką córkę. Ona - nieświadoma niczego foka, szuka schronienia u swojego śmiertelnego wroga i okazuje się osóbką mądrą i zaradną. Jej nieświadomość relacji pomiędzy zwierzętami sprawia, że budzi zaufanie i posłuch u drużyny pingwinów. Sytuacja niedźwiedzia jest trudna, zwłaszcza, gdy zostaje on zobowiązany do odczytania całej polarnej społeczności listu pozostawionego przez zabitego przyjaciela. Listu, z którego wynika konieczność odrzucenia naturalnych zapędów w imię wspólnego dobra. Współpraca niedźwiedzi i fok, a także innych zwierząt polarnych, jest kluczem do uchronienia ich świata przed człowiekiem. 
Książka stawia pytania o eksplorację ostatnich dzikich terenów na Ziemi, a także porusza kwestię nienawiści pomiędzy ludźmi - stworzeniami podobnymi do siebie, którzy mają wspólny cel - spokojne życie. Dla młodszego dziecka ważniejsza będzie kwestia pomocy innym i opieki nad chorymi (niedźwiedź) oraz słabszymi (niedźwiadek Ewelinka). 
Ku mojej radości książeczka kończy się zapowiedzią drugiej części.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu


M. Domagalik, Serce na sznurku, Wyd. Wilga, Warszawa 2018.

piątek, 28 grudnia 2018

Ach, te zaległości, ojej, te zapowiedzi

Drodzy moi, muszę się wytłumaczyć z zaległości, które mnożą się na moim blogu. Wiele z nich jest bezpośrednio związanych z literaturą dziecięcą i, choć jest tego sporo, mam nadzieję nadrobić w racjonalnym terminie. Jest też jedna rzecz objętościowo większa, rzecz, do której ledwie zajrzałam i jeszcze nic nie mogę o niej powiedzieć. To debiut literacki pt. List z Limbaži, którego autor, piszący pod szeleszczącym pseudonimem Stach Szulist, odezwał się do mnie z prośbą o recenzję. Pisarz, człowiek mierzący się z niechęcią do debiutantów, ściera się tą powieścią z wartościującą (w jaki sposób, to już każdy może sobie odpowiedzieć) nakładką, jaką jest "twórca/twórczyni literatury kobiecej". Mężczyzna piszący z kobiecej perspektywy? Czemu nie, niech się dzieje!
I niech nastąpi czas na czytanie.

Ze spóźnionymi świątecznymi i wyprzedzonymi noworocznymi życzeniami,

Magda