czwartek, 13 czerwca 2019

„Kebab Meister” Darka Foksa - czyli o przestrzeni negatywnej w literaturze

W sztukach plastycznych istnieje pojęcie przestrzeni negatywnej, oznaczającej kształt, kontur czy zasięg tego, czego pozornie nie ma, co znajduje się poza rzeźbą czy wzorem na obrazie. Takim prostym przykładem jest logo Fedex, zawierające strzałkę - ta strzałka właśnie jest przestrzenią negatywną, bo przecież wyrysowana nie została, powstała jako produkt uboczny typografii.
Z książką Darka Foksa jest trochę właśnie tak, że wywołany przez nią temat jest ciekawszy i bardziej obfity (mam na myśli realną objętość tekstu) niż sam utwór. Hm... Dawno nie czytałam czegoś tak enigmatycznego. Nawet Sny i kamienie nie były do tego stopnia hmm... nieokiełznane czytelniczo?
Zawartość książki to jakaś zajawka treści - urywany dialog między kobietą i mężczyzną, przetykany oniryczną relacją, której bohaterem jest tajemniczy generał. Zestawienie współczesności i realiów wojennych, urywków funkcjonowania kina współczesnego i niegdysiejszego - tyle daje się wychwycić. Jednak kino to tylko jedno mikropołączenie tych dwóch światów, ledwie zarysowanych, skrajnie niepełnych.
Książka jest obudowana innymi tekstami - wydawcy (opis na okładce i na stronie Korporacji ha!art) i oficjalnych recenzentów - to one tworzą istotną dla interpretacji przestrzeń negatywną. Na tyle istotną, że książka, bez tych dodatkowych tekstów, nie ma szansy, żeby stworzyć znaczenie. Zabieg dość nietypowy, ale skoro przyjmuje się istotność otoczenia artystycznego, którego dyskurs tworzy dzieło, to czemu nie skierować na ten właśnie dyskurs artystyczny pełnego ciężaru stworzenia zasad funkcjonowania w nim dzieła? Nie jestem pewna, czy to dobrze przelewam na papier (hm, do edytora). Najłatwiej będzie znów posłużyć się analogią do dzieł plastycznych.
Kiedyś dzieła plastyczne miały charakter przedstawiający, taka sama była proza realistyczna - jak lustro przechadzające się gościńcem. Sztuka figuratywna mówi do odbiorcy sama przez się - bo odbiorca ją "czyta" - widzi, ale nie musi o niej wiedzieć. Podobnie jest w prozie realistycznej - interpretacja jest niepotrzebna lub prawie niepotrzebna. Sytuacja zmienia się, kiedy pojawiają się w sztuce dzieła niefiguratywne, otwarte na interpretacje, nieprzedstawiające niczego, co widać bezwiednie. Dlatego powstaje dyskurs - całość opowieści autorów, wydawców i różnej maści znawców sztuki - i to dyskurs decyduje o tym, co jest dziełem, a co nie. Współczesne sztuki plastyczne nie istnieją bez dyskursu, innymi słowy - samo patrzenie nie wystarcza, by wiedzieć, z czym je jeść.
Tendencje te przechodzą także do funkcjonowania sztuki słowa. Jeśli popatrzeć na to, jak dalece sięgają niektóre interpretacje tekstów, jak wiele na rynku księgarskim znaczą nagrody dla książki roku, wywiady z pisarzami, zestawienia typu "Top 10" itp., jak dużo czyta się recenzji, zanim sięgnie się po właściwy tekst (może w mniejszym stopniu dotyczy to na szczęście gatunków popularnych, np. kryminału, thrillera, romansu), to zacznie się ten obraz kształtować. Dyskurs o Wojnie polsko-ruskiej D. Masłowskiej przerósł samą książkę (mam wrażenie, że nie tylko objętościowo) i zaczął funkcjonować poza nią. Taka jest teraz artystyczna rzeczywistość.
I teraz wróćmy do D. Foksa, który oferuje tekst enigmatyczny jak nowoczesny kolaż lub rysunek abstrakcyjny. Zgodnie z analogią do sztuk plastycznych, zostaje on obudowany odpowiednim dyskursem, ale nie tylko - kluczem są wyjaśnienia treści, które oferuje wydawca - absolutnie niezbędne do zrozumienia książki. Dochodzimy zatem do sytuacji, kiedy nie da się komfortowo odbierać książki bez dyskursywnej wiedzy o niej. Z opisów oferowanych przez Korporację ha!art oraz niektórych recenzentów, można dowiedzieć się, co było przyczynkiem napisania tej poetyckiej struktury, jaką jest Kebab Meister - czyli jakie są jej podstawy fabularne - historia generała w stanie spoczynku, który pełnił funkcję dyrektora kina w Skierniewicach podczas wojny, a następnie opuścił miasto i swoją żonę, by przyłączyć się do ukraińskiej armii - to wątek generała. Rozmowa dwojga - tajemniczych tak samoj jak literacka postać generała - to w zamyśle rozmowa filmowca i jego byłej żony, aktorki, która ma zagrać rolę opuszczonej żony generała. Jednak konia z rzędem temu, kto zrozumie te zależności bez okołoksiążkowego dyskursu.
Przy całym szacunku do języka, konceptu i poetyckości Foksa, mam wrażenie, że autor spalił dobry literacki temat, przenosząc całą treść, która w klasycznym ujęciu powinna się znaleźć w książce, na komunikację o książce.
I jeszcze do tego ten tytuł - łączący nowoczesny popkulturowy kicz z niemieckim, quasi-wojennym zapisem. No cóż... To już chyba rozdarcie pomiędzy sugestią interpretacji a oderwaniem od stylistyki całości - trochę jak we współczesnej rzeźbie, ot, choćby w Płonącej żyrafie M. Pinińskiej-Bereś.

M. Pinińska-Bereś, Płonąca żyrafa (Źródło: mnk.pl)


Darek Foks, Kebab Meister, Korporacja ha!art

czwartek, 30 maja 2019

„Opiekunka” Sheryl Browne - recenzja przedpremierowa

Każdy, kto czytał, zrozumie, dlaczego wybrałam czekoladę
Dawno nie czytałam czegoś tak wciągającego i odstręczającego jednocześnie. Podobne odczucia miałam podczas lektury Ludzi na drzewach Yanagihary - z jednej strony chciałam skończyć czytać niezłą fabułę (oczywiście nie zestawiam tych książek fabularnie, jedynie emocjonalnie), z drugiej - miałam serdecznie dość.
Dobrze napisany thriller oparty na burzeniu rodzinnego porządku to drugi przedstawiciel tego gatunku u mnie na blogu w dość krótkim czasie (mam na myśli Skradzione dziecko). Zarzucam jednak wydawnictwu, że do książki dołącza sugestywny opis na okładce i takie też recenzje. Wydaje mi się, że na wstępie zbyt dużo wiedziałam o akcji książki i powiązaniach między prologiem (genialnym zresztą) a właściwą opowieścią.
Utrzymana w równym napięciu fabuła jest godna podziwu - czytelnik naprawdę nie ma oddechu od intrygi, która wciąga i nakazuje rozpoczynanie kolejnych rozdziałów. Odbiorca ma przy tym szerszy obraz rzeczywistości niż bohaterowie dzięki potrójnie prowadzonej zsubiektywizowanej narracji. Wypowiada się więc zarówno Mark - policjant i ojciec, kochający swoją żonę, jego żona Melissa, rzeźbiarka zajmująca się dwojgiem dzieci i wreszcie ona - Jade, która przez przypadek (oczywiście pozorny przypadek) zostaje opiekunką malutkiej Evie i kilkuletniej Poppy. Wgląd w myśli trojga bohaterów sprawia, że czytelnik doskonale zdaje sobie sprawę z działań przez nich podejmowanych i uczuć, a także wyobrażeń, jakie mają o sobie wzajemnie.
Fabuła jest dość prosta, a nawet schematyczna, jednak książka nadrabia naprawdę dobrą realizacją. W domu, małżeństwie, zdrowiu wszystko się psuje. On nie może zakończyć zadania służbowego (zajmuje się zaginięciem dziecka), jej wszystko idzie jak po grudzie, a do tego powraca depresja, w domu wszystko się wali, a żadne z nich nie widzi jednak związku tych problemów z opiekunką do dzieci, która zamieszkała z nimi. Jak widzicie, trudno tu nie widzieć klasycznego układu fabularnego, a jednak książka jest dobra. Tylko zastanawia mnie ufność głównych bohaterów, być może zbyt zmęczonych, zbyt zajętych obowiązkami, którzy nie zauważają, że młoda kobieta szybko przejmuje kontrolę nad życiem rodziny. Nie zauważają, że Jade nie podejmuje żadnych kroków, by wrócić do swojego domu (spalony, jednak nie doszczętnie), że zwraca się do niemowlęcia w inny sposób niż rodzice, odsuwając od nich dziecko, że nadmiernie strofuje starszą dziewczynkę. Pozwalają jej na tak wiele, z wdzięcznością przyjmując od niej każdą filiżankę herbaty czy gorącej czekolady...


Za książkę dziękuję 





Premiera książki: 5.06.2019
Sheryl Browne, Opiekunka, tłum. Jacek Żuławnik, W.A.B. 2019.

wtorek, 28 maja 2019

Tomasz Piątek, „Heroina” – rzecz zaskakująco dobra

Do lektury powieści Tomasza Piątka podchodziłam sceptycznie – to jedna z tych książek, do których usiadłam z ołówkiem w ręku i nie spodziewałam się czytelniczych przyjemności. Przyznaję, że książka pozytywnie mnie zaskoczyła, tym bardziej, że – tematycznie zbliżona do Osiem cztery Nahacza, którą dopiero skończyłam czytać – nie epatuje wulgaryzmami. Okazuje się więc, że można o uzależnieniu i wizjach narkotycznych pisać bez wyrazów obscenicznych, a przynajmniej znacznie ograniczyć ich obecność – w zależności od aktualnie wypowiadającej się osoby.
Tak dochodzę do podstawowego pomysłu autora na tę książkę – to tytułowa Heroina jest główną bohaterką, ukazującą się przez ciała osób uzależnionych, by stać się wreszcie tym ciałem i całkowicie nim władać. Piątek wspaniale wykorzystał w tym celu polską gramatykę – jeden z bohaterów, uzależniony, występuje jako egzemplifikacja stawania się Heroiną i zaczyna w pewnym momencie używać żeńskich form czasownikowych. To genialne językowe zobrazowanie faktu, że każda komórka jego ciała stała się substancją silniejszą od ludzkiego jestestwa.
Różne sposoby budowania wypowiedzi wprowadzone są przez różnych narratorów, opanowanych tą substancją.Stąd też zmienne nagromadzenie stylistycznych środków językowych, zarówno leksykalnych, jak i składniowych. Taka zmienność pozwala wydobyć z wulgaryzmów czy kolokwializmów stylistyczną wartość, pomijaną w momencie wystąpienia ich w nadmiarze - co częściowo wydarza się podczas lektury Osiem cztery. Autor świetnie sobie radzi stylizując wypowiedź na pochodzącą od różnych osób - inaczej przecież wypowiada się nieletni diler, inaczej biznesmen, inaczej brylujący w telewizji specjalista od języka. I o to właśnie chodzi. Ten ostatni narrator zajmuje najwięcej przestrzeni w powieści. Trudno się dziwić, zwłaszcza, że prawdopodobne jest, że książka miała zawierać tylko opowieść psycholingwisty, jako alter ego pisarza. Poszerzenie wypowiedzi literackiej o innych mówców, dało świetny efekt - pozwoliło nie tylko zaprezentować dobry warsztat pisarski, ale też nadać uniwersalności książce o uzależnieniu. 

Tomasz Piątek, Heroina, Czarne, Wołowiec 2002

piątek, 17 maja 2019

A skądże to? Jakże to? czemu właśnie tak? - Nahacza „Osiem cztery”

Tytuł tego postu jest emanacją pewnej mieszanki estetycznej, która w ostatnich dniach rozgrywa się w mojej głowie. Po pierwsze: córka w przedszkolu uczy się Lokomotywy na przedstawienie dla rodziców, o którym teoretycznie nic nie wiemy, po drugie - jestem świeżo po lekturze pierwszej książki M. Nahacza (Osiem cztery*), której motywem przewodnim są upojenia alkoholowe i narkotyczne młodych, zbyt młodych ludzi. 
O Nahaczu dowiedziałam się niedawno. Umknął mojej uwadze, ponieważ popełnił samobójstwo zanim zainteresowałam się taką prozą, hm... brzydką. Kiedy zaś debiutował książką, o której mowa, byłam jeszcze gimnazjalistką, zafascynowana innością Domu dziennego, domu nocnego Olgi Tokarczuk. Innością, której jeszcze nie rozumiałam, ale która nakierowała mnie na to, co chcę czytać - eksperymenty.
Nie, Nahacz nie należy do tych autorów, po których sięga się dla przyjemności. Choć w perwersyjnym sposobie prezentacji świata jest jakiś masochistyczny akcent, polegający na kontrastach w języku. Kontrastach, które pokazują, że Nahacz umiał pisać, choć wybrał taką, a nie inną drogę artystyczną.
Ponoć był porównywany do Masłowskiej - przez wczesny debiut. Nie tylko wczesny debiut pisarski jest elementem łączącym te postaci. Tryb życia bohaterów w ich książkach (choć u D. Masłowskiej są to osoby jednak nieco starsze), wizje pijacko-narkotyczne, speluny, wymiociny i wulgaryzmy pokazują, że chyba jest popyt na opisy takich struktur społecznych, których znaczna część osób wolałaby nie zauważać. Trudno nie widzieć w tym perwersyjnych zapędów, bo jeśli ich nie ma wśród potencjalnych czytelników, to po co to pisać?
Wspominałam już kiedyś, że kiedy czytam książkę, która ma przydać się w mojej pracy, to najpierw staram się czytać ją zwyczajnie, a dopiero drugi raz - z ołówkiem w ręku. W przypadku Nahacza nie udało się to w takim stopniu, w jakim mam zwyczaj to robić. Po kilkunastu stronach ołówek trafił do ręki. Nie do końca wiem, czy to przez chęć uniknięcia ponownej lektury (choć bez tego się nie obędzie), czy raczej przez ryzyko, że jakaś myśl, jakiś fragment, może mi umknąć. Dlatego tę literacką miniaturę, niezwykle "gęstą", widzę przez pryzmat interesującej składni - założeniem było przecież sfotografowanie języka mówionego - i przez nadmiar wulgaryzmów. Nie jestem przeciwnikiem wyrazów wulgarnych i kolokwialnych w literaturze, jednak wydaje mi się, że język daje dużo więcej możliwości wyrażenia ekspresji niż tylko przez wulgaryzmy, których użycie nie tylko ulega liberalizacji, ale też przesunięcie ich zastosowań sprawia, że dokonuje się ich dewaluacja. To nie jest przyjemne dla czytelnika - tak, jak nie jest to przyjemne dla osoby postronnej, słuchającej języka marginesu.
Co do fabuły - grupa chłopców wybiera się na imprezę z okazji 18. urodzin kolegi. Wizje narkotyczne - zwiększone i przyspieszone tempo wydarzeń, nadmiar doznań wizualnych i emocjonalnych, mieszają się z tym, co realne. To dobry tekst - oddający pewną specyfikę, którego narrator potrafi posługiwać się różnymi stylami, choć rzadko to czyni, wybierając ten, który ma według niego chyba najwięcej walorów mimetycznych. Na koniec piękny opis wschodu słońca. Niesamowity o tyle, że wschód jest nie tylko pokazany jako przełom, ale także jako znak piękna samego w sobie. To przeżycie, połączone z upojeniem alkoholowym chłopców, jest naprawdę czymś wyjątkowym i zaskakującym w tej książce. A o zaskoczenie czytelnika chyba w tym wszystkim chodzi.

* Tytuł jest metonimią rocznika pisarza, który urodził się w 1984 roku.

PS. Zdjęcie okładki dodam, gdy będę miała w domu jakieś pieczarki lub inne grzyby ;-)

Mirosław Nahacz, Osiem cztery, Czarne, 2009.

piątek, 10 maja 2019

Caroline Kepnes - „Ty”. Recenzja przedpremierowa

Inteligentny księgarz-stalker i wyuzdana studentka - taki pomysł na thriller miała C. Kepnes, tworząc wypowiedzi i myśli tego pierwszego i zapisując je w powieści o jakże wymownym, choć problematycznym (odmiana! bo cóż ma powiedzieć czytelnik: "czytam Ciebie"?) tytule Ty. Odbiorca zatem dostaje obsesyjną osobowość narratora (dobre) i wyrazistą Beck, na której skupia się męska uwaga. Beck wie, że się podoba - jest erotomanką i schlebiają jej sygnały uwielbienia, które dostaje - bez różnicy, czy pochodzą one od mężczyzn, czy od kobiet. Być może dlatego nie od razu zauważa, że relacja z Joem jest niebezpieczna, a on sam jest nieprzewidywalny, kiedy coś idzie nie po jego myśli. 
Niełatwo czyta się książki, w których czytelnik nie ma emocjonalnego punktu zaczepienia - osobiście lubię czuć sympatię do głównego bohatera. Trudno jednak czuć ją do obrzydliwego w swoich zachowaniach mężczyzny. Niełatwo też do jakże specyficznej ofiary, którą jest Beck. To nie jest typ niewinnej dziewczyny, która wpadła w sidła psychola. To poplątana egoistyczna osobowość, która potrzebuje dowodów uwielbienia i ma ekshibicjonistyczne zapędy. Jej wizerunek doskonale uzupełnia stalker, o którego uwagę się przecież, może nie całkiem świadomie, prosiła. Ze swoją wylewnością w sprawach prywatnych, aktywnością w mediach społecznościowych, a w końcu zgubieniem telefonu i niezablokowaniem karty, była doskonałym celem dla osoby, żądnej informacji i dostępu do niej.
Opinia S. Kinga, wyciągnięta na okładkę, ma być lepikiem na czytelnika. Owszem, oferowany przez W.A.B thriller jest dobry, ale dla mnie to mało, skoro zdarzyło się w nim ledwie kilka momentów, podczas których nie mogłam oderwać się od lektury. Plusem są nawiązania intertekstualne, ale są one dość wąskie (King, Brown, Cummings, Salinger), szkoda, bo to byłby dobry dodatek dla czytelnika, który przecież lubi, gdy premiuje się jego inteligencję i oczytanie. Skoro narratorem jest zapalony księgarz-psychopata, to może wypadałoby z tych nawiązań zrobić jakieś drugie dno intrygi? Jeszcze jedno - ważne miejsce wydarzeń, tzw. klatka pod księgarnią, będąca pojemnikiem-pomieszczeniem na najcenniejsze książki, jest niedokładnie opisana. Dodanie więcej dusznego opisu (przecież o brak oddechu, duszenie, chodziło narratorowi), dodałoby smaczku i nadało ostatecznego rysu temu thrillerowi.

Za książkę dziękuję



Caroline Kepnes, Ty, W.A.B., 2019

środa, 8 maja 2019

Duszenie kojarzy mi się z cytryną

Kiedyś popularne były pamiętniki - dawało się taki specjalny notes różnym osobom i te wpisywały się jakimś wierszykiem, często ozdobionym rysunkiem. Wierszyki były dość schematyczne, niejednokrotnie powtarzały się w jednym notesiku.

(Miałam pisać o cytrynie, ale przypomniał mi się wpis, jaki już jako nastolatka dostałam od kolegi z klasy. Brzmiał on tak:
"Po mej śmierci na mym grobie
beczka wódki będzie stać.
Jeśli przyjdziesz mnie odwiedzić,
możesz se kielicha wlać"
Pod spodem wyrysowany długopisem był nagrobek z rzeczoną beczką, od której odchodził komiksowy dymek "wlej se kielicha". Ale to taka dygresja.)

Tak czy inaczej większość wpisów opierała się na sztampowych wierszykach. Jednym z nich był taki, który kończył się słowami "złap szczęście za rogi i duś jak cytrynę". Weszło to w głowę i dlatego duszenie kojarzy mi się z cytryną. Czemu zatem, skoro ktoś fotografuje książki z kawą i ciastkiem, nie fotografować z cytryną, skoro duszenie jest w niej dość istotną metodą pozbywania się problemu?

Caroline Kepnes Ty
A dlaczego innej książki, której bohater jest zmuszony do zajmowania się pikantnymi problemami obyczajowymi, nie sfotografować z papryką właśnie? Ech, przydałaby się chili albo jalapeno, ale bez przesady, aż tak pieprznie nie było. Więcej informacji o książkach we właściwych im wpisach.

Volker Kutscher, Śliska sprawa


środa, 24 kwietnia 2019

To co z tym politycznym kryminałem? V. Kutscher „Śliska sprawa”

O papryce, cytrynie i innych tu
Zapowiadał się dobry kryminał polityczny. Nie wiem dlaczego, ale właśnie taką łatkę przyszyłam do tej książki, jeszcze zanim zaczęłam ją czytać. Bo skoro mamy Berlin, przełom lat 20. i 30., zamieszki z komunistami i całkiem dobrego głównego bohatera, jakim jest młody i przystojny komisarz Gereon Rath, to od razu narzuca się pewien schemat. No cóż, nie do końca tak się stało. Autor trochę wykorzystał historyczną trampolinę fabularną, przypisując Rosjanom wyjeżdżającym na zachód po upadku caratu powiązania z rodziną królewską i olbrzymie bogactwo.
Mamy zatem komisarza, który karnie zostaje przeniesiony z policji kryminalnej do traktowanej z pobłażliwością policji obyczajowej w Berlinie (trzeba dbać o moralność społeczeństwa). Biedak musi zajmować się ściganiem twórców pornografii (pikanteria ta zainspirowała mnie do dodania papryki do zdjęcia, a, co!), które to zajęcie uważa za uwłaczające jego umiejętnościom. I ma rację. Potrafi przecież dużo więcej, na przykład utopić zwłoki w betonie - zdolność w sam raz dla policjanta. Oczywiście mój sarkazm jest tutaj udawany.
Książka jest zdecydowanie obliczona na wielotomowość, ale nie do końca dobrze zagrana. Zbyt wiele wątków wydaje się pozostawionych samym sobie, zbyt wiele zagadek na koniec książki. Ta obszerna powieść zadaje mnóstwo pytań, ale nie na wszystkie satysfakcjonująco odpowiada. Ot, choćby: co takiego odkrył asystent policyjny, że został zastrzelony? Dlaczego na Ratha został wysłany szpieg i kto za tym stał? Czy aby na pewno Wolter?
Ponadto przeszkadzało mi to, jak mało wiem o głównym bohaterze. Jakieś półsłówka z przeszłości, czekające na rozwinięcie w kolejnych częściach. Plus za wątek romansowy, który trochę odciążył całość, ale o lubej wiadomo tak niewiele, że jest to aż dla niej krzywdzące.
Muszę też przyznać, że świetnie poprowadzony był prolog powieści - z jakiegoś powodu przypominał mi prolog Kodu da Vinci Dana Browna - echo kroków, śmierć i zadanie do wykonania. Naprawdę dobre. Jednak wszystko - tu się powtórzę - niezupełnie zamknięte, a taka forma psuje książkę jako samodzielną całość. Posłużę się przykładem Harry'ego Pottera - mimo że książki są z sobą ściśle powiązane, to dają czytelnikowi satysfakcję po lekturze. Dopiero następna część wyciągała z poprzednich jakieś nitki. Tu autor zostawia sobie grube liny, za które pociągnie pewnie w następnych częściach.
Przejdę teraz do największej fabularnej zalety tej książki (zalety, na którą trzeba było dość długo czekać) - jest nią takie poprowadzenie akcji, że komisarzowi zostaje przydzielona sprawa morderstwa, którego sam dokonał. Brawo Autorze! Prawie doskonały Rath otrzymuje kolejną zadrę na swoim charakterze i staje się w pełni interesującym bohaterem kryminalnym. Bo cóż lepszego od policjanta, który ma za zadanie znaleźć zabójcę, chce się popisać w nowym dziale, a jednocześnie będzie robił wszystko, by odłożyć akta do szafy zabójstw nierozwiązanych (tzw. "mokrych ryb" - w oryginale tak właśnie brzmiał tytuł książki: "Der nasse Fisch")? To dopiero śliska sprawa.
Dobra jest też scena finałowa powieści, ale niestety tylko "dobra". Bocznica kolejowa, pertraktacje i strzelania pomiędzy cysternami ze żrącymi substancjami stanowiły tło dla dreszczyka emocji, a to wszystko jakoś się rozmyło i nie było tak dobre, jak być mogło. Wiecie o co chodzi? O to, żeby czytać, nie mogąc się oderwać od lektury, zwłaszcza w kluczowym momencie akcji. Czy się udało? Według mnie - nie w pełni. Ale może po prostu kryminały mijają się z moim poczuciem estetyki lektury i to nie ja jestem "typowym czytelnikiem Kutschera".

Dzisiaj premiera tej powieści.


Za książkę dziękuję


Volker Kutscher, Śliska sprawa, tłum. Anna Kierejewska, W.A.B., 2019.