sobota, 13 czerwca 2015

Lekcja dojrzałości? – „Lucynka, Macoszka i ja” M. Reinera

Zagubiony w swoim świecie Tomasz, 25-latek, któremu coś nie wyszło na studiach i pracuje jako listonosz – to narrator powieści. Lucynka – pięciolatka, dojrzała jak na swój wiek, doskonale radzi sobie w zmieniających się drastycznie warunkach. Jerzy Macoszka – zapomniany poeta, pochowany przez komunę, czuwa nad całością powieści i spaja jej wątki. I jest jeszcze Marta, mama Lucynki, która nie daje sobie rady z własnym życiem, a dzięki której Tomasz może się wiele dowiedzieć o sobie samym.
Fabuła? Dwutorowa. Z jednej strony śledziłam rozwijającą się fascynację Tomasza Jerzym Macoszką, rosnącą chęć odkrycia wszystkiego, co skrywa jego biografia. Z drugiej – piękną relację dziewczynki i młodego mężczyzny, u którego ona znajduje ojca, a on u niej – sens życia. Poplątane losy, które zaprowadziły ich do miejsca, w którym stoją mężczyzna i dziecko, gdy zapada decyzja, że on się nią zaopiekuje, rzucają cień (a może właśnie światło?) na ich dalsze życie. I wydaje się, że to Lucynka radzi sobie z tym wszystkim zdecydowanie najlepiej. Świat dorosłych to rzeczywistość obaw, chorób, trudnych przeżyć i bolesnych wspomnień. Te jeszcze nie hamują życiowego rozpędu dziecka.
To nie jest ani wyciskacz łez, ani historia zakończona happy endem, choć każde z bohaterów powieści trafia na swoją, wydawać by się mogło właściwą, ścieżkę życiową. Każde odchodzi w swoją stronę, choć czytelnik może łudzić się nadzieją na inne rozwiązanie akcji. I choć o samym narratorze wiadomo najmniej spośród bohaterów książki (co sam narrator wspomina w metatekstowym fragmencie powieści), dostrzec można, że studiowanie losów Jerzego Macoszki oraz szczera relacja z Lucynką pomogły mu zrozumieć samego siebie. Fascynacja zapomnianym poetą stała się intymnym jednostronnym związkiem, który wywarł ogromny wpływ na autodefinicję narratora. Czy jednak nie była to nadmierna sugestia lub ból wywołany utratą dziecka, które już uznał za swoje?
Powieść Reinera doskonale się czyta. Konstrukcja świata w niej przedstawionego jest absolutnie pełna, choć niepozbawiona „kluczy pozostawionych pod wycieraczką faktów” (s. 211), kluczy nieodkrytych, dzięki którym powieść nabiera dodatkowego smaczku. Z jednej strony to wycinek obrazu społeczeństwa podczas wielkich przemian społecznych i politycznych. Przemian, które dzieją się gdzieś obok, daleko ponad i nie są tak ważne jak na przykład rozcięta warga Lucynki. Z drugiej –  to historia z nitką detektywistyczną, z innej – dramat rodziny i Bildungsroman, opowieść o dojrzewaniu. Wcale nie o dojrzewaniu Lucynki, ona jest pełną postacią od samego początku. To powieść inicjacyjna, której głównym celem jest wykreowanie na samodzielną jednostkę Tomasza, nieśmiałego listonosza. I jeszcze jedna wisienka dla fanów pięknej prozy – cudowny, poetycki język, nadający zszarzałej rzeczywistości kolejnego wymiaru.

Za książkę dziękuję wydawnictwu
 
Martin Reiner, Lucynka, Macoszka i ja, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015

piątek, 12 czerwca 2015

"Lucynka, Macoszka i ja" - zapowiedź

Kontynuując niezwykle przyjemną współpracę z wydawnictwem Stara Szkoła, właśnie sięgnęłam po nową książkę tej oficyny. Lucynka, Macoszka i ja zapowiada się naprawdę ciekawie. Mam nadzieję niedługo powrócić na blog właśnie recenzją Lucynki.