sobota, 13 października 2018

O tym, jak kicz niszczy książkę - Sofia Lundberg, "Czerwony notes"

Czerwony notes Sofii Lundberg to powieść, która zapowiadała się naprawdę dobrze. Lubiana przez czytelników retrospekcja, tym bardziej w wydaniu wspomnień starszej, samotnej pani, wydawać by się mogła przepisem na sukces. Coś jednak w drugiej części powieści zaczęło się psuć i sprawiło, że czuję masochistyczny niedosyt.
... i jeszcze ta okładka, brr...
Doris snuje swoją autobiografię w nietypowy sposób – poprzez pryzmat ludzi, których spotkała w życiu, i których nazwiska wykreślała w tytułowym notesie z kontaktami. Efekt jest świetny i melancholijny zarazem – pożegnała w swoim ponaddziewięćdziesięcioletnim życiu mnóstwo osób, które wywarły piętno na niej samej. Każdy, kogo nazwisko pojawia się na kartach powieści jako swoisty tytuł jednego z jej rozdziałów, musi umrzeć. Życie Doris okazuje się więc pasmem świadectw śmierci. Zabieg mocny i udany jednocześnie.
Wzruszenia, o których zapewnia czytelnika wydawca, występują, a jakże. Życie doświadczało główną bohaterkę od samego początku, kiedy jako dziewczynka, doświadczyła śmierci swojego ojca. To od niego otrzymała notes, będący przyczynkiem do całej historii. Jego nazwisko i numer telefonu do pracy był pierwszym wpisem i jednocześnie pierwszym skreślonym kontaktem. Jednak to odesłanie starszej córki przez matkę do pracy, wiążące się z przerwaniem edukacji, oraz poczucie porzucenia, jakiego doznała jako nastolatka, zaważyło na jej losach. Czytelnik spodziewa się zatem losu całkowicie zniszczonego, doświadczonego wojną, niezrozumiałym zakończeniem związku, śmiercią kolejnych bliskich osób. Nie jest to oczekiwanie nieuzasadnione. Wszystko do tego prowadzi – że książka ma być istnym czytelniczym bólem i łzami. Skoro łzy pojawiają się na początku fabuły, to można się tego spodziewać także później. I tu zawód - później wzruszeń brak, więcej w tym wszystkim chłodnej kalkulacji.
Doris jest kobietą, która potrafiła walczyć. W swoim życiu kilka razy musiała odnaleźć się w obcym miejscu, skazana na siebie. I dawała radę. Doświadczenia zahartowały ją na tyle, że w poszukiwaniu własnego szczęścia była w stanie zostawić dziecko swojej zmarłej siostry. Nie chciała poświęcać swojego życia dla istoty, wobec której nie żywiła rodzicielskich uczuć. To jeden z bardziej zaskakujących momentów powieści. Wyrzuty sumienia pozostały, ale realnie uwolniła się od brzemienia.
Kiedy okazuje się, że sama jest w ciąży, będącej wynikiem relacji seksualnej, do której była zmuszona, czytelnik ma wrażenie, że to niechciane dziecko będzie kolejnym załamaniem jej życia. I chyba takie było założenie autorki. Założenie, z którego sama Lundberg jakby się wycofała, najwyraźniej przez rozrastającą się objętość powieści (oczywiście jak na założenia objętości większości tytułów kobiecych). Dziecko umiera podczas porodu. Doris znów jest wolna. I po latach może próbować wrócić do rodzinnej Szwecji.
Całe jej życie mija naznaczone piętnem miłości, za którą podążała, i która cały czas wymykała jej się z rąk. Nagłe zniknięcie mężczyzny i równie nagłe odnowienie kontaktu, aż wreszcie pogodzenie się z tym, że nigdy nie będą razem. Spotykanie się, mijanie, oczekiwanie, zawód i tak dalej. Wątek nieco Mitchellowski, masochistyczny i przyjemny zarazem, bo daleki od kiczu. Z niezrozumiałych dla mnie przyczyn autorka zdecydowała się jednak, żeby jej bohaterka przed śmiercią skontaktowała się ze swoim Allanem za pośrednictwem Skype’a. Żeby usłyszeć, że on ją pamięta i że spędził lata, uciekając przed uczuciem, które mogło mu pokrzyżować życie. Straszne, prawda? Zabieg literacki wyjęty z taniego romansidła sprawia, że książka po prostu traci na wartości. I dlatego jestem tym Czerwonym notesem zawiedziona.

Za książkę dziękuję Wydawnictwu

 


Sofia Lundberg, Czerwony notes, tłum. Ewa Wojciechowska, W.A.B., Warszawa 2018

2 komentarze:

  1. Świetna recenzja, wiadomo teraz co omijać :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Fakt, omijać. Końcowy kicz niszczy 3/4 dobrej książki.

      Usuń