środa, 13 lutego 2013

,,Sny i kamienie" Magdaleny Tulli

Trudno nazwać, czym właściwie jest książka Magdaleny Tulli. Estetyką najbardziej przypomina prozę Brunona Schulza, co od razu przypadło mi do gustu. Nie jest to jednak powieść ani nawet opowiadanie. Chyba najlepiej charakter tej książeczki (w wydaniu W.A.B. ma nieco ponad 100 stron) oddaje określenie „traktat”. Sny i kamienie są traktatem, mitologią miasta, które walczy z chaosem. Jeśli ktokolwiek jest bohaterem, to jest nim właśnie...
miasto. Żywy twór, wciąż tworzony przez budowniczych, którzy są zarazem różni od ludzi i od materii miasta, podobni bogom olimpijskim.
Serce miasta stanowi niedostępny dla przeciętnego mieszkańca wysoki, strzelisty pałac, nazwany „główną pompą i centralnym zaworem”. Żadna inna budowla nie może go przewyższyć ani wysokością ani znaczeniem. Początkowo o zachowanie porządku dbają wszyscy, całkiem zresztą bezosobowi mieszkańcy. Z biegiem lat przeciwmiasto wygrywa, a porządek rozpada się, na skutek lenistwa warszawian.
Narrator w połowie książki urealnia ten początkowo mitologiczny obraz, przyznając, że Warszawa może stanowić przykład walki materii z antymaterią. Przykład zwyciężania chaosu, który jest bliższy zamieszkującym miasto ludziom, niż symetrycznie wytyczony porządek i ściśle określone role społeczne. Nazwałam „narratorem” osobę prowadzącą czytelnika przez ten traktat, ale postać ta jedynie w niewielu fragmentach przypomina prawdziwego narratora. Nie jest wiarygodna, a jej wypowiedzi są najbliższe filozoficznym przemyśleniom, niż opowiadaniu czegokolwiek.
Od tej osoby czytelnik słyszy nie tylko refleksje na temat konstrukcji miasta, walki materii z jej przeciwieństwem, ale także dotyczące roli nazw. Niszczącej funkcji nazywania wszystkiego, na co składa się rzeczywistość. Są konieczne, by miasto nie uległo rozsypaniu, ale utrudniają jego rozwój, czyniąc świat przewidywalnym.
Odbiorca widzi miasto u M. Tulli tak, jak widać je u Schulza. Nawiązania kreacyjne i oniryczne są wyraźne: „bywa, że nie można trafić drugi raz w to samo miejsce, ponieważ przez noc zmienił się układ ulic”. Miasto jest jednocześnie „klatką i więzieniem” jak i „rozprzęgającą się całością”, walczą w nim siły nadające mu przeciwne kierunki rozwoju.
Pod koniec tego traktatu czytelnik uczestniczy w rozmyślaniach tego nietypowego narratora, który zaprzecza początkowi swojego wywodu. Zaprzecza, że kiedykolwiek istnieli budowniczowie, którzy, wznosząc zabudowania, posługiwali się jakimś planem, że istniał zarys miasta w ich głowach. Dochodzi do wniosku, że za miasto w największej mierze odpowiedzialna jest bierność materiałów budowlanych. Ponadto osoba mówiąca w traktacie stwierdza, że w rzeczywistości nie istnieje archetypiczne miasto, które jest punktem odniesienia dla wszystkich innych. Jednak z elementów opisanych w tej opowieści przetrwają te najtrwalsze – kamienie. Także dzięki temu, że nie posiadają niszczących byty nazw.
Polecam tę książkę wszystkim, którzy lubią kreacjonizm w stylu Brunona Schulza i odnajdują się w tekstach opartych na refleksji zbliżonej do filozoficznej.

9 komentarzy:

  1. Ja jednak nie moge sie oprzec wrazeniu ze chodzi tu o krytyke komunizmu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ten komentarz został usunięty przez autora.

      Usuń
    2. Pewnie, że tak. To jeden z "haczyków" łączących ten traktat z rzeczywistością, jednak ograniczający interpretację utworu. Bo czy tylko podczas epoki socjalizmu obserwować mogliśmy jakąś poplątaną planimetrię, której brakuje funkcjonalności? Utwór Tulli można zatem traktować szerzej jako krytykę przerostu formy nad treścią w ogóle. Paradoksalnie, a może właśnie ironicznie, do tych przerośniętych zjawisk w pierwszym odruchu można zaliczyć także samą książkę, o której mowa.

      Usuń
    3. A czy nie ma tam jeszcze ekologicznych watkow? Czy mi sie tak tylko wydawalo?

      Mi osobiscie ta ksiazka niezbyt przypadla do gustu wlasnie ze wzgledu na brak spojnosci jako takiej... Troche miesza sie tu ezoteryka z metafora...
      I nie wiem czy ona krytykuje Polakow, czy ludzi, czy system... Czy w ogole cos krytykuje, czy tylko opisuje...?

      Usuń
    4. Wątków ekologicznych nie pamiętam- czytałam książkę dość dawno i nie mam jej pod ręką. Między opisem a krytyką różnica jest taka, jak między sposobami odbioru. Ktoś uzna jakiś fragment, z którym się zgadza, za opis, a taki, co do którego ma wątpliwości aksjologiczne, za krytykę. I to chyba nie jest wadą żadnego tekstu, że wywołuje różne emocje i nie ma zgody co do jego interpretacji. Oznacza, że autor osiągnął cel- tekst nie jest jednowymiarowy.

      Usuń
    5. Tak to juz z dzielami jest, ze kazdy odbiera i interpretuje je roznie, i ze wywoluja one odmienne emocje i spostrzezenia i tak tez powinno byc, bo w koncu sztuka pomaga nam sie wewnetrznie rozwijac, ale dzielo mozna obiektywnie opisac jedynie na podstawie tego, co autor faktycznie chcial w nim zawrzec.

      Jako przyklad wezme "Cierpienia młodego Wertera" gdzie Goethe chcial sarkastycznie pokazac jak beznadziejny to pomysl z milosci popelniac samobojstwo, a tymczasem ludzie odebrali to zupelnie na odwrot i zwiekszylo to jedynie ilosc samobojstw...
      Nie mozna jednak "zarzucic" autorowi chec zidealizowania samobojstwa, skoro jego poglady byly zgola odmienne.

      Usuń
  2. "Tak właśnie zaczęła się epoka pamiątkowych zegarków, a także pamiątkowych czajników i żelazek, epoka coraz to nowych napisów na szarfach, coraz to nowych twarzy na fotografiach i pucharów przechodnich, które nieustannie nadawano i odbierano, podczas gdy krój marynarek, rytm serc i rysunek żył na dłoniach nie zmieniały się wcale. Epoka ta w swym szczytowym uniesieniu zapłonęła purpurowym pluszem i złoceniami, rozwibrowała się drżeniem niezliczonych rzędów foteli zwróconych ku scenie spowitej w draperie, dźwigającej wspaniały stół prezydialny. Rozdźwięczała się nawałnicami przemówień, a zwłaszcza grzmiącymi kaskadami oklasków, burzami braw, wypełniających sale koncertowe zamiast muzyki, której żadna z nich (nie wyłączając operetki) nie potrzebowała już wcale do życia. Odgłosy skrzypienia butów w kuluarach, szepty, kaszlnięcia a tym bardziej rezonowanie blaszanych łyżeczek w bufecie - wszystko to ginęło w tle bez śladu."

    OdpowiedzUsuń
  3. "Bo tylko nie znając rozmiarów podjętego dzieła można tak kopać i kopać w ziemi i nie bać się lawiny dalszych powinności, którą to nieuchronnie wyzwoli. I którą można by zatrzymać w jeden tylko sposób: zasypując czym prędzej wykopy, tak, aby już nie było niczego do dokończenia."

    OdpowiedzUsuń
  4. Ten komentarz został usunięty przez autora.

    OdpowiedzUsuń