czwartek, 29 września 2016

Romans, który broni się przed byciem romansem – „Prawo Mojżesza” Amy Harmon

Zacznę od tego, że książka bardzo mi się podobała. Skończyłam ją czytać któregoś dnia po 2. w nocy, decydując się na trzy godziny snu (córka budzi się między 5. a 6. rano). Fabuła (uwaga, będzie spoiler) jest bardzo wciągająca, ale miałam wątpliwości, dla kogo, dla jakiej grupy, książka została napisana.
Pierwsza część książki ma bardzo młodzieżową fabułę, taką dla starszych nastolatek. Druga – jest dramatem ludzi, którym umarło dziecko. Mnie osobiście książkę czytało się dobrze z co najmniej trzech powodów:
- jestem przed trzydziestką, więc dosyć dobrze jeszcze pamiętam, jak zachowuje się i myśli siedemnastolatka
- mam małe dziecko, więc druga część powieści była zdecydowanie skierowana do takich kobiet jak ja (przyznaję, płakałam jak bóbr)
- czytam książki skierowane do różnych grup odbiorców, więc nie miałam problemu z przestawieniem się na tryb czytelniczy nastolatki, po to, by później czytać książkę już jako Magda Nowakowska (nie blogerka, nie wyimaginowana nastolatka i nie badacz literatury, po prostu ja).
Po lekturze Oblubienic wojny spodziewałam się, że Wydawnictwo Editio nie przysłało mi byle czego. Naprawdę nie zawiodłam się, jest tylko jedno (jeszcze jedno) „ale”. Powieść jest komunikowana hasłem dotyczącym braku happy endu (czytelnik początkowo odbiera tę informację w kontekście zaprzeczenia formie romansu, co wspiera opis wydawnictwa na okładce: „trudna miłość, pozbawiona spełnienia”). Rzecz problematyczna, bo książka posiada szczęśliwe (romansowe) zakończenie. Tyle że poprzedzone dramatem (i to tego dramatu dotyczy brak happy endu). Wiedza, że tego happy endu nie będzie, dodaje lekturze smaczku. Czytamy romans, którego bohaterami są 17-letnia Georgia i 18-letni Mojżesz i chcemy dla nich tego szczęśliwego zakończenia, bo tak nakazują reguły rządzące gatunkiem, ponadto bohaterowie są przecież sympatyczni. Jednak mamy z tyłu głowy informację podaną przez narratora na początku: może lepiej będzie ci się czytało, jeśli już teraz będziesz wiedzieć, że ta historia nie kończy się szczęśliwie. Prześledźmy teraz wrażenia czytelnika podczas lektury:
- na wstępie: OK, przeczytam tę książkę, mimo że znam jej wynik – nie mogę oczekiwać happy endu, bo przecież Autorka mówi, że go nie będzie; może tak jest nawet fair z jej strony
- po przeczytaniu kilkudziesięciu stron: szkoda, że nie będzie happy endu
- pod koniec pierwszej części: nie będzie tego happy endu? dlaczego tak to ułożyłaś, okrutna Autorko?
- w połowie drugiej części: po takich dramatycznych wydarzeniach chyba będą woleli o sobie zapomnieć
- pod koniec drugiej części: dobra, niech już ten Mojżesz wyjedzie na zawsze, chcę mieć tę informację za sobą, skończmy to rozbieranie emocji na czynniki pierwsze, przecież wszyscy wiemy, że nie będą z Georgią razem
- w ostatnim fragmencie książki: jednak romansowy happy end? po co? to przecież głupie, miało go nie być.
Widzicie problem? Efekt jest taki, że czytelnik czuje się trochę oszukany. Co nie zmienia faktu, że sposób prowadzenia narracji zasługuje na pochwały. Tak samo kreacje bohaterów i sama fabuła. Jednak informacja o braku happy endu wydaje się jakimś chwytem reklamowym, przyciągającym czytelnika, który nie chce romansu. I który ten romans dostaje, nawet jeśli jest on okraszony śmiercią, skrajnymi emocjami, połamaną psychiką i hipoterapią. Książka, czy tego chce Autorka, czy nie - pozostaje romansem.
I teraz wróćmy na moment do wstępu, wypowiedzianego ustami narratorki, żeby uświadomić sobie, że w słowach: „jeśli powiem ci z góry, na samym początku, że go straciłam, łatwiej będzie ci to znieść. (…) Ja nie miałam tyle szczęścia. Nie byłam na to przygotowana. (…) Otrzesz łzy po krótkim łkaniu, ciesząc się, że na szczęście to tylko opowieść. Co najważniejsze, nie twoja. Ale ja nie mam tego komfortu” (s. 5-6), w tych słowach zawarty jest dramat matki, która straciła dziecko. To utrata dziecka jest osią dla tej powieści, podzielonej na część „Przed” i „Po”. Przed śmiercią dziecka i po tym, jak Eliego brakło. Moment wypadku czytelnik poznaje z retrospekcji, po dwóch latach od tych wydarzeń. W tym świetle książka pokazuje, że Georgia zawsze będzie myślała o swoim życiu w takiej dwudzielnej perspektywie. Brak szczęśliwego zakończenia nie dotyczy historii związku dwojga bohaterów, ale życia czteroletniego Eliego.
Być może w tym kontekście wydaje Wam się, że to nie jest dobra książka, bo wprowadza trochę dezorientacji (czytelnik może mylnie odebrać wstęp powieści i jest to zabieg celowy). Trzeba jednak przyznać, że Amy Harmon stworzyła świetny romans z mocno zarysowanych, ale żywych głównych bohaterów. Dołożyła do tego intrygującą umiejętność Mojżesza, chłopca znalezionego w koszu na bieliznę. Chłopca, przez którego zmarli kontaktują się ze światem żywych. Trochę jak z horroru, ale to nie ten styl przedstawiania. W tej książce jakoś ta umiejętność pasuje i doskonale koresponduje z umiejętnościami malarskimi Mojżesza. Może ten wątek dodatkowo mnie urzekł, bo jestem fanką (na drugim miejscu po literaturze) sztuki malarskiej. Poza tym mamy Georgię, dziewczynę z dobrego domu, która trochę się buntuje, dziewczynę nieświadomą świata, co kontrastuje z cechami Mojżesza – doświadczonego przez życie osiemnastolatka, który nie walczy o akceptację, woli stać z boku i nie wchodzić ludziom w drogę, człowieka, który oszukuje siebie, że nie jest zakochany w Georgii (och, jakie to romansowe). Mamy wreszcie drugą Georgię – dojrzałą psychicznie, złamaną życiem kobietę, która walczy ze swoimi uczuciami i próbuje żyć, mimo iż świat doświadczył ją aż zanadto jak na jej młody wiek. Dopiero kiedy Georgia dojrzała, może być z Mojżeszem – dojrzałym od początku.
Komu zatem polecam tę książkę: dziewczynom w wieku 15-23, matkom (ale na tyle młodym, żeby jeszcze pamiętały, jak to było za nastoletnich czasów), fanom koni lub malarstwa, fanom duchów i kontaktów ze zmarłymi, fanom muzyki country oraz osobom zainteresowanym psychologią. Pomieszanie z poplątaniem, ale chyba w tym szaleństwie właśnie jest metoda, bo do mnie ta książka przemówiła.


Za książkę dziękuję Wydawnictwu

Amy Harmon, Prawo Mojżesza, tłum. Marcin Machnik, Editio 2016

2 komentarze:

  1. Mogę podpisać się pod Twoimi trzema powodami, dla których książka Cię zachwyciła. To piękna i wzruszająca historia. Niebawem zabieram się za "Pieśń Dawida". :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zachwyciła to za dużo powiedziane, ale była fabularnie całkiem dobra. Co nie zmniejsza moich zarzutów dotyczących mylącej komunikacji książki.

      Usuń