wtorek, 1 września 2015

Rewolucja w cieniu wulkanu - Maciej Hen, „Solfatara”

Neapol, połowa XVII wieku. Miasto pod władzą hiszpańskiego króla ma zdecydowanie ograniczony rozwój ekonomiczny. Oprócz oficjalnych podatków, nakładanych wielokrotnie na różne towary, setek urzędników pobierających opłaty, mieszkańcy ubolewają także w powodu nieformalnych grup, które domagają się haraczy. Potrzeba obalenia takiego układu narasta w neapolitańczykach tak, jak dymiąca lawa na Polach Flegryjskich. Uśpiona od tysięcy lat, ale dająca o sobie znać Solfatara.
Maciej Hen proponuje szeroko zakrojoną powieść historyczną ze wszelkimi detalami epoki, powieść na miarę przedstawiciela klasyki gatunku. Tak niepolską i niewspółczesną, że bardziej chyba się nie da. Tak obszerną, że wręcz nierynkową. Dziesięć dni rewolucji mieszczańskiej, której czytelnik staje się świadkiem, to perełka realistycznej narracji. Do tego zupełnie „przezroczysty” język narratora, tak różny od tego, co proponują współcześni polscy pisarze.
Po pierwsze więc – rewolucja. Mieszczaństwo jako bohater zbiorowy. Ich zachowania, stroje, zwyczaje. Po drugie – główny bohater. Ponadpięćdziesięcioletni dziennikarz, uważny obserwator rzeczywistości, nieco bezkrytycznie podchodzący do samego siebie, ale w gruncie rzeczy sympatyczny. Po trzecie – retrospekcja. Zabieg nietrudny dla pisarza i jakże atrakcyjny dla czytelnika. Całość okraszona szczegółami – co ile kosztowało, jak wyglądała podróż z Wenecji do Paryża, kto się jak ubierał, jakiej muzyki słuchano i na jakie przedstawienia teatralne najchętniej chodzono. Na ile te wszystkie dane są efektem studiów nad epoką, a na ile swobodną wariacją na temat funkcjonowania Europy w XVII wieku? Przeciętnemu czytelnikowi trudno stwierdzić. Jednak w narracji prowadzonej przez Fortunata Petrellego jest taka spójność, że czytelnik nie podważa wiedzy autora. Nie wie, czy w Neapolu kiedykolwiek była rewolucja mieszczańska, ale ufa, że Hen nie blefuje. To bardzo duża zaleta tej książki.
Zawiedzie się ten, kto oczekuje trzymającej w napięciu powieści, od której trudno się oderwać. To raczej snująca się, bardzo dobrze napisana historia z genialnie skonstruowanym zakończeniem, w którym rolę narratora przejmuje inny bohater książki. Mimo że czas akcji tej 900-stronicowej powieści to tylko dziesięć dni zamieszek w Neapolu, podczas których narrator obserwuje szubienice i wymierzanie sprawiedliwości ludowej, nie jest to książka, której wartka akcja mrozi krew w żyłach. Szerokie fragmenty, w których narrator opowiada o zmiennych losach swojego życia, hamują rewolucyjną machinę.
Czas spędzony z tą książką oceniam pozytywnie, choć wydaje się, że autor nieco rozmył się ze swoim pomysłem. Nagła zmiana struktury – ważniejsze i ciekawsze stają się fragmenty wspomnieniowe niż bieżące, a także hierarchii ważności bohaterów – przykład Donny Svevy, która na początku była katalizatorem wydarzeń, w których bierze udział narrator, a następnie znika na kilkaset stron, wydają się stanowić dowód takiego zaburzenia planów. Czy to jednak źle? Skoro efekt końcowy jest całkiem niezły, można przymknąć na to oko. Zwłaszcza, że są to narracyjne drobiazgi w zestawieniu z szeroką gamą kolorów, którymi Hen namalował Neapol w Solfatarze.

Za książkę dziękuję wydawnictwu



Maciej Hen, Solfatara, Wydawnictwo W.A.B., Warszawa 2015.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz