piątek, 3 lipca 2015

Dojmujące poczucie obcości – Magdalena Tulli, „Włoskie szpilki”

Obrałam złą kolejność. Najpierw przeczytałam Szum, a dopiero po nim sięgnęłam po Włoskie szpilki. Książki pozostają ze sobą w stosunku nie tylko tematycznym, ale także stylistycznym. Są opisem tej samej biografii z tej samej perspektywy (dziewczynki, a później kobiety), jednak różnią się nieco centrami problemowymi. W jednej i w drugiej tematem są problemy szkolne i trudne relacje z rodzicami, w tym praktyczne odrzucenie przez matkę. Jednak o ile Włoskie szpilki pokazują chorobę matki, to Szum koncentruje się na jej brzemieniu z przeszłości. Wcześniejsza książka zapowiada jednak późniejszą, co dostrzec można w cytacie: „Skąd miała wiedzieć, że kłopoty, z którymi nie potrafi się uporać, są starsze od niej” (brak lokalizacji - czytałam w wersji elektronicznej).
Nad Szumem czuwa pojawiająca się gdzieniegdzie, czasem znienacka, postać lisa. Został on zasygnalizowany we Włoskich szpilkach. To alter ego i jednocześnie przyjaciel narratorki, zagubionej we własnych niepowodzeniach.
O ile styl i tematykę Szumu, a także przyjęty przez narratora sposób wywnętrzniania się uznałam za oczywisty, o tyle lektura wcześniejszych względem niego Włoskich szpilek każe mi ten sposób sproblematyzować. Te dwie, bardzo podobne formą i tematem książki, mają w sobie ogromny ładunek ekshibicjonizmu. Mniejsza z tym, czy wynika on z doświadczenia autobiograficznego, czy nie. Dla mnie był jednak irytujący, zwłaszcza, gdy przekonałam się, że Szum jest echem wcześniejszej książki. Trochę dodane, trochę odjęte, ale zarys ten sam. Niezrozumiane przez otoczenie dziecko, niezdara jak się patrzy, wiecznie zasmarkana i gubiąca klucze, jest obrazem nędzy i rozpaczy, a dodatkowo nawet nie ma komu się pożalić. Tyle nieszczęść, ile spotyka narratorkę, w tym naśmiewania, prześladowania w szkole, podejrzenia o kradzież, zamykanie w szafie i w pustej klasie, nieszczęść przeżywanych intensywnie, pozwala jej jednak jakoś utrzymywać się na wznoszącej fali. Jej życie nie należy do udanych, małżeństwo się rozpadło, a przyjaciół nigdy nie było, co ma być efektem tego złamanego dzieciństwa. Nie za dużo tego na 130 stronach?
Podobno autorka spotkała się z niezrozumieniem po opublikowaniu Snów i kamieni. To skierowało ją do tworzenia prozy silnie zaangażowanej biograficznie, z bezpośrednią narracją, grającą na emocjach. Jednak w moim przypadku odbiór tych dwóch książek, zwłaszcza, że czytałam je w niewielkich odstępach czasowych, zaciemniło świat przedstawiony. Tyle nieszczęść postawiło blokadę, tak, jak się czasem dzieje, gdy oglądamy w telewizji zbyt dosłowną i brutalną reklamę społeczną. Przychodzi moment, w którym mocniej znaczy gorzej, bo odbiorca już po prostu nie może patrzeć i zamiast zastanowić się nad przekazywanym problemem, wypiera go jako niedotyczący jego świata. Coś takiego wydarzyło się u mnie podczas lektury Włoskich szpilek, gdy miałam w pamięci świeży jeszcze Szum. Może byłoby inaczej, gdyby odstęp między tymi książkami był większy? Z perspektywy czasu na pewno trudno będzie mi oddzielić, co jest przedmiotem relacji w jednej i w drugiej. Książki szybko stają się zlepkiem wszystkiego, co przykrego może wydarzyć się niezdarnej uczennicy.

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, Nisza, 2011
Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą z tle - lipiec: T

2 komentarze:

  1. Ostatnio byłam w bibliotece i długo się zastanawiałam, czy zabrać tę książkę:)
    Może i dobrze, że jej nie wypożyczyłam?:)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. To jest taki drobiazg ze względów objętościowych, że spokojnie można spróbować, bo nawet jeśli nie przypadnie Ci do gustu, nie będziesz żałować czasu poświęconego na czytanie tej książki. Pewnie gdyby "Włoskie szpilki" były objętości np. "Wiwisekcji", odradziłabym to trudne doświadczenie osobie, która nie jest przekonana, czy chce się zmierzyć z tematyką traumy i nieszczęścia u dziecka.

      Usuń