piątek, 11 października 2013

„Władca much” Williama Goldinga – człowiek jest potencjalnym mordercą

Nie spodziewałam się, że ta krótka powieść zrobi na mnie tak duże wrażenie. Grupa chłopców, którzy w wyniku katastrofy lotniczej znalazła się na bezludnej wyspie, stała się pretekstem do ukazania mechanizmów władzy.  I zasad, które rządzą ludzką naturą w sytuacji kryzysu.
Chłopcy musieli jakoś zorganizować swoje życie na wyspie. Wybrali przywódcę, ustalili dyżury przy utrzymywaniu ognia. Jednak porządek dość szybko zaczął się burzyć.  Wyłoniła się inna osoba, która zaczęła rościć sobie prawo do bycia wodzem. Trzeba było zatem zlikwidować tego pierwszego.
Silna osobowość jednego z nich, wprowadzenie grupowego rytuału i działanie w grupie sprawiły, że chłopcy nie wahali się zabić.
Wielu z nich nie zdało sobie nawet sprawy z tego, co zrobili. Śmierć słabszego, złożonego jakoby w ofierze, była elementem obrzędu, który miał wzmocnić poczucie wspólnoty i dać złudę bezpieczeństwa. A doprowadziło wzrostu poczucia zagrożenia. Zagrożenia nie tylko ze strony sił natury, ale także od wewnątrz – człowieka i komórki społecznej, w której przebywa. Mechanizmy społeczne zaczęły górować nad indywidualnym myśleniem każdego z osobna.
Powieść Goldinga to obraz kondensacji mechanizmów, które kierują człowiekiem wtedy, gdy górę bierze strach, głód i silna potrzeba bezpieczeństwa. Golding nikogo nie broni, jedynie ukazuje, że w taki sposób działa zamknięta społeczność – szuka winnego sytuacji, która wszystkim ciąży.

William Golding, Władca much, tłum. Wacław Niepokólczycki, Planeta Marketing, 2007.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz