sobota, 8 października 2016

Postmodernistyczny bełkot telewizji i reklam, czyli „Kochanie, zabiłam nasze koty"

Kojarzycie może film dla młodzieży Kochanie, zmniejszyłem dzieciaki? Książka Masłowskiej nie jest z nim związana ani fabularnie, ani w żaden inny sposób, lecz uświadomienie sobie inspiracji brzmieniowej tytułu, inspiracji telewizyjnej i groteskowej, pomaga poradzić sobie z tym tekstem.
Jak to u Masłowskiej bywa, czytelnik dostaje relację z dziwnej rzeczywistości, trochę podobnej do tego, co znamy z własnej codzienności, trochę groteskowej. Bohaterowie są antypatyczni, posługują się zniekształconym językiem. Całość jest brzydka i jakaś taka bolesna. Kochanie, zabiłam nasze koty jest ogrzewanym kotletem pod względem językowym oraz intertekstualnym (zwłaszcza w zakresie języka telewizji i reklam). W warstwie semantycznej autorka dodała do znanych wcześniej tekstów oniryzm, sporo żelu antybakteryjnego i uznawanego przez bohaterów za nobilitujący magazyn "Yogalife". Do tego dołożyłabym skojarzenia z antyutopią Huxleya Nowy, wspaniały świat, i choć tego odniesienia nie jestem w stanie zaprezentować konkretnym fragmentem powieści, towarzyszyło mi przez większość lektury.
Fabuła? Dwie przyjaciółki w nieokreślonym wieku, z nieokreślonymi cechami, żyjące w no-name mieście same mają (na szczęście) imiona – Farah i Joanne. Póki ich życia są lustrzanymi odbiciami, wszystko jest w porządku. Zaczyna się psuć, gdy Joanne poznaje mężczyznę. Narracja prowadzona z perspektywy singielki Farah jest pełna potocyzmów, zawiści, przygotowywania (gotowej) biożywności. Do tego Masłowska dorzuciła irytującego gościa (jakoś to podobne do kłopotliwej obecności Andżeli u Silnego) i spotkanie ze starą łysiejącą syreną.
Otworzyłam książkę na przypadkowej stronie w tej chwili, stukając notkę na blog. I ku swojemu zdziwieniu trafiłam na fragment wypowiedzi narratorskiej, który świadczy o świadomości językowej i literackiej autorki:
„Wieczorne miasto kotłowało się w swojej niecce niby czarna zupa, garnirowana szkłem i światłem, targana bulgotami tajemnic i występku; szczekały psy, zawodziło metro, ktoś, kogo gwałcono lub po prostu wyrywano mu torebkę, krzyczał okropnie w dali i sztuczne ognie tryskały w ciemność nad rzeką, obiecując, że może zdarzyć się jeszcze wszystko” (s. 13).
W oderwaniu od tego całego bełkotu, który składa się na tę książkę, można by dostrzec w tym fragmencie wykorzystanie kontrastu prozy poetyckiej z potocyzmami. Zjawisko z punktu widzenia badacza literatury jest jak najbardziej pozytywne – twórcze i ciekawe. Wiemy, że Masłowska potrafi pisać, jednak korzysta z powielania bełkotu, który stał się jej marką. Taką wybrała drogę – jej sprawa.

Dorota Masłowska, Kochanie, zabiłam nasze koty, Noir sur Blanc, 2012

2 komentarze:

  1. Podpisuję się pod tą recenzją. Sam język, jakim posługuje się autorka, bardzo przypadł mi do gustu, jednak przedstawiona historia wydawała mi się, jakby była o wszystkim i o niczym.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Też takie odniosłam wrażenie. Fabuła nawet byłaby do przełknięcia jako sensowna, gdyby nie groteskowe wstawki, z których uzasadnieniem czytelnik zostaje sam. O ile w Wojnie... kluczem do interpretacji wszystkich fabularnych dziwactw (np. wymiotowania kamieniami) mogło być narkotyzowanie się narratora, o tyle w tym przypadku autorka przekonuje, niezbyt zresztą przekonująco, że to oniryzm (mam na myśli zwłaszcza wątek z syreną). Tak czy inaczej - z Masłowską mam problem jako czytelnik, ale interesuje mnie jako językoznawcę.

      Usuń