piątek, 15 lipca 2016

Pół roku z książką, czyli "Twoje niemowlę tydzień po tygodniu"

Okładka książki Twoje niemowlę tydzień po tygodniuZałożenie było takie, że nie będziemy kupować książek na temat opieki nad dzieckiem. Tę mąż dostał w pracy, więc skoro już jest, to warto do niej zajrzeć. Może zacznę od plusów, bo tych jest mniej:
- nauczyłam moje dziecko samodzielnego zasypiania, bez bujania (wiedziałam, jak przeprowadzić taki trening, nawet nie płakała, ponieważ został wdrożony dość szybko)
- nauczyłam się sprawdzać, kiedy Ania śpi na tyle głęboko, że można ją odłożyć (test bezwładnej ręki był wykonywany często na samym początku, kiedy zasypiała przy piersi)
- dowiedziałam się, że to normalne, że posiłek noworodka trwa godzinę (ze wszystkich stron słyszałam, że młoda zbyt długo siedzi mi na cycu, oczywiście z biegiem czasu zaczęła skracać długość ssania)
- książka jest podzielona na rozdziały, odpowiadające tygodniom życia dziecka, a te na podrozdziały: karmienie, sen, wypróżnianie, kąpiel, co się dzieje z mamą itp.
- spodobał mi się brak terrorystycznego podejścia do karmienia piersią; sama karmiłam córkę naturalnie, ale autorki książki w żaden sposób nie wskazują, który sposób jest lepszy, nie wartościują i nie narzucają rozwiązań; sama też uważam, że to osobista sprawa każdej kobiety i skoro nie karmi piersią, to pewnie ma powód, nieważne jaki.

I to chyba tyle dobrych stron.

Jednak książka całościowo nie okazała się tak przydatna, jak można było się po niej spodziewać. Po pierwsze podział na tygodnie nie jest zbyt wygodny, ponieważ trzeba zawsze być kilka tygodni do przodu z czytaniem. Nie tylko dlatego, że każde dziecko ma nieco odmienne tempo rozwoju, ale także ze względu na przykład na poradniki: co powinno niepokoić?/kiedy wybrać się do lekarza? Sytuacje tam opisane mogą się wydarzyć nie tylko w tygodniu, do którego zostały podporządkowane. Jest to wada, ale do przeżycia.

Kolejna rzecz - tłumaczenie tylko częściowo jest dopasowane do polskich realiów. Owszem, dotyczy spraw prawnych oraz szczepień, ale na pewno nie rozszerzania diety (zarzuty mam do wskazania pasternaku jako jednego z pierwszych warzyw, trudno dostępnego w sklepach, a praktycznie nieobecnego na rynku, a przecież są inne warzywa, bardziej oczywiste w polskiej kuchni). 

Fatalna, niepełna korekta: literówki, a nawet niedokończone zdania są czymś, co zdarza się tak często, że mocno irytuje. Czasem wygląda to tak, jakby ktoś zapomniał powiększyć tabeli, w której znajduje się tekst, a czasem tak, jakby tłumacz zastanawiał się, jak coś napisać, ale ostatecznie nie wrócił do problematycznego fragmentu.

Brak wskazówek dotyczących karmienia naturalnego.

Niedopasowanie niektórych rad do wieku dziecka - mam na myśli rady dotyczące wywołania odbicia u malucha. Autorki podają, że można sobie dziecko posadzić na kolanach i masować plecki. Owszem, ale u dziecka, które jako tako siedzi. Rada podana gdzieś około drugiego miesiąca życia jest mocno na wyrost i nie zostało to zaznaczone.

Obsesja na punkcie SIDS, czyli zespołu nagłej śmierci łóżeczkowej - wszędzie, na każdym kroku, od pierwszej do ostatniej strony: dziecko nie może spać na brzuchu, dzieci, które śpią z rodzicami, częściej umierają, itd, itp. Wszystko po to, by na ostatnich stronach przeczytać (książka obejmuje pół roku dziecka), że dziecko ma już pół roku i niebezpieczeństwo zostało zażegnane. Wydaje mi się, że dużo częstszym problemem jest katar u noworodka, który nie potrafi jeszcze oddychać ustami, ale o tym w książce nie ma ani słowa. 

Brak rad dotyczących ćwiczeń i zabaw dla niemowlęcia - jak zająć czas, jak wspierać rozwój, w jaki sposób można z dzieckiem ćwiczyć. Zwracam uwagę na ten fakt, ponieważ sama nauczyłam się bardzo prostych ćwiczeń dopiero na rehabilitacji. Mam na myśli ćwiczenia dla zdrowych dzieci, które wzmacniają młode mięśnie. Nic nie stało na przeszkodzie, żeby dać taki obrazkowy instruktarz w książce lub skierować do nagrań w internecie.

Ostatnia rzecz sprawiła, że odpuściłam sobie lekturę tej książki. Sumiennie śledziłam może pierwsze 6 tygodni, poirytowana jedną sprawą: rubrykami snu. Kiedy Twoje 2-tygodniowe dziecię przesypia łącznie na dobę 8-10 godzin, a Ty czytasz, że powinno spać od 16 do 20 godzin, coś Cię trafia. Tak, to szlag. Ty jesteś zmęczona, ale przez ponad pół doby siedzisz ledwo żywa, kołysząc dziecko i nucąc: "Śpij już, śpij już", a ono ma cały czas otwarte oczy. W okolicach 5 tygodnia dałam sobie z tym spokój. Nie chcesz spać, to nie śpij. Ania i tak nie spała, ale ja to lepiej znosiłam. To nieprawda, że każdy noworodek przesypia większość doby. Książka nie dawała rad, jak można zająć marudzące dziecko, które nie śpi (biało-czarne wydruki wzorów, kresek, kół, podpowiedziała mi położna). Poza tym moje dziecko na 6 tygodni przesypiało bez przerwy w godzinach nocnych 6 godzin, a od 8-9 tygodnia, 9 godzin. Kiedy zdarzyło się to pierwszy raz, a ja byłam tyle czasu bez karmienia, myślałam, że piersi mi eksplodują. Do końca karmienia wstawałam w nocy ściągać pokarm, a moje dziecko spało. Oczywiście książka nie brała pod uwagę innego scenariusza niż dwumiesięczniak, który w nocy je co 3 godziny, a na pełną przespaną noc mama musi poczekać. 

Tak czy inaczej: wady przeważyły nad zaletami. Mimo że ilościowo wyszło mi podobnie, to rubryka dotycząca snu oraz ciągłe straszenie śmiercią łóżeczkową według mnie stawia sensowność tego poradnika pod dużym znakiem zapytania.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz