poniedziałek, 27 kwietnia 2015

Bond (oczywiście) przeżył i pozwolił innym umrzeć

Żyj i pozwól umrzeć to moje pierwsze czytelnicze spotkanie z Flemingiem. Przyznaję, że kryminały i powieści szpiegowskie nie są sednem moich literackich zainteresowań. Filmy o Bondzie głęboko utkwiły w popkulturze, a może nie wszyscy wiedzą, że ich źródłem są książki. 
Z czasem zobaczę, jak spodobają mi się następne z serii (stoją w domu na półce, a mam postanowienie, że to, co dostępne w domu, ma zostać przeczytane - te akurat należą do mężowskiej części biblioteczki), choć właśnie przeczytana nie kusi do sięgnięcia po następne. 
Nie ukrywam, że moje średnie odczucia po lekturze tej powieści mogą wynikać z braku czytelniczego wyrobienia w temacie. Książka wydała mi się nudna, choć nie mogę powiedzieć, że z filmu wiedziałam, co się zaraz wydarzy. Film nie jest dokładnym przeniesieniem fabuły, więc, zwłaszcza, że nie znam ekranizacji na pamięć, liczyłam na jakieś ułamki zaskoczenia. W książce wszystko jest lekkie, gładkie i poukładane, bez dreszczyku grozy, który towarzyszy obrazowi filmowemu. 
Ponadto brakowało mi rozwinięcia wątku historycznego. Legenda o wielkim XVII-wiecznym skarbie ukrytym w Ameryce Środkowej jest zaledwie wspomniana na pół strony, choć to ona, razem z kultem voodoo, jest podskórna dla powieści. Sam kult, skoro już się pojawił jako znacząca motywacja działań, myślę, że powinien być dokładniej opisany. Z książką jest trochę tak, że daje impuls zainteresowania czytelnika, ale nie próbuje nawet go rozwinąć i zaspokoić.
Z uwagi na to, że z reguły nie czytam sensacji, myślałam, że będzie to książka, którą pochłonę jednym tchem. Nieco ponad 200 stron jednak dłużyło się, a zakończony rozdział nie zachęcał zanadto do przewrócenia kartki i czytania następnego.

Ian Fleming, Żyj i pozwól umrzeć, tłum. Robert Stiller, Przedsiębiorstwo Wydawnicze Rzeczpospolita SA, Warszawa 2008.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu  Z literą w tle – kwiecień: F

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz