czwartek, 24 sierpnia 2017

O tym, dlaczego miś opowiadający bajki wcale nie musi być smutną zabawką


Kiedy roczna Ania otrzymała na Święta Bożego Narodzenia misia opowiadającego bajki, zrobiło mi się trochę smutno. Niby że ktoś uważa, że ja nie mogę dziecku czytać bajek? Musi to robić zabawka z wgranym dźwiękiem? Przyznaję, miałam wobec niego opory. Jednak okazało się, że to dobre rozwiązanie, jednak musiałyśmy do niego dojrzeć – zarówno ja, jak i Ania. Ania musiała przyzwyczaić się do głosu lektora i nauczyć włączać misia (cztery przyciski – na każdej łapce oraz przycisk regulacji głośności na uchu), a ja przekonać, że zostawienie tego towarzysza w łóżku nie robi ze mnie wyrodnej matki, która nie czyta dziecku bajek.
Po pierwsze: atrakcja – dziecko ma satysfakcję, że udało się samodzielnie włączyć dźwięk.
Po drugie: towarzystwo – gdy mama po prostu musi, tu i teraz, iść do ubikacji albo wyczyścić nos albo coś zjeść.
Po trzecie: łagodniejsze wejście dziecka w dzień lub przebudzenie po drzemce. Ania, od kiedy przyzwyczaiła się do misia, włącza go sobie po przebudzeniu z jej krótkich i rzadkich drzemek. Co pozwala mi niejednokrotnie skończyć to, co właśnie robiłam, zamiast biec do dziecka, które właśnie teraz, w tej chwili, musi wyjść z łóżka.
Miś z bajkami Dream Makers nie zastępuje czytania dla dziecka i wspólnego oglądania obrazków, co wydawało mi się na początku. Wspiera dziecko w nauce samodzielnej zabawy i daje poczucie bezpieczeństwa, że nie zostaje samo, gdy jest ten moment, że po prostu rodzic musi coś zrobić i nie może tego zrobić z dzieckiem na ręku (np. odcedzić ziemniaki). Stanowi też wsparcie podczas zabawy. Miś opowiada, dziecko jeździ samochodzikiem, mama próbuje zerkać przez ramię czytając artykuł językoznawczy. Dziecku nie przeszkadza wtedy cisza i dłużej trwa, zanim zauważy, że rodzic nie poświęca mu całej uwagi.
Dużym plusem misia, którego otrzymała od chrzestnych Ania jest możliwość wgrania bajek z bazy producenta, a oprócz klasyki: Czerwony Kapturek, Kot w butach czy Brzydkie Kaczątko (bardzo smutna, szybko ją zmieniłam) wybrać można też polskie legendy: o Syrenie czy rycerzach śpiących w Giewoncie, które wszyscy szybko polubiliśmy.
Poza tym ubranko misia (koszulka i szlafmyca) pełni nie tylko ozdobną funkcję. Stanowi osłonę rozpięcia na plecach, z którego dziecko mogłoby wyjąć mechanizm oraz kabel USB. Rozpięcia nie widać, więc nie kusi. Poza tym doceniam producenta, który wpadł na pomysł umieszczenia mechanizmu właśnie w plecach, a nie między nogami. Mamy innego misia z elektroniką, który mechanizm włączania i baterie ma właśnie między nogami i musi chodzić w pieluszce wielorazowej, żeby Ania nie sięgała do kabelków, które wypadały z niego pod wpływem siły ciężkości. Kolejny plus – miś może być włączony cały czas, tak, żeby dziecko mogło uruchomić bajkę tylko naciskając na przycisk na łapkach. Gdy skończy się nagranie, miś znów jest „uśpiony”. Można też bajkę wyłączyć wcześniej, przez ponowne naciśnięcie przycisku. Warto zwrócić na to uwagę, bo część zabawek z nagraniami uruchamia się i wyłącza wyłącznie przez przycisk centralny, znajdujący się w schowku, który z założenia miał być ukryty przed dzieckiem.
Minusy – w nagraniach pojawiają się błędy językowe, powtórzenia oraz źle zmontowane, jakby przestawione elementy. Mnie osobiście irytują, ale mąż twierdzi, że się czepiam. Nie można też wgrać swoich bajek. Chętnie nagrałabym siebie lub męża czytających bajkę.


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz