środa, 15 marca 2017

Śmierć, socjalizm i szybkie dorastanie w powieści W. Wasilewskiej

Mało kto pamięta, że Wanda Wasilewska, działaczka co się zowie, była pisarką, i to nie najgorszą. Tworzyła teksty przeznaczone dla robotników, napisane więc prostym językiem, które już za czasów naszych rodziców, omawiających w szkole Pokój na poddaszu, zostały przypisane do kategorii literatury młodego czytelnika. Kiedy szukałam tekstów do analizy tematu języka śmierci i utraty w polskiej literaturze dziecięcej, o Pokoju na poddaszu powiedziała mi mama. Nie mogła sobie dokładnie przypomnieć ani tytułu, co to na poddaszu miało być, ani autora, jednak wujek Google pomógł i udało się znaleźć książkę, choć w internecie zbyt wiele o niej nie słychać.
Historia jest prosta i smutna. Czworo rodzeństwa zostaje samo w ubogim pokoju na poddaszu kamienicy. Właśnie pochowali matkę. Nastoletnia Ania, nieco się postarzając, idzie do pracy do fabryki, w której zarabiała na chleb jej matka. Zadaniem Ignasia jest uczyć się dobrze, nie rezygnować ze szkoły. Zosia zajmuje się najmłodszym Adasiem. Gotuje, sprząta, robi zakupy. Ania, mimo rad sąsiadek, nie zdecydowała się skierować Ignasia do przyuczenia zawodu, a Adasia oddać do przytułku. Wzięła na siebie odpowiedzialność za rodzeństwo. Dużo w tej książce pięknego socjalizmu sprzed jego ośmieszenia. Warto wziąć pod uwagę nie tylko samą ideologicznie zaangażowaną postać autorki, ale także fakt, że książkę wydano tuż przed II wojną światową. Ponadto miała to być powieść dla ludzi niewykształconych, którzy mieli dostać powieść wartościową w sensie socjalistycznym. Powieść, którą mogą czytać całe rodziny. Dlatego dzieci są grzeczne, wątki proste i krótkie, okraszone wzajemną pomocą i pochwałą wspólnej pracy (w fabryce i w domowej manufakturze kamizelek, zorganizowanej przez dzieci). Poruszony został także problem wspólnego dobra na przykładzie zniszczonego krzaku bzu, rosnącego w podwórzu. Jedna osoba – Zosia – wychodzi z inicjatywą zadbania o drzewko, by uświadomić pozostałym mieszkańcom kamienicy potrzebę, której nie zauważali.
Fizyczna i duchowa siła Ani, która zadbała o to, by rodzina się nie rozpadła, jest warta tego, żeby książkę polecić także współczesnej młodzieży. Trudne wybory, przyspieszony kurs dorastania, liczenie każdego grosza, pokazują, z jakimi problemami musieli się borykać młodzi ludzie sprzed czasów opieki społecznej i programów typu 500+. Opisana historia, fakt, że dość programowa, pokazuje, jak niewiele trzeba, żeby wesprzeć drugiego człowieka, odrzucając społeczną znieczulicę.

Wanda Wasilewska, Pokój na poddaszu, Warszawa 1988.

poniedziałek, 13 marca 2017

Dziecko w kontakcie z Bogiem

Naprawdę nie wiem, dla kogo Marcin Ludwicki napisał Na koniec świata. Trafiłam na nią podczas przygotowań referatu o śmierci i utracie w literaturze dziecięcej. Marcin Ludwicki napisał książkę o formacie dziecięcym (ok. 100 stron), jednak tak smutną i przez to trudną, że jako matka nie mogłam sobie z nią poradzić. Emocjonalnie, nie filologicznie. Nie jest to książka terapeutyczna, którą rodzic mógłby czytać choremu śmiertelnie dziecku (jak np. opowiadanie Lustro Marii Molickiej, niełatwe dla dorosłego, sympatyczne dla dziecka). Nie jest to książka dla rodziców, których dziecko jest chore. Natężenie negatywnych emocji jest w niej zbyt duże. Być może jedynie jest to powieść dla młodzieży, która ma młodsze, chore rodzeństwo, wokół którego koncentruje się życie rodziny. Może tej grupie odbiorców książka potrafiłaby wyjaśnić, dlaczego rodziców nigdy nie ma w domu, dlaczego mówią wciąż o jednym i nie widzą innych problemów, zamykając się w szpitalnym świecie od biopsji do rezonansu i od konsultacji do kolejnej operacji. Pokazać drugą stronę tej sytuacji i wyjaśnić, dlaczego najstarsze z dzieci musi szybko wydorośleć. 
Bardzo ważną nitką noweli Ludwickiego jest relacja chorego na chłoniaka Antka i księdza, który pomaga mu przechodzić przez chorobę. Antek podchodzi do wcześniejszej Komunii (ma wtedy ok. 6 lat), a w momencie śmierci wydaje się dojrzałym religijnym człowiekiem. Rodzice nie zapewniają mu psychicznego bezpieczeństwa, bo zgadzają się na wszystkie bolesne zabiegi, nie dają spokoju, którego oczekuje kilkulatek. Bezpieczeństwo ma w dziecięcej modlitwie i w czarnym krzyżyku, z którym się nie rozstaje, odkąd dostał go od księdza. Pominąć też nie można funkcji katartycznej powieści. Fakt, trudno podczas lektury powstrzymać łzy, trudno myśleć o czymś innym niż choroba Antka. Być może znajdzie się grono osób, które potrzebują takiej mocnej emocjonalnie lektury, bardziej jeszcze wyciskającej łzy od Jesiennej miłości Sparksa. 

Marcin Ludwicki, Na koniec świata, Kraków 2015.

piątek, 3 marca 2017

Daniela Odiji dywagacje na temat samotnej klęski

Daniel Odija proponuje czytelnikom niewielkich rozmiarów powieść, która zapada w pamięć. Nie jest to nowość wydawnicza, ale dopiero teraz udało mi się ją przeczytać. I okazała się fabularną perełką. Niejeden pisarz potrzebowałby kilkuset stron, żeby opisać życie Józefa, jego dumny lot oraz sromotny upadek. A mimo to u Odiji niczego nie brakuje. Dobrze zrealizowany pomysł (właśnie – czy zrealizowany? może Tartak to tylko szkic literacki?), mocno zarysowani bohaterowie i ambiwalencja moralna.
Józef wyrasta na magnata w swojej wsi. Wszyscy muszą się z nim liczyć. Jednak nie wszyscy wiedzą, że żyje na kredyt i nic, czym dysponuje, nie jest naprawdę jego. Ci, co wiedzą, nie zawahają się tego użyć. Józef żyje obok swojego życia rodzinnego. Żona i syn byli, ale tak naprawdę liczył się tylko on sam. Zewsząd uderzające niespełnienie i gorycz, stanowią podsumowanie jego egzystencji. Niewiele mu się udało w życiu, choć uważał się za kogoś lepszego od otaczających go osób.
Józef należał do tych ludzi, którzy mają szerokie kontakty. W końcu nie bez powodu był w pewnym momencie właścicielem największego przedsiębiorstwa w tym małym, zamkniętym świecie. Udało mu się wyciągnąć z więzienia syna, który wraz z kolegami zabił mieszkającego w lesie starca, pełniącego dla społeczności funkcję babki-zielarki. Jednak nie udało mu się wychować syna na porządnego człowieka. Nie dał szczęścia swojej żonie, która dbała o niego, jak mogła i tolerowała jego zachowanie.
Tytułowy tartak, przedsiębiorstwo Józefa, staje się metonimią jego upadku. Spalenie go w akcie szaleństwa, podsumowuje życie głównego bohatera, pozbawione sensu przez brak osobistych relacji, które stworzyli inni, znajdujący się w jego otoczeniu, mniej wpływowi, ale szczęśliwsi ludzie.

Daniel Odija, Tartak, Czarne, Wołowiec 2003