wtorek, 14 lipca 2015

Grunt to lekko podejść do lektury, Leszek K. Talko, „Dziecko dla odważnych”

Tę humorystyczną książkę, opowiadającą zmagania młodych, a z czasem coraz bardziej doświadczonych rodziców, otrzymaliśmy z okazji ślubu (prosiliśmy o książki zamiast kwiatów). Okazała się fantastyczną rozrywką, zwłaszcza, że czytaliśmy ją głośno, na zmianę i zawsze razem. Tym samym stała się przyczynkiem do komentarzy na temat przedstawionych sytuacji, naszych wspomnień i przytaczania opowieści usłyszanych przez osoby starsze od nas, na przykład z czasów, kiedy my byliśmy mali.
Książka rozpoczyna się w momencie narodzin pierwszego dziecka Leszka i Moniki, nazywanego przez nich Pitu. Po dwóch latach na świecie pojawia się Kudłata. Tłumaczyliśmy sobie, że skoro zdecydowali się na drugie dziecko, to życie z Pitulkiem nie mogło być tak złe, jak narrator je opisał. Przynajmniej łudzimy się w tej kwestii, my, Magda i Krzysiek, młode małżeństwo. Łudzimy się, że narrator podkoloryzował niektóre wydarzenia, bo przecież gatunek ludzki dawno by wymarł, gdyby sprawa posiadania dziecka do lat 3 miała się aż tak strasznie.
I choć trochę irytował fakt, że narrator i jego żona to ludzie bogaci, pracujący w domu i mogący poświęcić cały wolny czas dzieciom, a ponadto niezbyt oszczędni i spełniający wszystkie zachcianki młodych, lektura książki była po prostu przyjemna.
Leszek Talko, lubimyczytac.pl
Zatem, tak czy inaczej, książce trzeba oddać sprawiedliwość: dobry humor, lekki język, fantastyczne zdolności narracyjne, zwłaszcza w zakresie opowiadania o zwykłych wydarzeniach w taki sposób, że czytelnik zanosi się śmiechem. Myślimy o kupieniu kontynuacji, żeby było co czytać wspólnie. Mało jest książek, które nadają się do tego tak jak ta. Afabularny charakter całości, trochę na wzór telewizyjnych serii, pozwala na przerwanie czytania z końcem rozdziału i zaczęcie czytania następnego nawet po kilkunastu tygodniach. Fakt, wkręciliśmy się w to wspólne czytanie. Ja przygotowywałam w kuchni jedzenie (śniadanie, obiad, deser, cokolwiek), i o ile przygotowywanie nie polegało na rozbijaniu kotletów lub miksowaniu ciasta, mąż siadał obok i czytał. Świetny sposób na spędzenie razem zwykłego, wolnego czasu. Oboje polecamy.
PS. Pewnie nie byłoby tak śmiesznie, gdyby książkę czytać w pojedynkę:-). 

Leszek K. Talko, Dziecko dla odważnych. Szkoła przetrwania, Znak 2013.
Opinia bierze udział w wyzwaniach: Grunt to okładka - Lipiec: czynność oraz Z literą w tle - Lipiec: T

niedziela, 5 lipca 2015

Jan Twardowski zapytał

Rzadko, nawet bardzo rzadko czytam poezję. Po prostu tak wyszło i już. Kilkanaście lat temu może miałam z nią zbyt wiele do czynienia :-). Wygrzebałam na półce tomik wierszy ks. Twardowskiego, zebrane w maleńki zbiór Pytania. Nagroda w jakimś gimnazjalnym konkursie.
Coś, co mają w sobie krótkie, pozornie banalne teksty księdza-poety, zawarte jest także w tym tomiku. Mówienie o Bogu i pięknie poprzez naturę. O ludzkich rozterkach przez zadumę ptaka, o opiekuńczości na przykładzie biedronki, o wspomnieniach z dzieciństwa przez fakturę liści drzewa – nie wprost, ale prosto i zrozumiale, a dodatkowo bez zbędnego, a częstego w poezji, cierpiętnictwa i smutku. Poezja Twardowskiego pokazuje człowieka jako część ekosystemu, jeden z elementów natury, wcale nie ważniejszy niż trawa, kamień, rzeka czy szczygieł. Wszystko powiedziane prawie językiem dziecka, bez wywyższania się teologiczną wiedzą, bez pouczeń, na kształt dziecięcych relacji, które w swojej prostocie pokazują porządek świata. Obserwacja, a nie wiedza, opisanie tego, co widać i czuć, a nie tego, co mówi umysł daje w efekcie bardzo pozytywny przekaz na temat relacji zachodzącymi pomiędzy elementami rzeczywistości. Tomik Pytania nie odpowiada na trudne zagadnienia, ale pokazuje, że to człowiek ciągle dopytuje: dlaczego? Tylko człowiek, bo taka jest jego przypadłość. Pyta, zamiast zaakceptować stan rzeczy, z jakim natura radzi sobie od zawsze. „Bogu nie stawia się pytań dlaczego.”

Jan Twardowski, Pytania, Wydawnictwo Literackie Parnas, Poznań 1999

Opinia bierze udział w wyzwaniach: Grunt to okładka - lipiec: czynność oraz Z literą w tle - lipiec: T

piątek, 3 lipca 2015

Dojmujące poczucie obcości – Magdalena Tulli, „Włoskie szpilki”

Obrałam złą kolejność. Najpierw przeczytałam Szum, a dopiero po nim sięgnęłam po Włoskie szpilki. Książki pozostają ze sobą w stosunku nie tylko tematycznym, ale także stylistycznym. Są opisem tej samej biografii z tej samej perspektywy (dziewczynki, a później kobiety), jednak różnią się nieco centrami problemowymi. W jednej i w drugiej tematem są problemy szkolne i trudne relacje z rodzicami, w tym praktyczne odrzucenie przez matkę. Jednak o ile Włoskie szpilki pokazują chorobę matki, to Szum koncentruje się na jej brzemieniu z przeszłości. Wcześniejsza książka zapowiada jednak późniejszą, co dostrzec można w cytacie: „Skąd miała wiedzieć, że kłopoty, z którymi nie potrafi się uporać, są starsze od niej” (brak lokalizacji - czytałam w wersji elektronicznej).
Nad Szumem czuwa pojawiająca się gdzieniegdzie, czasem znienacka, postać lisa. Został on zasygnalizowany we Włoskich szpilkach. To alter ego i jednocześnie przyjaciel narratorki, zagubionej we własnych niepowodzeniach.
O ile styl i tematykę Szumu, a także przyjęty przez narratora sposób wywnętrzniania się uznałam za oczywisty, o tyle lektura wcześniejszych względem niego Włoskich szpilek każe mi ten sposób sproblematyzować. Te dwie, bardzo podobne formą i tematem książki, mają w sobie ogromny ładunek ekshibicjonizmu. Mniejsza z tym, czy wynika on z doświadczenia autobiograficznego, czy nie. Dla mnie był jednak irytujący, zwłaszcza, gdy przekonałam się, że Szum jest echem wcześniejszej książki. Trochę dodane, trochę odjęte, ale zarys ten sam. Niezrozumiane przez otoczenie dziecko, niezdara jak się patrzy, wiecznie zasmarkana i gubiąca klucze, jest obrazem nędzy i rozpaczy, a dodatkowo nawet nie ma komu się pożalić. Tyle nieszczęść, ile spotyka narratorkę, w tym naśmiewania, prześladowania w szkole, podejrzenia o kradzież, zamykanie w szafie i w pustej klasie, nieszczęść przeżywanych intensywnie, pozwala jej jednak jakoś utrzymywać się na wznoszącej fali. Jej życie nie należy do udanych, małżeństwo się rozpadło, a przyjaciół nigdy nie było, co ma być efektem tego złamanego dzieciństwa. Nie za dużo tego na 130 stronach?
Podobno autorka spotkała się z niezrozumieniem po opublikowaniu Snów i kamieni. To skierowało ją do tworzenia prozy silnie zaangażowanej biograficznie, z bezpośrednią narracją, grającą na emocjach. Jednak w moim przypadku odbiór tych dwóch książek, zwłaszcza, że czytałam je w niewielkich odstępach czasowych, zaciemniło świat przedstawiony. Tyle nieszczęść postawiło blokadę, tak, jak się czasem dzieje, gdy oglądamy w telewizji zbyt dosłowną i brutalną reklamę społeczną. Przychodzi moment, w którym mocniej znaczy gorzej, bo odbiorca już po prostu nie może patrzeć i zamiast zastanowić się nad przekazywanym problemem, wypiera go jako niedotyczący jego świata. Coś takiego wydarzyło się u mnie podczas lektury Włoskich szpilek, gdy miałam w pamięci świeży jeszcze Szum. Może byłoby inaczej, gdyby odstęp między tymi książkami był większy? Z perspektywy czasu na pewno trudno będzie mi oddzielić, co jest przedmiotem relacji w jednej i w drugiej. Książki szybko stają się zlepkiem wszystkiego, co przykrego może wydarzyć się niezdarnej uczennicy.

Magdalena Tulli, Włoskie szpilki, Nisza, 2011
Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą z tle - lipiec: T

Jak to z tym czerwcem było

Już myślałam, że w czerwcu porządnie wrócę na blog. Jednak zawsze tu coś, tam coś. Aktualnie popołudnia zajmują poszukiwania szafy, w czerwcu byliśmy kilka dni na wycieczce w Wiedniu, którą sami organizowaliśmy. I w domu też jest zawsze coś do zrobienia. Kilka dni temu otrzymałam od Grupy Wydawniczej Foksal książkę Solfatara Macieja Hena. Zapowiada się nieźle, tylko czasu brak. Zauważyłam też, że o ile pół roku temu udział w wyzwaniach, prowadzonych przez innych blogerów, rzeczywiście motywował mnie do czytania, to teraz miałam już długą przerwę w zgłoszeniach do realizacji wyzwań, co trudno przyznać, ale niestety jest zgodne z prawdą. Plany na lipiec, oczywiście, ambitne.