sobota, 28 marca 2015

Czy wierzyć kłamcy, który spowiada się ze swojego życia? – Umberto Eco, „Baudolino”

Kłamca, choć obdarzony genialną wyobraźnią, chłopski syn o niezwykłych zdolnościach językowych, genialny narrator i marzyciel. Opowieść skonstruowana przez Eco pokazuje na pierwszym planie przybranego syna Fryderyka Barbarossy, jednak w rzeczywistości jest rysem epoki cesarza.
Baudolino to przede wszystkim właśnie opowieść. Sztuka mówienia, choć spisana. Podczas oblężenia Konstantynopola w 1204 roku tytułowy bohater, dzięki znajomości wielu języków, ratuje przed łacinnikami bizantyjskiego historyka, Niketasa. Wspólnie ukrywają się podczas dni plądrowania miasta. Baudolino zabawia w tym czasie swojego przewodnika i gospodarza obszernym opowiadaniem, wypełnionym dziwnymi stworami i wydarzeniami, które zmieniły bieg historii.
Północne Włochy, XII wiek. To tu, wśród mgieł, zaczyna się akcja powieści – Baudolino poznaje przyszłego cesarza, Fryderyka, który zabłądził. Władca bierze rezolutnego chłopca pod swoje skrzydła, wielokrotnie podczas wspólnego życia Baudolino będzie mu doradzał trafnymi uwagami. Wspólnie z nim przeżyje wzloty u szczytu władzy, doradzi mu, by jej legitymizację po prostu wymyślił – od Karola Wielkiego, którego wystarczy kanonizować – a później odciąć się od papiestwa.
Nad powieścią czuwa duch legendy królestwa księdza Jana. Cudownej krainy, raju na ziemi, gdzieś na wschodzie, do którego główny bohater wraz ze swoimi przyjaciółmi zmierza krok po kroku przez całe życie. Ponieważ jednak mity nie istnieją po to, by je odnajdywać, ale po to, by do nich zmierzać, wyprawa kończy się niepowodzeniem. Mimo to Baudolino nie rezygnuje, nawet pod koniec życia chce podążać za młodzieńczym marzeniem odnalezienia królestwa, któremu poświęcił większość życia.
Umberto Eco pochodzi z Alessandrii, a ta powieść jest rodzajem hołdu oddanego historii tego miasta. Samozwańcze, oddolne powstanie murów miejskich w czasach, gdy osada potrzebowała poświęconej ziemi i opiekuna, oblężenie przez Fryderyka Barbarossę i uratowanie jego mieszkańców od śmierci głodowej przez fortel wymyślony przez Baudolina, a zrealizowany przez jego ojca, Gagliaudo, łączą literacką fikcję z mitami i faktami historycznymi.
Dla mnie, osoby, która nie lubi książek historycznych, lektura Baudolino była świetną okazją do sprawdzenia, jak było naprawdę, konfrontacji literackiej narracji blagiera z historią, której Eco jest wierny, choć inaczej umieszcza akcenty i przyczyny wydarzeń. Książka daje odpowiedzi na wiele pytań, między innymi na to, dlaczego w Europie pojawiło się tyle fałszywych relikwii, czym był święty Graal i w jaki sposób została stworzona chęć jego odnalezienia, a wreszcie – dlaczego Fryderyk Barbarossa utonął i co rzeczywiście było przyczyną jego śmierci.
Co lubię u Eco najbardziej? Wydaje mi się, że oprócz genialnej konstrukcji powieści, szczególnie warte uwagi są próby przedstawienia ówczesnego stanu wiedzy. Debaty o istnieniu próżni, kształcie Ziemi, opisy najdziwniejszych wynalazków, bezkrytyczna wiara w biblijną wizję świata i rozmaite sposoby interpretacji tych samych pism, a każde przedstawione z pieczołowitą dbałością o szczegół, są rozpoznawalnym znakiem prozy Umberto Eco.

Umberto Eco, Baudolino, tłum. Adam Szymanowski, Noir sur Blanc, Warszawa 2001

Opinia książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka marzec: droga

piątek, 27 marca 2015

5 minut dla książki łatwej, lekkiej i przyjemnej


Taka sobie książeczka, która w pewnym momencie kilkanaście lat temu miała swoje 5 minut. Dlaczego akurat ta, a nie inna? Może to kwestia promocji, może samej autorki, a może po prostu szczęścia. Fakt, że książka jest napisana z humorem, a pierwszoosobowa narratorka jest nieco niedojdowata. Fakt, że kobiety, nie tylko po rozwodzie i nie tylko tuż przed 40. mogą się z nią z łatwością utożsamiać. Może też zadziałał mechanizm: ona ma gorzej niż ja, a do tego wiecznie spotykają ją wydarzenia, przez które musi się za siebie wstydzić.
Tak czy inaczej książka, której nie można odmówić lekkiego stylu i komizmu sytuacyjnego, stała się bestsellerem. Łatwa lekka i przyjemna. Nie mówię, że to źle, zwłaszcza, że z powieści Grocholi bije optymizm, którego często Polakom brakuje. Jednak jest to lektura, która z jednej strony mówi: świat się nie kończy na rozwodzie, a z drugiej: jak najszybciej rozejrzyj się za jakimś wkładem do łóżka. Zatem książka, o której wieść niosła, że wnosi powiew świeżości na polski rynek wydawniczy, jest, niestety, schematyczna.

Katarzyna Grochola, Nigdy w życiu! W.A.B, Warszawa 2004

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą w tle – marzec: G

wtorek, 3 marca 2015

Obserwacja nowego życia – Mario Puzo, „Dziesiąta Aleja”

Dziesiąta Aleja Mario Puzo rozszerza to, co w Ojcu chrzestnym jest tylko wspomniane – problemy emigrantów z Europy, którzy w pierwszych kilkunastu latach XX wieku tłumnie płynęli do Ameryki. Przyznam, że tę książkę czytało mi się znacznie lepiej niż najbardziej znaną powieść autora, w przypadku której dopiero drugie podejście zostało zwieńczone sukcesem.
Puzo w Dziesiątej Alei (pierwsze polskie tłumaczenie otrzymało tytuł Mamma Lucia) tworzy (lub wspomina) zamkniętą rzeczywistość narodowej grupy społecznej, która, mimo zmiany warunków życia, silnie identyfikuje się poprzez wspólny system wartości i doświadczenia narodowe. To amerykańska powieść, która ma w sobie pewną „włoskość” małych miejscowości Półwyspu Apenińskiego.
Puzo ogląda ten świat jak przez lornetkę – przybliża się do ludzi i kamienic, a następnie pokazuje większy obszar – tytułową Dziesiątą Aleję z ulicami do niej przyległymi. Czytelnik jednak nie poznaje Nowego Jorku, w którym przecież toczy się akcja powieści. Wydaje się, że nie znają go też bohaterowie powieści. Obok emigrantów włoskich, których grupa stanowi przedmiot opisu w książce, epizodycznie pojawiają się także inne narodowości, na przykład Niemcy, Polacy, Irlandczycy czy Żydzi. Amerykanie w tak zaprezentowanym Nowym Jorku w ogóle nie występują, choć pojawiają się porównania oparte na pewnej wizji życia, np. „wyglądać po amerykańsku”. Takie określenia wzmacniają różnicę pomiędzy tymi, którzy pamiętają Włochy a pokoleniem urodzonym na obczyźnie. Młodzi chcą się asymilować, nadają dzieciom imiona brzmiące amerykańsko i nie zawsze chcą mówić w języku swoich rodziców.
Zbiorowym bohaterem powieści jest rodzina Angeluzzich-Corbo, spośród których najsilniej wybija się matka Lucia, podwójna wdowa. Kobieta silna, ale zniszczona życiem, sama wychowuje sześcioro dzieci i stara się przekazać im wartość honorowego zachowania oraz szacunku dla rodziny. Zwłaszcza ten ostatni cel wychowawczy ma w przypadku włoskich rodzin szczególne znaczenie, jest to czynnik odróżniający Włochów od Amerykanów nie tylko w Dziesiątej Alei, ale także – może nawet w większym stopniu – w Ojcu chrzestnym.
Tytuł, jaki książka uzyskała w pierwszym tłumaczeniu na język polski, podkreślał dramat rodziny i rolę matki, a nowszy – czynnik społeczny i kulturotwórczy, jaki stanowi wspólna, włoska i uboga Dziesiąta Aleja.

Mario Puzo, Dziesiąta Aleja, tłum. Jacek Manicki, Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2005.
 Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - luty: tyłem

Era e-booków?


Miałam wczoraj chwilę, żeby przysiąść do najnowszego numeru "Książek". Zainteresował mnie artykuł dotyczący rozwoju rynku e-booków. Zaczęłam sama się zastanawiać nad moim wykorzystaniem tej technologii i tym, jak jest wykorzystywana przez innych. 
Jacek Dukaj swoją najnowszą książkę Śmierć aksolotla wydaje wyłącznie w wersji elektronicznej. Taką decyzję podejmowali wcześniej drobni, najczęściej początkujący autorzy. E-book jest tańszy w produkcji, a po jego stworzeniu można wrzucić go do sieci i sprawdzić, jakim cieszy się zainteresowaniem. Dukaj nie należy ani do autorów romansów ani tych, którzy w ten sposób chcą się pokazać światu. Jego książka ma w pełni wykorzystywać nową technologię, co mnie, klasycznego czytelnika, który nie siedzi w grach komputerowych, z lekka przeraża. A co jeśli taka tendencja się rozprzestrzeni także wśród tych autorów, którzy mnie bezpośrednio interesują?
Książka, która zawiera linki do Wikipedii, interaktywne przypisy i kolorowe ilustracje, które można powiększać, jest rozwiązaniem, które nie byłoby możliwe w przypadku książki papierowej. Jednak ile osób rzeczywiście będzie mogło (i chciało) skorzystać z możliwości danych przez taką formę? Ilu czytelników posiada czytnik, który jest połączony do internetu i który nie ma problemu z wyświetlaniem kolorowych stron? I czy książki takie jak ta Dukaja rzeczywiście tworzą nową kategorię, literaturę e-bookową?
Posiadam czytnik i z niego korzystam, ale przyznam szczerze, że jest on dla mnie wyłącznie "lekką książką", urządzeniem do wyświetlania dokładnie tego, co dostałabym w kodeksie. Nie jest podłączony do internetu. Czasem przeszkadza mi brak kolorów (próbowałam wgrać książkę w pdfie o historii sztuki, pomysł zupełnie nietrafiony), jednak o ile jest to beletrystyka, problem nie występuje. Czytnik w moim przypadku czasem rozwiązuje kwestię noszenia ze sobą ciężkiej (fizycznie) aktualnie czytanej lektury (jak to było rok temu z Wiwisekcją), jednak e-book nie stanowi dla mnie kategorii samej w sobie. Jest jedną z form podstawowego przedmiotu.
Autor Starości aksolotla i autor artykułu w jednej osobie, jest optymistycznie nastawiony do e-booków, uważa, że są naturalną formą rozwoju książki z kodeksu do książki elektronicznej. Całkowicie zgadzam się z nim w kwestii tego, że e-book nie zabija literatury (przecież i Homera, i Sienkiewicza, i Tokarczuk można czytać w wersji na czytnik czy po prostu w pdfie, choć to niewygodne). Jednak mam pewne zastrzeżenia. Byt książki stanie się zależny od formatu i technicznych możliwości urządzenia. Pierwszą kwestię można rozwiązać konwersją, która dobrze udaje się w przypadku zmian z ePub na .mobi, nieco gorzej z .pdf na .mobi, nie próbowałam konwertować z .pdf na .mobi książek zawierających fotografie. Jednak co z drugim problemem? Ja już teraz wiem, że mój kupiony rok temu klasyczny czytnik nie poradzi sobie z książką Dukaja. Jeśli więc e-book miałby stać się następcą kodeksu, to czy książka nie stanie się trudniej dostępna? Czy nie okaże się, że kodeks jest najlepszą i najmniej zależną od zewnętrznych okoliczności (bateria!) formą?

Były już pomysły stworzenia jednego urządzenia absolutnie do wszystkiego: telefonu i komputera w jednym. Czymś takim są tablety, na których można przeglądać internet i czytać książki. Jednak nawet osoby posiadające ten gadżet, korzystają osobno z komputera i telefonu. Z jakiegoś powodu wolimy nie łączyć wszystkich funkcji w jednym sprzęcie, książki czytać tradycyjnie lub na czytniku (specjalnie dla książki stworzonym), dzwonić z telefonu, muzyki słuchać z odtwarzacza mp3, a na dłuższe e-maile odpisywać z komputer. Czy w takim razie książka z odniesieniami do internetu, do której czytania trzeba mieć odpowiedni sprzęt (i go zmieniać tak często, jak np. telefon, żeby móc korzystać ze wszystkich opcji dokładanych do książki przez wydawcę), nie stanie się zbyt podobna do gry komputerowej, a czytniki do tabletów, że powiemy: stop i wrócimy do zwykłej, papierowej książki, chcąc oddzielić różne opcje? 

Jacek Dukaj, Bibliomachia, "Książki" 1 (16)/2015, s. 8-12.

Podsumowanie lutego

W lutym podjęłam współpracę z wydawnictwem Stara Szkoła i przez cały miesiąc na moim blogu widniał banner ich pierwszej wydanej pozycji - Ostatniej arystokratki. Skontaktowałam się także z portalem kulturalnym Sztukater.pl - kilka z moich wcześniejszych recenzji ukazało się w dziale Książka, wysyłam im też moje bieżące teksty, które ukazują się pod pseudonimem Magda N.

W minionym miesiącu przeczytałam cztery książki, z czego dwie podpięłam do wyzwań - Grunt to okładka oraz Z literą w tle. Dzięki temu drugiemu przeczytałam Na polu chwały Sienkiewicza. Myślałam, że uda mi się także ruszyć Grę szklanych paciorków Hessego, jednak brakło czasu na tę grubą powieść.

W marcu także mam rozbudowane plany czytelnicze, choć marcowe tematy na wyzwania - autorów na literę G oraz okładkę z drogą - trudno znaleźć wśród tego, co mam w domu, a nie chcę wypożyczać z biblioteki, dopóki mam na półkach tyle nieprzeczytanych książek.