piątek, 13 lutego 2015

Gdzie mieszkał Himmler, a Vondráčková miała wesele – pierwsza wizyta w zamku Kostka

Ostatnia arystokratka Evžena Bočka bezdyskusyjnie jest książką zabawną. Nie jest to humor wysokich lotów, ale ten, który wywołuje następujące raz po raz salwy śmiechu. Przerysowane, jednowymiarowe postacie, spośród których wyróżnia się tylko narratorka Maria, mają jeden cel – rozbawić czytelnika, na przykład tego, który późnym popołudniem, zmęczony, wraca autobusem do domu. To książka idealna do czytania w każdej sytuacji – niewielka objętościowo i lekka w odbiorze, nie wymaga skupienia, a jest doskonałym zastrzykiem pozytywnej energii.
Źródłem powieściowego humoru w największej mierze są właśnie bohaterowie – wyraziści, pełni słabości, cierpiący na problemy z porozumiewaniem się z innymi.
Frank Kostka – profesor literatury, nierzucający się w oczy Amerykanin arystokratycznego pochodzenia. To jego czeskie korzenie i odzyskany po okresie komunizmu zamek Kostka są przyczynkiem akcji powieści – czyli porzucenia amerykańskiego życia na rzecz przeprowadzki do rodowego majątku w Europie. Jego główne zajęcia to: rzucanie psom kapci dla turystów, badanie archiwum w poszukiwaniu największych rodowych marnotrawców i liczenie pieniędzy.
Vivien Kostka – Amerykanka, która uważa, że skoro jest arystokratką, to może zachowywać się jak księżna Diana i nie zważać na koszty tych zachowań. Zaczytuje się w biografiach swojej idolki i niezbyt przykłada się do nauki języka czeskiego.
Maria – narratorka  powieści, nad którą wisi widmo rychłej śmierci (wszystkie – czyli dwie –  dziewczęta o tym imieniu w rodzie Kostków nie dożywały 20 lat). Maria próbuje godzić interesy wszystkich stron, pomaga kucharce, a kiedy ta się upije, stara się ją zastąpić. Szuka pomysłów na zdobycie pieniędzy i pokornie przyjmuje pomysły Milady, zatrudnionej jako menedżerka zamku.
Pracownicy na zamku, których zastali Kostkowie, gdy do niego dotarli, to kucharka i sprzątaczka w jednej postaci, ogrodnik nazwany przez narratorkę panem Spockiem oraz kasztelan Józef. Pierwsza z tej palety zamkowych osobliwości, pani Cicha, gotuje dobrze i tłusto, a także robi doskonałą orzechówkę, którą regularnie się raczy. Drugi to hipochondryk z muzycznymi aspiracjami – teksty jego własnych utworów dotyczą najczęściej aktualnego schorzenia, na które się uskarża. I pan Józef – zamkowa wisienka na torcie: chodzi w brudnym szlafroku, na wszystko narzeka, a turystów uważa za plagę egipską. Na myśl o weselu Vondráčkovej dostaje konwulsji, dobrze natomiast wspomina te okresy w dziejach zamku, gdy był on zamknięty dla turystów – za tę decyzję chwali Himmlera.
Są też zwierzęta (nie liczę tych wypchanych): przywieziona z USA kotka Caryca (na czas lotu musiała zostać uśpiona) i dwa wielkie głupie dogi, których tresura kończy się na przywiązaniu do nieruchomych elementów wystroju komnat.
Kostkowie przyjeżdżają z USA i... nie mają za co utrzymać swojej posiadłości. Pracownicy żądają wypłat, mama Kostka wciąż dzwoni do koleżanek za oceanem, dług u prawnika rośnie. Jak temu zaradzić? Mimo protestów pana Józefa (pani Cicha też protestowała, przerażona koniecznością częstszego mycia toalet), decyzja zapadła – trzeba sprowadzić turystów. W ten sposób rozpoczyna się akcja pt. „święta arystokracji” – absurdalne wyreżyserowane wydarzenie, które całkiem dobrze się sprzedało. Od tej pory przygotowywany jest szeroko zakrojony plan przeobrażenia zamku, związany z niechybnym ośmieszeniem członków rodziny hrabiowskiej (nic to, skoro ludzie chcą płacić za ten cyrk). Brak środków stał się motywacją do zorganizowania świniobicia czy zaproszenia dziennikarzy na sprzątanie zamku (czyszczenie toalet czy kominków przez potomków arystokratycznego rodu nie zostało pominięte). Powieść, która jest pierwszą częścią perypetii bohaterów, kończy się tuż przed finalizacją zmiany Kostki zaniedbanej w Kostkę zarabiającą. To na tyle obiecujący moment, że już z niecierpliwością czekam na drugą część ;-).
Podczas czytania tej książki zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak mało w literaturze jest przedstawicieli powieści zabawnych. Jak sięgnę pamięcią wstecz, znalazłyby się dobre sceny humorystyczne w książkach dla młodzieży (a w zasadzie dla dziewcząt), na przykład u Musierowicz czy Ewy Nowak. Pogrzebać można by było także w satyrycznym humorze Magdaleny Samozwaniec. A dalej co? Dorosły czytelnik nie potrzebuje się śmiać? Ostatnia arystokratka na pewno spodoba się tym, którzy nie mają nic przeciwko literackiej rozrywce w czystej postaci.

Za książkę dziękuję wydawnictwu
http://stara-szkola.com/
Evžen Boček, Ostatnia arystokratka, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

2 komentarze:

  1. Polecam Konopielkę - można ryczeć ze śmiechu. Akurat czytam Ostatnia arystokratkę i aż lepiej się czuję!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję za podsunięcie pomysłu, zapamiętam.

      Usuń