piątek, 27 lutego 2015

Siła tkwi w umyśle

Rozmowy z Dalajlamą to nie jest łatwa książka. Wymaga cierpliwości i częstych przerw w czytaniu, żeby zastanowić się nad słowami przywódcy duchowego. Pogrupowane tematycznie wypowiedzi stanowią formę pośrednią między wykładem a zapisem rozmów. Jest to ciekawa poznawczo pozycja dla osoby, która niewiele wie o buddyzmie. W słowach Jego Świątobliwości XIV Dalajlamy buddyzm jawi się przede wszystkim jako sposób życia pełen spokoju i współczucia, a także religia akceptująca osiągnięcia współczesnej nauki. Ten myśliciel wprost mówi,  że gdyby nauka dała dowody nieistnienia reinkarnacji, to buddyści musieliby to zaakceptować i przeformułować swój sposób myślenia. Dotyczy to także wielu innych dziedzin, np. w pismach buddyjskich Ziemia jest płaska, a obecnie żaden z wyznawców nikt nie powraca do takiej wizji świata. Także naukowe rozumienie umysłu rozszerza buddyjskie spojrzenie na duchowość i myślenie człowieka. Buddyści potrafią wpasować ich wizję Boga do obecnego stanu nauki, nie zaprzeczają mu i nie budują odrębnego, religijnego, porządku, który miałby wyjaśniać świat.
Znamienny dla buddyjskiej kultury wydał mi się szacunek, jaki Hindusi, spośród których wyrósł buddyzm, mają do Tybetańczyków. Role się odwróciły – kiedyś to oni nauczali ludność Tybetu – jednak nie ma między nimi nienawiści, a chęć współpracy. Łatwo się domyślić, jak bardzo inaczej wyglądałaby podobna sytuacja w chrześcijaństwie. Pierwotny ośrodek centralny nie zaakceptowałby tego, że zaszła zmiana i pewnie doszłoby do rozłamu. Buddyzm postuluje spokój i szacunek do innych, bez względu na okoliczności.
Ostatnia część tego zbioru szerokich wyjaśnień dotyczy problemu Tybetu. Opisany przez osobę, która tkwi w tym problemie, nabiera zupełnie innego wymiaru niż w mainstreamowych przekazach medialnych. Dalajlama odcina się od ruchów, które używają przemocy do zaakcentowania swoich żądań. Wyjaśnia, że Tybetowi nie zależy na niepodległości, że autonomia, w ramach której nie tworzyliby własnej gospodarki oraz polityki międzynarodowej jest w gruncie rzeczy optymalna. Na książkę składają się pełne spokoju i cierpliwości wyjaśnienia na trudne tematy, odpowiedzi, które są wartościowe bez względu na to, czy czytelnik jest wierzący i w jakiego Boga wierzy – ta pozycja ma potencjał zmiany sposobu myślenia tych ludzi, którzy chcą myśleć. Przecież to oczywiste, a jednocześnie tak trudne do zrozumienia, że każda osoba, nawet ta, którą postrzegamy jako wroga, chce swojego szczęścia. Że każda istota do tego właśnie dąży, zatem z perspektywy wykonawcy działań, nawet tych odbieranych jako społecznie destrukcyjne, u ich podłoża leżało pragnienie szczęścia. Zaakceptowanie takiej motywacji, niezależnie od typu działania oraz jego sprawcy, może zmienić spojrzenie na rzeczywistość i otworzyć się na potrzeby innych ludzi.

Rozmowy z Dalajlamą o życiu, szczęściu i przemijaniu, rozmawia Rajiv Mehrotra, tłum. Bartosz Sałbut, Helion-Editio, Gliwice 2010.

niedziela, 22 lutego 2015

XVIII-wieczna Europa oczami Zofii Potockiej

Stanisław August Poniatowski, książę Potiomkin, Nowosilcow, a do tego fragment historii życia Szczęsnego Potockiego, jednego z targowiczan – książka Stachniak jest interesującym obrazem polskich wyższych sfer końca XVIII wieku. Ogród Afrodyty jest przede wszystkim biografią Zofii Potockiej, z pochodzenia Greczynki, która stała się salonową gwiazdą, uwielbianą i pożądaną przez mężczyzn. Tłem powieściowych wydarzeń jest historia – obsadzenie na tronie Stanisława Augusta Poniatowskiego, insurekcja Kościuszkowska, Targowica, zmiana przynależności terytorialnej Kamieńca i innych ziem polskich oraz ukraińskich.
Zofia, piękna kobieta, która rzucała na kolana królów, nie należała do wiernych kobiet. W wieku 17 lat została utrzymanką polskiego ambasadora w Turcji. Później była dwukrotnie zamężna, pierwszy raz z Józefem de Wittem, później – Szczęsnym Potockim. Jeszcze zanim Potocki otrzymał rozwód od swojej drugiej żony, Józefiny, razem podróżowali po Europie, a Zofia zdążyła mu urodzić troje dzieci. Później, po ich śmierci na szkarlatynę – jeszcze sześcioro, z których ostatni syn, Bolesław, podobno był synem jej pasierba, Jerzego. Według plotek miała romans, oprócz mężczyzn wymienionych w pierwszym zdaniu, także z późniejszym królem Francji Ludwikiem XVIII.
Książka Stachniak jest dobrze napisaną biografią, w której wydarzenia polskie oraz międzynarodowe stanowią tło naprawdę interesującej historii życia Zofii Potockiej. Na podobnej zasadzie, jak ma to miejsce w Przeminęło z wiatrem – fabułę stanowi przede wszystkim opowieść o kobietach, a historia nadaje powieściowej tkance dodatkowego „smaczku”. Napisany lekkim językiem Ogród Afrodyty jest całkiem przyjemną lekturą, która wciąga narracją. Prowadzona dwutorowo jest z jednej strony szczegółową relacją z choroby, naturalistyczną obserwacją umierania, z drugiej – opowieścią o życiu od najmłodszych lat Zofii. Czytelnik od samego początku wie, że główna bohaterka umrze – mało tego – wie, w jaki sposób, jak nowotwór zniszczył jej ciało, wie, co zażywała i jakie metody lecznicze były stosowane podczas prób przedłużenia jej życia. Mimo to z uwagą śledzi, w jaki sposób dotarła do punktu, w którym się znajduje ona – Zofia Potocka z sześciorgiem dzieci, wspominająca swój piękny ogród – Zofiówkę, zaprojektowaną z myślą o Arkadii Radziwiłłów.
Zofia Potocka
Źródło: East News/FIine Art Images

Ciekawe wydało mi się przeniesienie wartościowania postaci, jakiego dokonała Stachnik. Zofia, przez historię uznana za intrygantkę, a nawet szpiega, to postać ambiwalentna dla czytelnika, ale nie jest jednoznacznie oceniona negatywnie. Czytelnik ma wątpliwości co do jej zachowania, ale gdzieś pozostaje nuta podziwu dla jej siły i samozaparcia. Inny przykład – Szczęsny Potocki, zdrajca ojczyzny, w powieści ukazany jako człowiek, który się pogubił, który chciał dobrze, ale mu nie wyszło, w wyniku czego został oskarżony o zdradę rozgrabianej przez sąsiadów ojczyzny. Nieco inna niż w podręcznikach do historii jest ocena Napoleona. Cień jego polityki ciąży bohaterom, wielokrotnie wspominającym śmierć wielu Polaków na Dominikanie. Zamiast mówić o Księstwie Warszawskim, bohaterowie wprost komentują, że Napoleona nie obchodziła niepodległość żadnego kraju, a najbardziej zagrabionej przez sąsiadów Polski.
Duży plus dla konstrukcji powieści – naprzemienność narracji „aktualnej”, czyli umiejscowionej w 1822 roku oraz tej retrospektywnej, jest bardzo atrakcyjny dla czytelnika i tworzy bliską relację między odbiorcą a Zofią Glavani (de Witt, Potocką).

Ewa Stachniak, Ogród Afrodyty, tłum. autoryzowane Bożenna Stokłosa, Znak, Kraków 2013.
Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - luty: tyłem

piątek, 13 lutego 2015

Gdzie mieszkał Himmler, a Vondráčková miała wesele – pierwsza wizyta w zamku Kostka

Ostatnia arystokratka Evžena Bočka bezdyskusyjnie jest książką zabawną. Nie jest to humor wysokich lotów, ale ten, który wywołuje następujące raz po raz salwy śmiechu. Przerysowane, jednowymiarowe postacie, spośród których wyróżnia się tylko narratorka Maria, mają jeden cel – rozbawić czytelnika, na przykład tego, który późnym popołudniem, zmęczony, wraca autobusem do domu. To książka idealna do czytania w każdej sytuacji – niewielka objętościowo i lekka w odbiorze, nie wymaga skupienia, a jest doskonałym zastrzykiem pozytywnej energii.
Źródłem powieściowego humoru w największej mierze są właśnie bohaterowie – wyraziści, pełni słabości, cierpiący na problemy z porozumiewaniem się z innymi.
Frank Kostka – profesor literatury, nierzucający się w oczy Amerykanin arystokratycznego pochodzenia. To jego czeskie korzenie i odzyskany po okresie komunizmu zamek Kostka są przyczynkiem akcji powieści – czyli porzucenia amerykańskiego życia na rzecz przeprowadzki do rodowego majątku w Europie. Jego główne zajęcia to: rzucanie psom kapci dla turystów, badanie archiwum w poszukiwaniu największych rodowych marnotrawców i liczenie pieniędzy.
Vivien Kostka – Amerykanka, która uważa, że skoro jest arystokratką, to może zachowywać się jak księżna Diana i nie zważać na koszty tych zachowań. Zaczytuje się w biografiach swojej idolki i niezbyt przykłada się do nauki języka czeskiego.
Maria – narratorka  powieści, nad którą wisi widmo rychłej śmierci (wszystkie – czyli dwie –  dziewczęta o tym imieniu w rodzie Kostków nie dożywały 20 lat). Maria próbuje godzić interesy wszystkich stron, pomaga kucharce, a kiedy ta się upije, stara się ją zastąpić. Szuka pomysłów na zdobycie pieniędzy i pokornie przyjmuje pomysły Milady, zatrudnionej jako menedżerka zamku.
Pracownicy na zamku, których zastali Kostkowie, gdy do niego dotarli, to kucharka i sprzątaczka w jednej postaci, ogrodnik nazwany przez narratorkę panem Spockiem oraz kasztelan Józef. Pierwsza z tej palety zamkowych osobliwości, pani Cicha, gotuje dobrze i tłusto, a także robi doskonałą orzechówkę, którą regularnie się raczy. Drugi to hipochondryk z muzycznymi aspiracjami – teksty jego własnych utworów dotyczą najczęściej aktualnego schorzenia, na które się uskarża. I pan Józef – zamkowa wisienka na torcie: chodzi w brudnym szlafroku, na wszystko narzeka, a turystów uważa za plagę egipską. Na myśl o weselu Vondráčkovej dostaje konwulsji, dobrze natomiast wspomina te okresy w dziejach zamku, gdy był on zamknięty dla turystów – za tę decyzję chwali Himmlera.
Są też zwierzęta (nie liczę tych wypchanych): przywieziona z USA kotka Caryca (na czas lotu musiała zostać uśpiona) i dwa wielkie głupie dogi, których tresura kończy się na przywiązaniu do nieruchomych elementów wystroju komnat.
Kostkowie przyjeżdżają z USA i... nie mają za co utrzymać swojej posiadłości. Pracownicy żądają wypłat, mama Kostka wciąż dzwoni do koleżanek za oceanem, dług u prawnika rośnie. Jak temu zaradzić? Mimo protestów pana Józefa (pani Cicha też protestowała, przerażona koniecznością częstszego mycia toalet), decyzja zapadła – trzeba sprowadzić turystów. W ten sposób rozpoczyna się akcja pt. „święta arystokracji” – absurdalne wyreżyserowane wydarzenie, które całkiem dobrze się sprzedało. Od tej pory przygotowywany jest szeroko zakrojony plan przeobrażenia zamku, związany z niechybnym ośmieszeniem członków rodziny hrabiowskiej (nic to, skoro ludzie chcą płacić za ten cyrk). Brak środków stał się motywacją do zorganizowania świniobicia czy zaproszenia dziennikarzy na sprzątanie zamku (czyszczenie toalet czy kominków przez potomków arystokratycznego rodu nie zostało pominięte). Powieść, która jest pierwszą częścią perypetii bohaterów, kończy się tuż przed finalizacją zmiany Kostki zaniedbanej w Kostkę zarabiającą. To na tyle obiecujący moment, że już z niecierpliwością czekam na drugą część ;-).
Podczas czytania tej książki zaczęłam się zastanawiać, dlaczego tak mało w literaturze jest przedstawicieli powieści zabawnych. Jak sięgnę pamięcią wstecz, znalazłyby się dobre sceny humorystyczne w książkach dla młodzieży (a w zasadzie dla dziewcząt), na przykład u Musierowicz czy Ewy Nowak. Pogrzebać można by było także w satyrycznym humorze Magdaleny Samozwaniec. A dalej co? Dorosły czytelnik nie potrzebuje się śmiać? Ostatnia arystokratka na pewno spodoba się tym, którzy nie mają nic przeciwko literackiej rozrywce w czystej postaci.

Za książkę dziękuję wydawnictwu
http://stara-szkola.com/
Evžen Boček, Ostatnia arystokratka, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015.

poniedziałek, 9 lutego 2015

Brak relacji z pola, czyli „Na polu chwały” Sienkiewicza

Pierwsza powieść z zarzuconej przez autora drugiej trylogii, której akcja dzieje się w XVII wieku, może zawieść czytelnika. Po takim tytule spodziewać się mógł relacji z bitew, a po opisie z okładki w wydaniu Pulsu – porządnego kawałka historii. Z powieści Sienkiewicza wyłania się zamiast tego obraz drobnej szlachty, zamieszkującej bory w okolicach Radomia. Szlachty, której w głowie drobne potyczki, do której staje w obronie czci swojej i kobiet. Gdzieś w tle słychać o minionym triumfie Sobieskiego pod Chocimiem, a akcja powoli zmierza do kolejnych przygotowań wojennych – przegląd wojsk króla przed wyprawą na odsiecz Wiedniowi kończy powieść, którą trudno nazwać – jak to bywa z innymi książkami autora – monumentalną.
Odbiorca, który trochę już zna Sienkiewicza, bez problemu odnajdzie się w schematach postaci. Jacek, który miał być chyba głównym bohaterem powieści, ale autorowi coś nie wyszło, to taki dumny, choć zubożały szlachcic, który się zakochał i chce zapomnieć o Ani (ma dumę Kmicica, umiejętności władania szablą Wołodyjowskiego, a marną sytuację finansową, jak, nie przymierzywszy inny Jacek autorstwa polskiego wieszcza, Mickiewicza). Ania, zubożała szlachcianka, która ni z tego ni z owego stała się główną postacią w książce, doznaje wielu krzywd od tych, którzy mówią, że chcą o nią dbać, a poza tym o jej względy walczy kilku chłopa. To taka Oleńka z Potopu – ładna i słaba fizycznie, jednocześnie zawzięta i uparta. Kontakty Ani z Marcjanem Krzepeckim są dziwnie podobne do sytuacji, w jakiej znalazła się Oleńka na dworze Bogusława Radziwiłła. Podobna też jest ucieczka obydwu dziewcząt, którym groziła „hańba” ze strony silnych i obleśnych mężczyzn. No i jeszcze bracia Bukojemscy, wprost wyjęci z Potopu, nieco przygłupi, choć zacni, Kiemlicze, tyle że w Potopie było ich dwoje, a w Na polu chwały – czworo.
W posiadanym przeze mnie wydaniu powieści irytował mnie brak korekty. Najeżona błędami pisowni łącznej książka zaprzecza naukom rodziców: „czytaj, to szybciej nauczysz się ortografii”. Co jest archaizmem, to jest – rzecz zrozumiała. Zupełnie czym innym jest natomiast patrzenie na takie zapisy jak: oddawna, nietylko, odrazu, (tego u mnie) niema, napewno, zdala, ztyłu. Książka może i nie najgorsza, a gdyby nie te fatalne błędy zapisu, nawet dobrze by się ją czytało, jednak brakuje w niej odniesienia do tytułu. Dodatkowo czytelnika, który chciał bitew, zirytować może przesunięcie, jakiego dokonał autor, gdy Ania z postaci drugoplanowej staje się główną bohaterką książki. Nie ma się zatem co dziwić, że Na polu chwały nie należy do popularnych powieści Sienkiewicza.

Henryk Sienkiewicz, Na polu chwały. Powieść historyczna z czasów króla Jana Sobieskiego, wyd. Puls, Londyn 1995.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu: Z literą w tle – luty: H