sobota, 31 stycznia 2015

Podsumowanie stycznia

W tym miesiącu poczułam się wyróżniona przez autora, i to nie byle jakiego, bo przez Rafała Ziemkiewicza. Moją recenzję pt. (Nie)medialna analiza Ziemkiewicza, dotyczącą jego książki Jakie piękne samobójstwo, autor zalinkował na twitterze i facebooku:

Chwalę się, bo to pierwszy raz, gdy sam autor zwrócił uwagę na napisaną przeze mnie opinię o książce. Zaskoczenie było tym większe, że o zalinkowaniu dowiedziałam się od kolegi i absolutnie nie wiedziałam, o co mu chodzi ;-).

Styczeń był niezłym miesiącem, jeśli chodzi o moje czytanie (5 recenzji, a dwie książki czekają na wpisy). Wzięłam udział w wyzwaniach: Grunt to okładka oraz Z literą w tle. W ramach pierwszego przeczytałam trzy książki, a w ramach drugiego - dwie. Spośród przeczytanych najbardziej cieszę się z Łuku Triumfalnego - powieść od dawna była na mojej liście "do przeczytania" i wreszcie przyszła na nią kolej. Czas dla niej poświęcony to była czysta przyjemność, choć książka nie należy do tematycznie lekkich lektur, jednak czyta się ją wspaniale.

środa, 28 stycznia 2015

Mamo, poradzę sobie sama, czyli „Klub Matek Swatek” Ewy Stec

Z książką Ewy Stec jest tak: łatwa, lekka i przyjemna. Fabułę, której groziła sztampa, ratuje wątek kryminalny. Nie można też pominąć wpływu naprawdę świeżego humoru językowego, jaki oferuje autorka tej książki. Całość to pozytywna lektura odstresowująca. Dobrze, że zignorowałam zniechęcającą notatkę wydawcy na okładce („Czy intrygi Klubu Matek Swatek nie zniszczą rodzących się uczuć?” – nie cierpię takiego tonu) i książkę przeczytałam.
Rzecz wygląda następująco: ponadtrzydziestoletnia Ania wyprowadza się od rodziców i chce rozpocząć swoje niczym niezmącone życie singielki. Nie należy do tych zagorzałych, po prostu nie bardzo układają się te jej związki. Mama jest przerażona. Nie tylko wyprowadzką, ale także wizją samotnej starości córki. I, pokierowana przez palącą jak smok Danutę, trafia do Klubu Matek Swatek – firmy, do której zgłaszają się matki zaniepokojone staropanieństwem/starokawalerstwem swoich dzieci.
Prawdę powiedziawszy dużo lepiej skonstruowany jest ten wątek powieści, który dotyczy działalności KMS niż ten nieco ckliwy, dotyczący Ani (nauczycielki, która właśnie poznała policjantów Marka i Wiktora). Choć, na szczęście, dużą dozą humoru osobowość Ani przyprawia jej przyjaciółka Matylda, zwariowana Mulatka, pół góralka, pół Jamajka, szkolna pedagog.
Ania, jak na główną bohaterkę książki, jest dosyć bezbarwna, w przeciwieństwie do otaczających ją osób, na przykład Jadwigi (pracowała w wywiadzie), Danuty (która, czasem oprócz papierosa, odpala także samochód) czy wspomnianej już Matyldy. Podobnie jest z matką Ani, Beatą. Więcej życia ma jej matka, starsza pani opanowana sklerozą i działająca w pomocy cmentarnej (bardzo sprawnej zresztą).
Jak się okazuje, Ania swatów nie potrzebuje i radzi sobie z wyborem odpowiedniego faceta. Po zwariowanych perypetiach, porwaniu i akcji na cmentarzu, wszystko kończy się oczywiście szczęśliwie, a niedobory w budowie głównych charakterów zakrywają te drugoplanowe – naprawdę niezłe.

Ewa Stec, Klub Matek Swatek, wyd. Otwarte, Kraków 2011.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - styczeń: w dłoniach

czwartek, 22 stycznia 2015

(Nie)medialna analiza Ziemkiewicza

Nie trzeba się długo zastanawiać, żeby dostrzec ograniczony czas, jaki w mediach można poświęcić jednemu tematowi. W krótkiej, 30-sekundowej wypowiedzi eksperta ma zmieścić się wszystko, co ma do powiedzenia. No cóż. Niemożliwe. Dlatego telewizja, zwłaszcza ta mainstreamowa, karmi odbiorców takimi okrojonymi puentami bez podania argumentów. Puentami płytkimi i przewidywalnymi, bo przecież nie opłaca się wchodzić w szczegóły, skoro i tak w montażu wypowiedź zostanie pocięta. Stąd rodzą się takie standaryzowane wyjaśnienia-wytrychy, jak „popełnił zbrodnię, bo pochodzi z patologicznej rodziny” czy „ma żydowskie pochodzenie, więc wolno mu więcej i trzeba go słuchać”.
Książka Rafała Ziemkiewicza, pt. Jakie piękne samobójstwo to moje pierwsze spotkanie z tym publicystą. Spotkanie, z którego jestem zadowolona, bo autor tego opracowania przyczyn polskiej klęski nie ucieka się do prostych odpowiedzi, nie daje krótkoterminowych recept i tylko pod koniec obszernej, prawie 400-stronicowej książki, delikatnie odnosi się do swojego spojrzenia na współczesną politykę. Dzięki temu, że Ziemkiewicz nie jest naukowcem i już zaistniał w mediach jako szanowany twórca opinii, książka miała szansę przełamać dyskurs o II wojnie światowej. Jednak, czego Ziemkiewicz nie przewidział, wpadła w medialne tendencje jak śliwka w kompot. Sam autor we wstępie zaznacza, czym ta książka nie jest, odwołując się do jej podsumowań i streszczeń, które pojawiły się w mediach jeszcze przed premierą. Przeczytałam, więc wiem, że nie jest to książka o tym, że we wrześniu 1939 roku trzeba było się dogadać z Hitlerem. Jest to głęboka analiza faktów, z której wynika, że zarówno Rosja, jak i Wielka Brytania, wodziły Polskę za nos, a przymierze z Hitlerem, wzorem innych państw Europy Środkowej, pozwoliłoby uniknąć wyczerpania kapitału społecznego. Poza tym, mimo że Polska podczas wojny była po stronie aliantów, i tak została potraktowana surowiej niż państwa, które, jako sprzymierzone z Niemcami, wojnę przegrały. Zdaję sobie sprawę z tego, że i tak mocno upraszczam sprawę. Coś, co autor miał na myśli i potrzebował do tego gęsto zapisanych 400 stron, nie da się streścić w dwóch zdaniach i nie to jest moim celem. Kolejny dowód na to, że pytanie „co autor miał na myśli?” da się wyrazić tylko użytymi przez autora słowami. Parafraza jest do niczego.
Nie lubię książek historycznych. Ziemkiewicz tą poważną publicystyką (choć napisaną genialnym, lekkim językiem) każe mi się ponownie nad tym zastanowić. To nie jest jednak typowa lekcja historii, to diachroniczna analiza problemu, w której autor nie boi się sięgnąć do czasów Polski szlacheckiej, Unii Lubelskiej i rozbiorów. Nie boi się powiedzieć w ostrych słowach, że powstanie styczniowe, traktowane jako mit założycielski II RP, było straszną klęską. Wyraźnie zestawia cierpiętnicze podejście Polaków z tchórzliwym Francuzów i wprost mówi, kto lepiej wyszedł na jakiej postawie. Wyjaśnia powody, dla których Polacy nie są poważnie traktowani na arenie politycznej i dlaczego nie pamięta się o ich zasługach (Monte Cassino, bitwie o Anglię i paru innych, także wcześniejszych wydarzeniach). Mówi o tym, że Polakom, szukającym wciąż poparcia na Zachodzie, brakuje szacunku do samych siebie. Nie da się ukryć, że coś w tym jest. Nie ucieka do eufemizmów, opisując na przykład Churchilla czy Sikorskiego. Poucza, żeby „zamiast narracji o II wojnie światowej napisać historię tej wojny. I czytać tę historię tak, jak się dziś czyta historię wojny peloponeskiej – jako splot uczynków zarówno po jednej, jak i po drugiej stronie wyrachowanych, często nikczemnych, małych i głupich, choć chwilami też bohaterskich i szlachetnych” (s. 396).
Poza porzuceniem resentymentów jestem Ziemkiewiczowi wdzięczna za oddzielenie dwóch pojęć: historii i narracji na temat historii. Mam nadzieję, że dzięki tej obszernej wypowiedzi publicystycznej problem budowania mitu i świadomość, że dyskurs jest tworzony przez społeczności, a nie istnieje sam z siebie, będzie zrozumiały dla większego odsetka osób. 

Rafał A. Ziemkiewicz, Jakie piękne samobójstwo, Fabryka Słów, Lublin 2014.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniach: Z literą w tle – styczeń: R 
oraz Grunt to okładka – styczeń: w dłoniach

wtorek, 13 stycznia 2015

Zwiedziona zapachem przez Süskinda

Powieść Pachnidło tego niemieckiego pisarza sprawia, że nawet czytelnik o słabym węchu zaczyna czuć więcej, niż przed lekturą książki. Niepokój oraz zło, które towarzyszą pojawieniu się głównego bohatera, Jana Baptysty, na kartkach książki, nie znika aż do końca. Pełna zapachów i zbrodni o nietypowym motywie powieść przykuwa odbiorcę wielością wrażeń zmysłowych, jakich trudno szukać w innych powieściach. Nie jest trudno mówić o obrazach, a tym bardziej o literaturze. Jednak werbalizowanie sztuki zapachu, muzyki czy smaku, nie jest oczywiste. Tą nieoczywistością zaskakuje Süskind oraz jego tłumaczka, Małgorzata Łukasiewicz, która stanęła przed nie lada wyzwaniem.
Główny bohater, chłopak, a później młody mężczyzna, garbaty i kulejący, nie budzi w odbiorcy ani sympatii, ani współczucia. Fakt, jest oflaktorycznym, „zapachowym” geniuszem, ale jego życie zmierza ku osiągnięciu celu, u podłoża którego leżą zabójstwa. Coś obrzydliwego tkwi nie tylko w nim, ale w całej smrodliwej rzeczywistości XVIII-wiecznych francuskich miast. Jednak opisy na przykład Paryża od jego zapachowej strony są niezwykłe, przenoszą w inną epokę tak, jak relacje z historycznych balów czy pokazowych straceń.
Jan Baptysta, którego zachowanie, zwłaszcza podczas siedmiu lat życia w górach, bliskie jest zwierzęcemu, ucieka od kary wymierzonej przez sąd. Posiadł taką władzę nad zapachami, że jest w stanie kierować wrażeniami innych ludzi, staje się władcą tłumu. Tym samym osiągnął to, nad czym pracował ponad rok i do czego przygotowywał się całe życie. Stworzył pachnidło zamieniające człowieka w obiekt powszechnego uwielbienia. Gdyby miał ambicje władcy, mógł za pomocą tego pachnidła osiągnąć absolutnie wszystko. Jednak, co narrator podkreśla wielokrotnie, Jan Baptysta nie był postacią wybitną umysłowo, interesowały go tylko zapachy i władza nad ich percepcją. Tym samym, gdy udało mu się skomponować zapach uwielbianego ciała, zrealizował swój życiowy cel i, niedługo po obalonym prawomocnym wyroku sądu, sam oddał się sprawiedliwości. Dla niego życie było już skończone, choć mógł zarobić fortunę, tworząc zapachy dla najbogatszych.
Lektura Pachnidła była dla mnie powrotem do książki, którą poznałam kilka lat temu. Powrotem na pewno udanym. Książka tak nasycona wrażeniami zmysłowymi jest ciekawa poznawczo, zwłaszcza, że nie gra na żadnych sentymentach, co w moich oczach najczęściej podnosi jej walor. Pachnidło zachwyca sposobem, odkrywczą metodą pisarza oraz konstrukcją fabuły, ale nie ucieka się do wzruszenia odbiorcy. Mogłoby to przytłumić te fascynujące węchowe wrażenia, jakie pozostają po lekturze powieści Süskinda.

Patrick Süskind, Pachnidło. Historia pewnego mordercy, tłum. Małgorzata Łukasiewicz, Świat Książki, Warszawa 2006

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - styczeń: w dłoniach

sobota, 10 stycznia 2015

Niepokój w cieniu Łuku Triumfalnego

A już się wystraszyłam, że Łuk Triumfalny zakończy się happy endem. Myślę, że książka tak dobrze skonstruowana, wiele by na tym straciła. Zaczyna się śmiercią i kończy się śmiercią, główny bohater był sam w tłumie i po roku akcji taki pozostaje. Bohaterowie podążają na swoich orbitach w mniejszej lub większej odległości od tytułowej zwycięskiej budowli. Opis na okładce w wydaniu Czytelnika mógłby sugerować, że Łuk Triumfalny to opowieść o miłości, co wydało mi się lepem na sentymentalnego odbiorcę.
Erich Maria Remarque (Remark), pisarz niemieckiego pochodzenia, napisał powieść, w której każdy element świata przedstawionego drży przed wybuchem II wojny światowej, czającym się w zakamarkach pomieszczeń i w umysłach ludzi. Książka, najpierw wydana po angielsku, a następnie po niemiecku, powstała po wojnie i okazała się sukcesem czytelniczym. Odpowiada na pytania o to, czy można było przewidzieć społeczny i polityczny kataklizm, jakim były działania zbrojne w latach 1939-1945. Narrator mówi, że można to było dostrzec po niepokoju, jaki panował między ludźmi i po zmianach w miastach, przyjmujących nielegalnych uchodźców.
Akcja dzieje się w Paryżu i klimat tego miasta, jego zabytki i burdele, zostały w powieści oddane wręcz filmowo. To szeroka panorama ludzi, miejsc, potraw i trunków. Paryż żyje nocą, a w dzień śpi. Nic dziwnego, że zawiązanie akcji – poznanie lekarza z aktorką – ma miejsce właśnie pod osłoną nocy. On – Niemiec, ona – Rumunka, ludzie, których nic nie łączy oprócz tego, że oboje są uchodźcami. Są różni, spotykają się, najczęściej przypadkowo, w ciągu trwania akcji powieści. Łączy ich uczucie, które nazywają miłością, ale każde z nich prowadzi swoje życie i nie może się związać na stałe. Wątek romansowy, zawarty w powieści, ma ukazać rozsypywanie się tzw. przedwojennego świata. Podobnie wprowadzenie do akcji kobiety chorej na nowotwór ma na celu wskazanie psucia się od wewnątrz stworzonego po I wojnie światowej porządku. Przypadek tego lekarza, posługującego się przybranym nazwiskiem Ravik, daje obraz problemów, z jakim borykają się wykształceni ludzie bez prawa pracy poza granicami swojego kraju. Jest także pretekstem do pokazania różnych osobowości tkwiących w skórze jednego człowieka. To, do czego jest zdolny, zaskakuje czytelnika. Podczas wojny, która ma się rozpocząć lada dzień, takich zachowań będzie więcej.
Łuk Triumfalny, podobnie jak poezja Czechowicza w dwudziestoleciu międzywojennym, interpretuje niepokoje związane z przygotowywaniem się świata do wojny. Techniczną przewagą Remarque’a względem katastrofistów stało się napisanie tej książki już po doświadczeniach wojennych, co jednak nie umniejsza jej istotności. Pozycja znaleziona na pabianickim rynku w stosie kryminałów, wytargowana za 5 zł, zajmuje miejsce na przepełnionych półkach, ale na to miejsce w pełni zasługuje.

Erich Maria Remarque, Łuk Triumfalny, tłum. Wanda Melcer, Czytelnik, Warszawa 1997
 Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą w tle - styczeń: R

poniedziałek, 5 stycznia 2015

Nienacki zaangażowany ideologicznie

Czy wiedzieliście, jak bardzo problematyczna ideologicznie jest proza Nienackiego? Tego od Pana Samochodzika? Z artykułu Marcina Sendeckiego, zamieszczonego w grudniowym numerze „Książek”, dowiedziałam się, że cykl, w którym zaczytywałam się jako podlotek (albo wcześniej, mniej więcej w wieku 9-12 lat), nad którym spędzałam wakacje, jest tworem PRL-owskim, pisanym praktycznie pod igłę systemu, a sam Nienacki z władzą dobrze sobie układał. Począwszy od „Wyspy złoczyńców”, śledziłam bohaterów harcerzy, a wydarzenia z przeszłości, o których wspomina narrator, ułatwiały mi naukę historii, która szła opornie, nawet bardzo. Mam na myśli choćby hołd pruski, czy inne fakty, które dzięki książkom mogłam kojarzyć z mapą Polski.
Czy poprawność zachowania bohaterów, przestrzeganie przepisów (biwakowanie tylko w wyznaczonych miejscach) i aktywne uczestnictwo w życiu społecznym (harcerstwo, koła zainteresowań, Liga Ochrony Przyrody) są czymś strasznym, co nie powinno być przekazywane młodemu pokoleniu? Przecież ja widziałam wtedy w tych książkach dobrą przygodę, dziecko nie zastanawia się nad ideologicznymi implikacjami i powiązaniami głównego bohatera z ówczesną władzą. Czy to źle? Czy Nienacki zrobił mi wodę z mózgu, bo wypożyczałam z biblioteki jego książki pod koniec lat 90.?
Artykuł Sendeckiego Pan Samochodzik i otchłań, czyli jak się nie przejechać z panem Tomaszem, jest na pewno wartościowym zbiorem informacji na temat dalszych losów cyklu – w tym masowej produkcji, inspirowanej głównym zarysem stworzonym przez Nienackiego we wsparciu ze wszystkimi innymi, którzy pisali dla niego. To wszystko jest przykre i pewnie powrót do książek Nienackiego nie miałby tego smaku, który miały pierwsze spotkania. Pewnie teraz, gdy przybyło mi trochę lat, irytowałoby mnie ideologiczne zaangażowanie powieści, do których nigdy już nie wróciłam. Tak właśnie pisze Sendecki: „flagowe dzieło [Nienackiego], które przy rewizycie wygląda coraz bardziej paskudnie”. Jednak czy jest szkodliwe dla młodego czytelnika?
 
Marcin Sendecki, Pan Samochodzik i otchłań, czyli jak się nie przejechać z panem Tomaszem, „Książki” 4 (15)/2014, s. 62-63.

piątek, 2 stycznia 2015

Życie jako szum – Magdalena Tulli

Tomasz Mizerkiewicz w recenzji Szumu („Nowe Książki”, 12/2014) mówi o tym, że Magdalena Tulli otworzyła nowy rozdział w literaturze polskiej, dotyczący kwestii pisania o życiu po doświadczeniu obozów koncentracyjnych. Po głoszeniu nieodwołalności wpływu przeżycia Holocaustu i niemożliwości wyzbycia się wspomnień, u Tulli pojawiają się dwie kobiety, które, choćby powierzchownie, radzą sobie z przeszłością. Za wszelką cenę „trzymają fason”. To, co one wyparły, ich cierpienie i strach, znalazło dla siebie ujście w ich dzieciach. Wyśmiewana dziewczynka, która przyjaźni się z wyimaginowanym lisem, a w snach karmi cukrem esesmana, córka jednej z sióstr, jest narratorką tej wciągającej powieści.
Główna bohaterka prowadzi narrację retrospektywną, w której sen miesza się z jawą, a przeszłość z teraźniejszością. Znaczną część książki zajmuje próba zrelacjonowania oraz zdiagnozowania problemów szkolnych narratorki, mających swoje źródło nie tylko na braku wytrwałości w odrabianiu lekcji, ale przede wszystkim na toksycznych rodzinnych relacjach społecznych. Dziewczynka, która nie znajduje wsparcia tam, gdzie oczekuje je spotkać, akceptuje to, że jest wyśmiewana i poniżana w szkole. Więcej – nawet w czasach licealnych trudno jej było uwierzyć, że ktoś płci męskiej może być nią zainteresowany.
W toku snucia opowieści czytelnik dowiaduje się, że nad rodziną narratorki ciąży brzemię, które ukształtowało tę kobietę. Niewidoczne, ale wyczuwalne w oschłości i dbałości o pozory, brzemię obozów koncentracyjnych. Jego centrum znajdowało się nad stołem, przy którym poruszanie tematów wojennych było surowo zabronione, a wszelkie odstępstwo od reguł – ostentacyjnie ignorowane lub skutecznie tępione.
Obok doświadczenia II wojny światowej i nienawiści do Niemców, niezwykle istotny jest problem samospełniającej się przepowiedni. Narratorka nie może uznać swojego życia (przynajmniej przez pryzmat przytaczanych wątków) za szczęśliwe. Jej małżeństwo z nieakceptowanym przez rodzinę mężem się rozpadło, matka zmarła, a strachy dorastania nie opuściły. Zawsze słyszała o swojej odmienności, niezdarności, była karana surowiej od innych. I taka też się stała – bardziej niezdarna niż rówieśnicy, podatna na krytykę, otwarta na cięgi, zadawane przez innych.
Jeszcze inny problem zaznaczony w powieści to znaczenie relacji panujących w domu oraz wpływ historii rodziny na następne pokolenia. Wiszące w powietrzu, ale niewypowiedziane zaszłości, kształtują młodych tak samo, jak to, co wypowiedziane głośno. Lub, jak odbywało się to w domu narratorki, z odpowiednim, akceptowanym, natężeniem głosu. Brak oparcia w matce, nieobecność ojca i zawsze we wszystkim lepszy kuzyn, to piramida, która narosła wokół dziewczyny – pod koniec książki właśnie rozwiedzionej kobiety, matki dwojga dorosłych synów.
Przez całą książkę narratorce towarzyszy lis. Jej przyjaciel, substytut bliskiego człowieka, który w pewnym momencie życia zamienia się w Rudego, męża, próbującego nauczyć ją szacunku do samej siebie. Po rozwodzie lis znów pojawia się w swojej zwierzęcej postaci w scenie sądu nad kobietą. To on jest sędzią i dba o wysłuchanie wszystkich relacji z życia narratorki. Ta alegoryczna scena ukazuje walkę z ofiarą w każdym z pokrzywdzonych – nie tylko w narratorce, ale we wszystkich bardziej dosłownych uczestnikach Holocaustu. Spotykają się tam nauczycielka ze znienawidzonej szkoły, esesman, ludzie spaleni żywcem. Toczy się proces.
Magdalena Tulli
Źródło: http://lodz.gazeta.pl
Wyjaśnienie należy się także tytułowi powieści. Słowo „szum” jako określenie życia pojawia się w jednej z wyśnionych rozmów telefonicznych. W taki sposób zmarła, która podniosła słuchawkę, nazywa otoczenie i wszystkie problemy żywych. Jednak nie da się przeoczyć tego, że szumem, czyli zakłóceniem, jest także brzemię Holocaustu, wiszące nad narratorką i hamujące jej rozwój. Szum to także szmer niewypowiedzianych rozmów oraz wszystkich wygłoszonych drwin, składających się na niemożliwy do zrozumienia odgłos.
Do tej pory nie przeczytałam jeszcze Włoskich szpilek, ale zapoznałam się z pierwszą powieścią Tulli, pt. Sny i kamienie. Choć Szum jest zdecydowanie narracyjny, to zawiera w sobie ten sam oniryzm, właściwy traktatowi o mieście. Jest to styl naprawdę godny uwagi.

Magdalena Tulli, Szum, Znak, Kraków 2014