wtorek, 29 grudnia 2015

Trzecie urodziny

To był rok zmian. Znów, podobnie jak ubiegły, był to rok, kiedy rzeczywistość mocno zredukowała plany czytelnicze. Blog dzisiaj właśnie kończy trzy lata. 2015 był może niezbyt obfity czytelniczo, ale wniósł mnóstwo zmian do mojego życia. Był to rok ważnych decyzji i domowych rewolucji. Tym razem nie obiecuję ani sobie, ani Wam, że w przyszłym przeczytam więcej. Na 2016 rok mam wielkie plany, a ponadto ogarniam małego człowieka, zatem czasu na czytanie jest mało i pewnie nieszybko będzie więcej.
Przeczytanych książek: 30 (niestety, tylko)
Największy sukces: zauważenie mojej recenzji Jakiego pięknego samobójstwa przez Rafała Ziemkiewicza na jego facebookowym profilu
Inne informacje: podjęcie współpracy ze Starą Szkołą, wydawnictwem W.A.B i portalem Sztukater. 

Jeśli coś jeszcze sobie przypomnę i będę miała czas, żeby to dodać, dodam z pewnością.

piątek, 25 grudnia 2015

Satyrycznie i toksycznie, czyli „Ekożona” M. Viewegha

Kolejna czeska książka, którą wydawnictwo Stara Szkoła postanowiło wprowadzić na regały polskich domów. I dobrze, bo Ekożona Michala Viewegha to kawałek całkiem dobrej satyry. Humorystyczna, a jednocześnie, jak to w satyrze bywa, lekko drażniąca fabuła, nadaje tej książce wyjątkowego rysu. Do tego świetnie poprowadzona narracja, za którą stoi najbardziej irytującą postać w książce, świadczy o odwadze autora, który zdecydował się na ten ryzykowny zabieg (zazwyczaj czytelnik, gdy trafia na pierwszoosobową narrację, lubi utożsamiać się z osobą mówiącą; Viewegh wyklucza możliwość, by ktokolwiek miał taką motywację czytelniczą). To kwestie formalne, które literacko wyróżniają Ekożonę.

On – poczytny pisarz w średnim wieku, ona – młoda i zahukana bibliotekarka – taki układ panuje w pierwszej fazie związku Mojmira i Hedviki. Istny Kopciuszek. Sytuacja zmienia się, gdy kobieta poznaje doulę, bezimienną narratorkę i komentatorkę życia rodzinnego, w które wlazła ze swoimi buciorami, zamieszkując z Mojmirem i Hedviką na siedem lat. Logiczne jest, że to układ praktycznie niemożliwy, że nikt nie zgodziłby się na wieloletnie zamieszkiwanie w jednym domu z obcą i dosyć zgryźliwą kobietą, która w żonie właściciela trafiła na podatny grunt i chęć poddawania się feministycznym eksperymentom. Pan domu z księcia z bajki przemienia się w Sinobrodego, przynajmniej tak relacjonuje to stronnicza doula. Mojmir zaciska zęby i, mimo okresów załamań, jakoś sobie radzi z tym, że doula, ogród czy organizacje, w które Hedvika się zaangażowała, są ważniejsze od niego, sponsora wszystkich dziwactw i zachcianek.
Nadmiar pomysłów Hedviki, a do tego postać douli, zabierającej resztki czasu, który żona mogłaby poświęcić mężowi, sprawiają, że czytelnik nie ma wątpliwości – wpadł w satyryczne sidła dobrego, czeskiego humoru. Do tego igły ironii trafiają w narracji douli – bezdzietnej kobiety, która woli mieszkać z Hedviką i Mojmirem niż z własnym mężem – tylko pozornie wyłącznie w stronę Mojmira-Sinobrodego. Tak naprawdę czytelnik nie dziwi się, że ten człowiek ma po prostu dosyć, choć jego ciągłe powroty do zwariowanego układu rodzinno-towarzyskiego świadczą o tym, że miłość do żony i dzieci jest silniejsza niż uzasadniona niechęć do duchowej kierowniczki Hedviki, za jaką uważa się doula. Ta złośliwa kobieta, która zdaje relację z kilkuletniego związku pisarza i bibliotekarki-feministki, ośmiesza swój upór oraz niechęć do mężczyzn. Natomiast Hedvika, najsłabsze ogniwo układu, jest emanacją podatności na wpływ otoczenia, choć doula zdaje się tego nie zauważać. Młoda kobieta, która wywołuje całe zamieszanie, tak naprawdę poszukuje akceptacji innych ludzi. Jest to przyczyna łatwego ulegania nowym trendom. Ponadto Hedvika dobrze czuje się wśród osób o wyrobionych poglądach, ponieważ ci nie widzą potrzeby pytać o jej podejście do spraw, którym orędują. Mojmir, skoro jej potakuje i daje wolną rękę w działaniu, musiał zejść na dalszy tor w starciu z ludźmi, podsuwającymi jego żonie gotowe rozwiązania – a to naturalny ogród, a to Centrum Matki i poradnię laktacyjną, homeopatię czy buddyzm. Efektem jest zapracowana Hedvika, rozdarta pomiędzy domem, ogrodem, dziećmi i wszystkimi "ekologicznymi" organizacjami, która nie ma chwili dla swojego męża. Michal Viewegh doskonale szkicuje obraz rodziny, a następnie wyostrza jego kontury – przy całej fascynacji naturą i ustalonym przez nią porządkiem, Hedvika odsuwa na coraz odleglejsze miejsca na liście priorytetów swojego męża, żywiciela rodziny. Czy w naturze mężczyzna chciałby cały czas opiekować się taką żoną i łożyć na jej zachcianki? Czy to naturalne, że kobieta nie zauważa swojego męża, bo ważniejsze są dla niej organizacje i stowarzyszenia? Jak to więc bywa z tą ekofascynacją?

Za książkę dziękuję wydawnictwu
http://stara-szkola.com/ 
Michal Viewegh, Ekożona, tłum. Mirosław Śmigielski, wyd. Stara Szkoła, Wołów 2015
Opinio-analiza bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - grudzień: roślinność

niedziela, 13 grudnia 2015

Zmierzch Grocholi?

Jak leżałam w szpitalu, dostałam do poczytania gazetę. „Olivia”, no cóż, może być, choć to zupełnie nie moja bajka.
Przejrzałam i trafiłam na opowiadanie Grocholi. Pomyślałam, czemu nie, w końcu Grochola pisze lekko i zabawnie. Niestety to był jakiś dramat. Błahe jak harlequin, fabuły brak, suspensu próżno szukać, a główna bohaterka jest lotna jak blondynka z dowcipów. Do tego wszystkiego facet, który pisze ckliwe opowiadania do kobiecego pisma, występując pod żeńskim pseudonimem. Trochę za dużo tej słodyczy.
Czego spodziewałam się, otwierając gazetę na opowiadaniu Grocholi? Dobrego żartu w stylu Nigdy w życiu, gdzie także błaha historia została opisana naprawdę śmiesznie. Tu jednak wymuszony styl i absolutna klapa pod względem treści. Smutne, że Grochola straciła polot.

Katarzyna Grochola, Zmierzch poranka, „Olivia” grudzień 12/2015, s. 158-161

sobota, 5 grudnia 2015

Znów blogowy zastój

Udało mi się znaleźć chwilę, żeby zalogować się na blog. Mam przygotowany zarys dwóch drobnych wpisów, ale na razie wszystko musi poczekać. Pod koniec listopada w moim życiu pojawił się ktoś, kto mnie bardzo potrzebuje, więc inne plany, obowiązki i przyjemności zostały zawieszone.

Choć mam nadzieję, że znajdę czas, żeby napisać coś o kolejnej książce, którą wydała Stara Szkoła.

piątek, 20 listopada 2015

Drugie zapiski Umberta Eco

Dosyć dawno już przeczytałam Zapiski na pudełku od zapałek Umberta Eco, a kilka dni temu sięgnęłam po kontynuację – Drugie zapiski… O ile pierwszy zbiór był dla mnie wielokrotnie śmieszny, a dotyczył spraw ogólnych, o tyle młodsze zestawienie felietonów tego autora ma zdecydowanie większy ładunek polityczny i światopoglądowy. Lektura była przyjemna (bo taka jest zazwyczaj lektura felietonów, o ile autor ma coś do powiedzenia), ale już nie śmieszna.
Felietony, które znalazły się w tym zbiorze, to wybór tekstów z lat 1991-1993, zamieszczonych w „L’Espresso” i chronologicznie ułożonych. Mimo że mają więcej niż 20 lat, problemy poruszone w nich zaskakują aktualnością. Otóż znaleźć można w tej książeczce rozważania autora o napływie uchodźców i potrzebach stworzenia wielorasowych szkół, o rosnącym zapotrzebowaniu na tłumaczy dotychczas niepopularnych języków (Eco pokazuje ten problem na przykładzie potrzeby wykonywania tłumaczeń np. na język litewski czy ukraiński, która nie istniała przed rozpadem ZSRR), o problemach ekologicznych i debacie nad pracą w niedzielę i święta czy o karze śmierci. Tematy te przewijają się obok ciekawostek erudycyjnych, które uznać można za „bardzo w stylu Eco”. Poczytać można o katalogach antykwarycznych (w tym o starodrukach dotyczących bezsensownych lub co najmniej błahych spraw) czy o tym, że starożytni wcale nie twierdzili, że Ziemia jest płaska, nie twierdził tego również Kościół.
Zbiór Eco jest drobiazgiem na półce, ale naprawdę wartym przeczytania drobiazgiem. Nawet jeśli odbiorca nie zgadza się z poglądami autora, warto potraktować te felietony jako przyczynek do sformułowania własnych argumentów.

Umberto Eco, Drugie zapiski na pudełku od zapałek, tłum. Adam Szymanowski, Wydawnictwo Historia i sztuka, Poznań 1994.

czwartek, 12 listopada 2015

Ostatnie listy, wspomnienia, rozmowy. „Ostatnie rozdanie” W. Myśliwskiego

Ostatnie rozdanie to książka refleksyjna, która snuje się powoli, wciąga niepostrzeżenie i tak samo się urywa. Pozostawia zmęczenie i niedosyt jednocześnie. Długo nabiera tempa po to, by zaskoczyć czytelnika pojawiającymi się na scenie powieści osobami i ich losami. A tych Myśliwski zawarł sporo, bo też i punktem wyjścia, a także głównym odniesieniem fabularnym powieści, jest dręcząca narratora niemożność zrobienia porządku z notesem, w którym od młodości zapisywał adresy i numery telefonów.
Maria i pewien mały chłopiec. Te dwie osoby, z których jedna w większej, a druga w mniejszej, ale trudnej do pominięcia, mierze, wywarły wpływ na ostateczny kształt oraz wydźwięk tej książki. Intrygujące odbiorcę i budzące jego niepokój listy od Marii, narrator traktuje jako oczywisty element swojego życia. I nigdy nie odpisuje. Maria po prostu jest, Maria kocha, Maria ma złamane życie, ale to ukrywa – samotny bohater nie widzi podstaw ku temu, by zmienić układ, który życie zawarło pomiędzy nimi z jego inicjatywy.
Książka nie ma linearnej fabuły. Opiera się na retrospektywie wywołanej przeglądaniem notesu z adresami i numerami telefonów. Danymi nieaktualnymi, bo wielu z tych ludzi nie żyje, a i numery telefonów zyskały kolejne cyfry. Próby przypomnienia sobie, kim są zapisane w notesie osoby, wywołują ciągi skojarzeniowe, które, wcześniej czy później, prowadzą myśli narratora do kolejnego listu od Marii. Przedsiębiorca, samotny z wyboru, którym jest bohater w momencie porządkowania notesu, to człowiek, który długo szukał swojej drogi w życiu. Rozstawał się z kolejnymi pomysłami – studiami, malarstwem, krawiectwem, wracał, wyjeżdżał, odnawiał i kończył znajomości, nigdzie i u nikogo nie zagrzewając dłużej miejsca.
Tytuł powieści nawiązuje do cyklicznie powracającego motywu gry w karty z szewcem z rodzinnej miejscowości. Spotkania u Matei miały dla narratora szczególne znaczenie, były czymś trwałym, jedynym niezmiennym w czasie. Zawsze i praktycznie od zawsze mógł przyjść i znalazł w osobie szewca kompana do kart. Jednak tytuł Ostatnie rozdanie dotyczy nie tylko tego najprostszego odniesienia (a)fabularnego. To przede wszystkim ocena własnego życia i nieco spóźnione wnioski. Ostatni, jedenasty, celowo niedokończony rozdział, w którym narrator czyta list Marii, wysłany już z zaświatów, jest ostatnim przetasowaniem porządku, o który walczył w swoim życiu główny bohater. I który go zawiódł.

Wiesław Myśliwski, Ostatnie rozdanie, Znak, Kraków 2013