środa, 26 listopada 2014

Czy w Kosmosie jest życie? – Zwiedzeni przez fałszywy meteoryt

Wszystko miało być idealnie dopracowane – NASA potrzebowała dowodu sensowności programu obserwacji Ziemi (i wszystkich innych działań), więc ktoś (nie ujawniam kto) postanowił dostarczyć agencji asa. Co zburzyłoby wszystkie obiekcje dotyczące kosztownych badań, finansowanych z podatków? Oczywiście znalezienie dowodu na życie gdzieś w Kosmosie.
Trochę glacjologii, trochę astrofizyki i geologii, do tego służby specjalne i porachunki na najwyższych poziomach władzy – przepis na sensację idealny, ale książka momentami kuleje, co u Browna niespotykane. Druga powieść autora (po Cyfrowej Twierdzy) toczy się, podobnie jak pierwsza, dwutorowo. Z jednej strony rozgrywa się zaciekła kampania prezydencka, a z drugiej – badania „meteorytu” za Kołem Podbiegunowym podczas nocy polarnej. Wszystko poszłoby gładko, gdyby w lodzie z wody słonej nie zamarzł plankton fluorescencyjny, od którego rozpoczęło się odkrywanie kolejnych elementów układanki. Odkrycie wielkiego kamienia ze skamielinami, które miały zostać uznane za dowód życia poza Ziemią (półmetrowe stonogi!), zmienia swój status naukowy z przewrotu w ciekawostkę.
W powieści przeszkadzało mi nagromadzenie wydarzeń politycznych. Tło było bardzo istotne: moment kampanii prezydenckiej w USA oraz jej główny temat – prywatyzacja badań kosmicznych i komercjalizacja Kosmosu, zatem na oczach czytelnika rozgrywa się polityczna walka o istnienie NASA w takiej formie, w jakiej działa teraz. Dla mnie jednak zaburzone zostały proporcje książki, tak w kwestii obecności w niej polityki, jak i następnej– bardzo wczesnego, jak na jej objętość, odkrycia spisku przez niezależnych badaczy. Następny minus powieści – słabo uzasadniony powód wysłania na lodowiec Rachel Sexton, pracownika rządowego i córki startującego w wyborach senatora. Tak naprawdę to nie wiadomo, co ona tam robi. Niby powodem ma być podanie informacji o meteorycie pracownikom Białego Domu, ale tak obiektywnie, mógł to zrobić jeden z naukowców lub specjalista od telewizyjnych programów popularno-naukowych. Sprawa uzasadnienia obecności Rachel, głównej bohaterki, w całym przedsięwzięciu, jest wątpliwa, choć człowiek pracujący dla tajnych służb i posiadający wiedzę na temat najnowszych technologii wojskowych, przydał się w rozpracowywaniu zagadki wielkiego kamienia.
Dla kogoś, kto jest przyzwyczajony do porywających książek Browna, Zwodniczy punkt będzie się nieco dłużył. Choć nie da się ukryć, że końcówka powieści nadrabia niedociągnięcia tempem akcji i zaskoczeniem, jaki wywołuje odkrycie, kto stoi za organizacją spisku.

Dan Brown, Zwodniczy punkt, tłum. Maria i Cezary Frąc,Wydawnictwo Albatros A. Kuryłowicz, Sonia Draga, Katowice 2007.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą w tle - listopad: B

piątek, 21 listopada 2014

W Tajlandii nie pokazuj emocji i zachowaj twarz – „Miss Bangkok”

Występująca pod pseudonimem Bua Boonmee opowiada Nicoli Pierce o swoim życiu w dzielnicy „czerwonych latarni” w Bangkoku. Po tej książce spodziewałam się czegoś więcej. Jest opis trudnego dzieciństwa, jest diagnoza społeczna – kobiety, które prostytuują się w Tajlandii, niejednokrotnie mają na swoim utrzymaniu dzieci. Bua, oprócz dwojga dzieci (pierwsze z nią nie mieszka), utrzymuje także swojego męża alkoholika. Mimo tematu książka jest dziwnie lekka. Wnioski nie są pogłębione. Kobieta, która tkwi w przemyśle erotycznym i sprzedaje swoje ciało, by jej dzieci mogły chodzić do szkoły i nie wstydzić się z powodu braku przyborów, ma świadomość tego, że jej sytuacja jest związana z brakiem wykształcenia. Porównanie do siostry, która jest prawnikiem, jest tutaj kluczem. Co kieruje zatem dziewczyny do pracy w barach go-go, ukrywających nielegalną w Tajlandii prostytucję? Na pewno brak środków na życie i możliwość większego zarobku niż praca w fabryce. Lenistwo uczennic czy nieświadomość rodziców? Wychowanie wśród uzależnień od hazardu i alkoholu? Brak szacunku dla żon czy może tajska obawa przed „utratą twarzy”, która pozwala na wiele, byleby tylko utrzymać wrażenie, że wszystko jest w porządku?
Choć zabrzmi to kolokwialnie, taka jakaś nijaka ta książka. Na dramatyczność „wyznań” wskazuje ich temat, jednak treść jest uboga. Jeśli ktoś decyduje się na opowiedzenie swojej historii, pełnej przemocy ze strony partnerów, ubóstwa i negatywnych doświadczeń z różnych źródeł, nie widzę sensu ich uładzać. A książka, której narratorką jest Bua Boonmee, wydaje się właśnie taka niepełna przez pominięcie i uładzenie.

Bua Boonmee, Miss Bangkok. Wyznania tajskiej prostytutki, tłum. Jacek Illg, Videograf II, Katowice 2010.
Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Z literą w tle - listopad: B 

piątek, 14 listopada 2014

Czy można stworzyć szyfr idealny? – Dan Brown, „Cyfrowa Twierdza”

Ledwo skończyłam czytać powieść Rollinsa Wirus Judasza, a już miałam w rękach Cyfrową Twierdzę Browna. Czytałam tę książkę kilka lat temu, ale przyznam, że jej fabuła i to, kto jest odpowiedzialny za zamieszanie, zupełnie mi umknęło ;-). Mogłam zatem na nowo rozkoszować się dobrą sensacją. Niektórzy zarzucają Brownowi karykaturalną długość rozdziałów – dla mnie to zaleta jego książek. Taki układ pomaga czytelnikowi nie zgubić się w wielowątkowości – każde zawrócenie do wątku/miejsca akcji to nowy rozdział. Niektórzy powiedzieliby, że pomaga to także przerwać czytanie, żeby zająć się czymś innym lub położyć się spać. Z tym się nie zgodzę – czytanie książek Browna przerwać można wyłącznie pomiędzy jedną a drugą powieścią – w trakcie może okazać się to problematyczne.
Na początek jedna śmierć. Totalna klasyka. Później przedstawienie tajnej instytucji i zawiązanie akcji przez wezwanie głównego bohatera na posterunek. Brzmi jak początek wielu innych książek, w tym dopiero co przeze mnie odłożonego na półkę Wirusa Judasza. I z takiej klasyki Brown robi coś, co zaskakuje nawet powtórkowego czytelnika. Można? Można.
Cyfrowa Twierdza to niemożliwy do złamania szyfr, z którym nie poradził sobie najsilniejszy komputer świata,

środa, 12 listopada 2014

Mutacje bakterii, kanibalizm i nieco niszczenia zabytków, czyli Rollinsa „Wirus Judasza”

Do sięgnięcia po tę książkę skusił mnie opis – wyłapany przez mojego męża. Coś zbliżonego do Browna, może być niezłe. Złe nie było, do Browna podobne, ale brakowało tego „czegoś”, co przykułoby do książki i nie pozwoliło się od niej oderwać.
Wirus Judasza Jamesa Rollinsa to powieść sensacyjna z elementami thrilleru. Jest zagrożenie ekosystemu, dwie ścierające się tajne organizacje – Sigma i Gildia, błyskawiczne przemieszczanie się z miejsca do miejsca, nieco zabytków i akty kanibalizmu. Do tego kilka ciekawostek historycznych i biologicznych oraz wplecenie losów wyprawy Marco Polo z XIII wieku.
To, co mi przeszkadzało w konstrukcji utworu – jako fance Browna – to duża przypadkowość akcji. Przypadkiem jeden z głównych bohaterów zostaje wciągnięty w wir wydarzeń, a nieprzenikniona Gildia bierze całkiem przypadkowych zakładników – osoby, których w ogóle miało nie być na miejscu akcji. Jako porządna organizacja powinna mieć na to jakiś pewnik. Miotanie się bohaterów dwóch wypraw – „naukowej” i „historycznej”, wysadzenie zabytkowej budowli w Kambodży oraz nie do końca wyjaśnione przypadki przeżyć, pozostawiają pewien niedosyt. Zwłaszcza w momencie, gdy książka z części mniej lub bardziej prawdopodobnej wkracza w fantastyczną, a co najmniej w science-fiction.
Dla mnie, osoby, która ostatecznie lubi wiedzieć wszystko, książka otwiera sporo wątpliwości – czy autor nie miał pomysłu na wyjaśnienie pewnych zjawisk w sensowny sposób i może dlatego pozostawił je niedopowiedziane? Na przykład w jaki sposób ktokolwiek przeżył na płonącym statku opanowanym przez wzajemnie zjadających się kanibali? Jakim cudem, bez urządzeń radiowych, jeden z członków wyprawy porozumiał się z tankowcem, który go zabrał do Australii? O co chodzi z zakończeniem, w którym Susan idzie, wiedziona instynktem, do dziwnego miejsca pełnego ludzi podobnych do niej? Jak zdalnie sterowana proteza ręki działa mimo olbrzymiej odległości oddalających USA od wybrzeży Sumatry? Itd. 
Książka dobra, ale niezobowiązująca.

James Rollins, Wirus Judasza, tłum. Paweł Wieczorek, Wyd. Albatros A. Kuryłowicz, Warszawa 2011
Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - listopad: wielokrotność  

sobota, 8 listopada 2014

Wyprawa do Grecji i Rzymu – Herberta „Labirynt nad morzem”

W porównaniu do wcześniejszych niż Labirynt nad morzem zbiorów Herberta, ten mnie nie zachwycił. Pierwszy z tekstów nieco podciąga notę całości. Więcej niż sztuki i architektury jest w tym tomiku historii, która nie stanowi mojego konika. Być może dlatego znudziły mnie podboje Greków i Rzymian, a w niektórych esejach z trudem wyszukiwałam drobnych informacji o sferze symbolicznej omawianych społeczeństw.
O ile Barbarzyńca w ogrodzie dotyczy w największej mierze średniowiecza, a Martwa natura z wędzidłem (flamandzkiego) renesansu, o tyle w Labiryncie… czytelnik dostaje przekrój informacji o dziejach cywilizacji rzymskiej i greckiej, ale także minojskiej i etruskiej. Jednak spajający kontekst starożytności, mam wrażenie, w niektórych miejscach zawodzi, a ostatni z tekstów, jakby niedokończony – zawiesza narrację na wieczne nigdy. Zabrakło mi w tych esejach tego, co w poprzednich dwóch zbiorach było tak znamienne – perspektywy obywatela państwa zza żelaznej kurtyny. Trochę tak, jak gdyby ten zbiór mógł napisać ktokolwiek inny, niekoniecznie TEN Herbert.

Zbigniew Herbert, Labirynt nad morzem, Zeszyty Literackie, Warszawa 2000

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - listopad: wielokrotność 

wtorek, 4 listopada 2014

Wyzwania czytelnicze - nowe zadanie i nowa zakładka

Dopisałam się do wyzwań prowadzonych przez innych blogerów. Wcześniej nie próbowałam i zobaczymy, jak będzie mi szło. Biorąc pod uwagę liczbę książek, które mam do przeczytania "z półki", może być różnie. Jednak wyzwania może wprowadzą porządek do podejmowanych wyborów, co najpierw ;-). Oczywiście pamiętam o noblistach - zadaniu, jakie sama sobie wyznaczyłam, i którego realizacja idzie słabo, oj słabo.

Realizację wyzwań będę na bieżąco uzupełniać w tekście nowej zakładki.

poniedziałek, 3 listopada 2014

Ingi Iwasiów notowanie żałoby

To moje pierwsze spotkanie z Ingą Iwasiów i kolejne – po Chwinie – spotkanie z profesorem - autorem. Podczas gdy Stefan Chwin jest pracownikiem naukowym Uniwersytetu Gdańskiego, Inga Iwasiów pracuje na Uniwersytecie Szczecińskim.
Pierwsze spotkanie i od razu jak bardzo osobiste – Umarł mi. Notatnik żałoby ma luźną formę miniatur literackich powiązanych przeżyciem nagłej śmierci ojca autorki. Pisana z potrzeby serca książeczka może wywoływać katharsis.  Coś jest w niej przykuwającego, coś, co jest w osobie, która nie zwierza się rzeszy czytelników, ale jednemu konkretnemu człowiekowi. Na swojej stronie internetowej http://www.ingaiwasiow.pl/ autorka nie wspomina o wydanej w 2013 roku książce. Nie wiem dlaczego. Dla mnie fakt jej wydania mógł się okazać po jakimś czasie wstydliwy – gdy już nie było odwrotu, książka była w drukarni. Jest w niej ekshibicjonizm.
Autorka, która nie tylko pisze, ale też bada literaturę, sama zwraca uwagę na autotematyczne fragmenty. Ja zaś chciałabym podkreślić takie:
„Zauważyłam, że pisząc tę książkę, prawie nie udaję” (czytałam w wydaniu elektronicznym, więc format uniemożliwia mi wskazanie lokalizacji cytatu) – te słowa stawiają pod znakiem zapytania mimetyczność i autobiograficzność literatury. Pisarz zawsze pozostaje człowiekiem, który nie tylko pamięta, ale też interpretuje wydarzenia. Te same sytuacje, widziane i przytaczane przez kogoś innego, będą inaczej wyglądały. Pisarz pozostaje także pisarzem, który z założenia tworzy, a nie studiuje z dokładnością biologa czy historyka. Traktuje wydarzenia i przeżycia płynnie. „Prawie nie udaję” mówi o autentyczności przeżyć, realnym impulsie do napisania książki, ale – jak wiemy z pewnej reklamy – „prawie robi wielką różnicę”. Zatem na elementy autobiograficzne należy nałożyć filtr literacki, w tym podporządkowanie tekstu zasadom, które nie pojawią się w swobodnej wypowiedzi.
Traktowanie osobistych przeżyć, zwłaszcza tych dramatycznych, jako przyczynek do powstania książki i zarabiania na niej, budzi wśród niektórych sprzeciw. Inni – jak badacze Kochanowskiego – będą się zastanawiać, czy poeta rzeczywiście żałował, skoro był w stanie napisać taki zbiór, jakim są Treny (istnieje też pogląd mówiący o tym, że Kochanowski, jak literatowi pozwala konwencja, wymyślił sobie córkę i jej śmierć, a podmiot liryczny Trenów nie ma nic wspólnego z biografią ich autora).
Drugi cytat, który sobie zaznaczyłam w tekście Iwasiów, to taka miniaturowa literacka perełka: „Hordy starych ludzi w środkach masowej komunikacji czekają na zelżenie bólu”. Lubię taki styl. Lubię mocne językowe zestawienia i trafne uwagi, które są bezlitosne dla ich przedmiotu, ale sensowne i znajdujące uzasadnienie w pozostałej części tekstu. Brak szacunku do starszych, którego można by doszukiwać się w tym zdaniu, jest skutkiem obserwacji rzeczywistości oraz samej sytuacji podmiotu literackiego. Nie ma w nim nic niewłaściwego.
I jeszcze tytuł: Umarł mi – pokazuje, jak strata bliskiej osoby i żałoba są skierowane na uczucia żyjących. Informacje o ojcu są dodatkiem do tej książki, która jest spisem osobistych notatek z okresu żałoby. To pierwszoosobowy podmiot mówiący, a nie ojciec-zegarmistrz, jest w niej kluczową postacią.

Inga Iwasiów, Umarł mi. Notatnik żałoby, wyd. Czarne, Wołowiec 2013.

Opinio-analiza książki bierze udział w wyzwaniu Grunt to okładka - listopad: wielokrotność