środa, 29 października 2014

Średnio zaawansowany dowcip o niebie Szymona Hołowni

Niebo dla średnio zaawansowanych dostaliśmy z mężem w prezencie ślubnym. Najpierw mąż, a następnie ja, gdy moja praca magisterska spoczęła w dziekanacie, przeczytaliśmy i... wrażenia liche. Przynajmniej moje.
Osobiście spodziewałam się książki bardziej błyskotliwej, zbliżonej do Kościoła dla średnio zaawansowanych. Tutaj czytelnik ma do czynienia z rozmową, w której Hołownia łapie za słówka księdza Strzelczyka, dowcip językowy jest, ale jakby trochę obok, zamiast wewnątrz tekstu. Podstawą do wydania tej książki stały się rozmowy przeprowadzone na potrzeby jednego z programów na antenie Religia.tv, którego Hołownia jest dyrektorem programowym. I myślę, że tu leży pies pogrzebany – może słuchanie takiej rozmowy byłoby ciekawsze niż jej czytanie. Książka powstała zatem jako wtórny owoc tekstu telewizyjnego. Do tego dochodzą liczne powtórzenia, rozmyte wnioski, wiele z nich zawieszonych w sferze domysłów. Choć niektóre z wypowiedzi rzeczywiście mogą skłonić do myślenia, np. to, że Bóg nie jest sprawiedliwym sędzią, a decyzję o czyśćcu lub piekle podejmuje sam zainteresowany, to jednak cała, 250-stronicowa książka nie zachwyca. Myślę, że jej problemem jest także temat – łatwiej pisać konkretnie i nieco ironicznie o Kościele, który jest „ludzką” instytucją, a trudniej o niebie, którego nikt z żywych nie widział. Efekt? Może nie tyle co stracony czas, bo aż tak źle nie było, ale poczucie braku celowości wydania takiej książki.

Ks. Grzegorz Strzelczyk w rozmowie z Szymonem Hołownią, Niebo dla średnio zaawansowanych, Znak, Kraków 2013

poniedziałek, 27 października 2014

Jak to bywa z autobiografiami i poradnikami autorstwa celebrytów

Wreszcie miałam czas przysiąść do październikowych „Książek”. Z Olgą Tokarczuk na okładce. Przewertowałam, jak zwykle gazetę, od tyłu ;-)
Chyba najbardziej zainteresował mnie artykuł Kto dopisuje życiorysy gwiazdom. Autorka pokrótce opisuje polski rynek ghostwritingu, a następnie wywołuje do odpowiedzi tych, którym nie udało się zachować anonimowości. Łukasz Orbitowski twierdzi, że odkąd sam zaczął pisać pod swoim nazwiskiem, nie bierze zleceń na pisanie „autobiografii” aktorów i sportowców. Piotr Adamowicz opowiada o trudnej współpracy z Danutą Wałęsą. Najwięcej mówi aktywny ghostwriter, Jerzy Andrzejczak. Co prawda nie wymienia tytułów, ale już osoby, z którymi współpracował, owszem: Małysz, Kwaśniewscy, Bagsik. Wskazuje, że poczytne książki, które można znaleźć w supermarketach, są pisane przez inne osoby niż mówią okładki. Na przykład poradniki Ewy Chodakowskiej.
Powiem szczerze, że stawiałam raczej na to, że te wszystkie autobiografie autorów, bokserów, polityków powstają w nieco inny sposób – tzn. średni tekst napisany rzeczywiście przez wskazaną na okładce osobę zostaje poddany wieloetapowej obróbce na poziomie korekty w wydawnictwie. Byłam idealistką, która skończyła na uczelni kurs prawa autorskiego. 

Milena Rachid Chehab, Kto dopisuje życiorysy gwiazdom, „Książki" 2014, nr 3(14),  s. 38-40.

piątek, 24 października 2014

To dopiero ambitne wyzwanie - Recelinki

Niedawno w blogowym światku ruszyły http://recelinki.blogspot.com/ - inicjatywa ciekawa i godna podziwu. Jego autorka nie tylko gromadzi w jednym miejscu linki do recenzji (recelinki), które codziennie pojawiają się w sieci, ale także - ta część pomysłu jest świetna - tworzy zestawienie książka+recenzje. Linki do moich pojawiły się na przykład pod opisem Cienia wiatru Zafona: http://recelinki.blogspot.com/2014/06/carlos-ruiz-zafon-cien-wiatru.html oraz Wyznaję Cabre: http://recelinki.blogspot.com/2014/07/jaume-cabre-wyznaje.html
Autorce Recelinek (Recelinków?) życzę wytrwałości. Blogi książkowe potrzebowały takiego katalogu.

wtorek, 21 października 2014

„Jedwab” Alessandro Baricco

Nazwanie tej książeczki opowieścią o miłości byłoby ogromnym spłyceniem. Dlatego lepiej mówić, że jest to wycinek historii jedwabiu w Europie.
Główny bohater, Francuz, zajmujący się produkcją tego materiału, początkowo zdobywa jedwabniki w basenie Morza Śródziemnego. Biorąc pod uwagę, że akcja toczy się w XIX wieku, już wyprawa do Egiptu wiązała się z długą nieobecnością w domu. Kiedy okazuje się, że trzeba jechać po larwy wyrabiające jedwabną nić dalej, do Japonii, wyrusza także i tam. Kilka lat akcji to kilka podróży – droga w przypadku każdej z nich przebiegała podobnie, zmieniała się tylko nazwa jeziora Bajkał w języku miejscowych.
Dla głównego bohatera droga była podróżą do kobiety, towarzyszki swojego gospodarza. Fascynowała go swoim wyglądem Europejki, pozostając kobietą-zjawą – nikt nie potwierdził, że w orszaku bogacza jest nie-Japonka. Kobietą, której głosu nigdy nie usłyszał, a która zniszczyła jego małżeństwo i jego samego.
W pogoni za czymś niedostępnym zamyka się w sobie, sprzedaje przędzalnię i zajmuje się ogrodem.
Czytelnik może mieć wrażenie, że kobieta, do której Herve ciągle chce wracać, nie istnieje. Tak samo ma wątpliwości co do istnienia białej muzyki, o której we wstępie wspomina Baricco. Mimo to nie da się ukryć, że Jedwab ma w sobie coś muzycznego. Powracające jak refren podróże i – jak w ludowej piosence – wijąca się kompozycja. Kolejne zdania bardzo często rozpoczynają się od ostatnich słów poprzednich myśli. Całość jest melancholijna i delikatna, snująca się jak nitki jedwabiu.

Alessandro Baricco, Jedwab, tłum. H. Kralowa, Czytelnik 2004

piątek, 17 października 2014

Wróciłam

Poniższym postem dotyczącym zbioru Przez rzekę Andrzeja Stasiuka ogłaszam swój powrót. Życie osobiste w miarę ogarnięte, jeśli chodzi o studia - przede mną już tylko obrona. Może uda mi się zwiększyć częstotliwość postów względem ostatnich miesięcy.

Andrzej Stasiuk, „Przez rzekę” – opowiadania różnych światów


Zaczyna się nieco mistycznie. Pierwsze trzy utwory: Chodzenie do kościoła, Chodzenie do biblioteki oraz Chodzenie na religię zostały połączone poczuciem niezwykłości, jaką mają w sobie wspomnienia z okresu dojrzewania. Osoby i miejsca, które wywarły wpływ na narratora, zyskują blasku i są odrealnione. Kolejne części zbioru burzą ten porządek. Mniej więcej tak, jak gdyby Duklę zestawić w jednym tomie z Jak zostałem pisarzem. Kościół, biblioteka i lekcje religii okazują się wstępem do podróży pełnej dróg i ludzi. Pojawiające się postacie kobiet są sprowadzone do ich funkcji seksualnej, a mężczyźni to niepracujący wieczni poszukiwacze wrażeń. Dużo w Przez rzekę jest alkoholu, nocnych postojów w przydrożnych barach, dróg oraz błąkania się po obcych bohaterom  miastach. Nie są oni jednak ani przez moment typowymi turystami. Ich droga nie ma wyznaczonego celu. Tak samo jest przecież w Jadąc do Babadag. Określony w tytule cel podróży to przecież tylko pozór. Mocno zarysowany cel „chodzenia” w pierwszych opowiadaniach zbioru, cel, który narrator miał jako młody człowiek, rozmył się gdzieś pomiędzy mijanymi miejscowościami w późniejszych latach. Ten wniosek – upadek młodzieńczych dążeń i brak celowości życia – nie wynika z żadnego z tych opowiadań, gdyby analizować ich treść pojedynczo. Stasiuk sformułował tę refleksję dobierając teksty oraz ustalając ich kolejność.
Kiedy przeczytałam opinie, że Przez rzekę jest dosyć trudną książką Stasiuka, spodziewałam się refleksyjności, którą wprowadzają pierwsze teksty zbioru. Nagłe złamanie zapowiedzianej konwencji na pewno wynikało z zamysłu artystycznego, co rozumiem, jednak nie przeszkadza mi to uważać, że Stasiuk lepszy to Stasiuk refleksyjny, taki jak w Dukli lub chodzący do biblioteki.


Andrzej Stasiuk, Przez rzekę, wyd. Czarne, Wołowiec 2001