piątek, 28 lutego 2014

Matt Mayevsky: Wszyscy podróżujemy w wehikule czasu

Ekspert prognoz strategicznych, bo tak nazywa sam siebie Matt Mayevsky, pisze książkę. I jest to książka, która porusza kwestię jednej z możliwych dróg rozwoju społeczeństwa. Korzystając z tego, na co pozwala literatura (a pozwala na wszystko), tworzy alternatywną rzeczywistość Homoseksokracji. Jest to świat, w którym większość stanowią homoseksualni, a hetero żyją w gettach, wykonując dla przedstawicieli dominującej orientacji zawody służebne. I płodząc dzieci dla par homoseksualnych.

Matt Mayevsky jest absolwentem studiów politycznych, a także doktoranckich na SGH w Warszawie. Aktywność
Matt Mayevsky
zawodowa autora przez jakiś czas kręciła się wokół marketingu, w tym internetowego. Stanowiła podstawę do napisania takich książek jak: Ekonomia chmur oraz Cyfrowa przestrzeń biznesowa.  Homoseksokracja nie jest jego literackim debiutem. Pisał wcześniej opowiadania, natomiast jego pierwszą powieścią SF był Mężczyzna, który chciał zrozumieć kobiety. O Homoseksokracji, która ukaże się na polskim rynku 10 marca 2014, mówi, że łączy cechy sensacji, dramatu i science-fiction. Gdy skończę czytać, opowiem, jak to z tą gatunkowością jest.

Tymczasem zadałam autorowi kilka pytań (tendencyjnych, i to bardzo, ale zrobiłam to świadomie), które nie sięgają do przysłowiowych pierwszych Rzymian, ale nakreślają nieco sylwetkę człowieka, który chce coś powiedzieć polskiemu (i nie tylko) odbiorcy. Może jest to coś ważnego. A może niektórych chce tylko rozdrażnić. Zobaczymy, co z tego wyniknie i czy o Homoseksokracji rzeczywiście będzie głośno.

W czym według Pana tkwi przewaga literatury SF nad powieściami realistycznymi?
Pani pytanie zawiera konkretne założenie. Przewagę. Literatura SF jest po prostu oddzielnym gatunkiem literackim i to dość różnorodnym. Oczywiście dla laików, Aldous Huxley i Harry Harrison to reprezentanci tego samego kierunku. Jak w każdej dziedzinie sztuki, tak i tu możemy znaleźć dzieła wybitne oraz zdefiniowane jako niewyszukana forma rozrywka. Fantastyka, przynajmniej ta, która mnie interesuje, odpowiada na pytania, zlokalizowane na rubieżach nauki i filozofii. Powieść realistyczna odtwarza, a SF stwarza rzeczywistość. Nie chciałbym wartościować tych dwóch gatunków. Jeden i drugi czemuś służy, spełnia lepiej lub gorzej swoją funkcję, a decydujący jest i tak odbiór czytelnika.

Jakie powieści uznaje Pan za kluczowe w swoim życiu? Jakie wywarły największy wpływ na Pana twórczość?
SF nie było moim pierwszym naturalnym wyborem. W szkole średniej zaczytywałem się w klasykach, a moim ulubionym autorem był Lew Tołstoj. Uwielbiałem też radzieckie książki wojenne. W tamtym czasie nie przeszkadzał mi, albo go nie zauważałem, propagandowy wydźwięk tej literatury. Do tej pory pamiętam trylogię Konstantina Simonowa, a zwłaszcza jedną z jego książek Nikt nie rodzi się żołnierzem. Na studiach niesamowite wrażenie zrobiła na mnie jedna z pierwszych, jeśli nie pierwsza, książka z zakresu antropologii kulturowej Złota gałąź Jamesa G. Frazera. Uruchomienie myśli o istotnych dla mnie powieściach otwiera w mojej głowie całe półki pełne książek, Świat według Garpa Johna Irvinga, Mistrz i Małgorzata Michaiła Bułhakowa, Paragraf 22 Josepha Hellera, Folwark zwierzęcy Georga Orwella, Król szczurów Jamesa Clavella, Lśnienie Stephena Kinga. Rozrzut zainteresowań kosmiczny. A’propos … fantastykę zacząłem odkrywać dopiero po studiach. Niesamowitą, twórczą postacią był dla mnie Philipp K. Dick. Celował w krótkich formach, niewyszukanym językiem stwarzał nowe światy, nowe pomysły. Obawiam się, że ten wywiad ma limitowaną przestrzeń, a wymienianych autorów i tytułów mogłoby być dość sporo. Nie mogę sobie jednak odmówić odnotowania Wiecznej wojny Joego Haldemana, Obcego w obcym kraju Roberta A. Heinleina oraz Diuny Franka Herberta.

Można przeczytać wiele książek, ale nieliczne pozostają na stałe w pamięci. Czasem stają się życiową lub zawodową inspiracją. Zapadają w naszą pamięć, kształtują wyobraźnię, wybudzają nowej rejony świadomości. Takie książki kocham, takie książki chciałbym pisać. 

Jakie ma Pan motywacje pisarskie? (pytam o motywację literacką w odniesieniu do działalności w sferze gospodarki, z której jest Pan znany)
"Nauka jest moją żoną, literatura kochanką", powiedział w jednym z wywiadów Janusz Wiśniewski. Od siebie dodam: biznes wiedzowy jest moim przyjacielem. Jestem ekspertem prognostyki strategicznej i z tej perspektywy, nauka, biznes wiedzowy, literatura, wszystkie te elementy tworzą komplementarną całość. Niewtajemniczonym należy się wyjaśnienie. Foresight to dziedzina wiedzy i praktyki zarządzania związana z analizą konsekwencji podejmowanych decyzji strategicznych przez korporację, rządy, organizacje (np. ONZ). Wszyscy podróżujemy w wehikule czasu. Jednak nie wszyscy potrafimy tym wehikułem dobrze kierować. Na poziomie korporacyjnym, rządowym, czy militarnym to są dość istotne kwestie, skutkujące odpowiedzialnością za losy całych grup społecznych. Idąc dalej, foresight zawiera się w zbiorze tzw. future studies (dawniej: futurologii). I tu jesteśmy już o krok od literatury, bowiem na obrzeżach future studies mieszczą się także elementy fantastyki naukowej, ale w dosłownym, słownikowym jej rozumieniu.

Kiedy podejmowałem decyzję o zajęciu się literaturą, myślałem raczej o alternatywnych scenariuszach przyszłości, o wpływie nowych technologii na nasze życie, świat, relacje. Przyznam, że założenie znacznie się rozmyło. Z czasem odkryłem w sobie większe zainteresowanie ewolucją społeczną i relacji międzyludzkich oraz tzw. non-human relations (relacje ludzi z maszynami). Przestrzeń zawodowa ogranicza mnie swoją grawitacją metodologiczną. Być może dlatego w fantastyce uciekam także w lżejsze tematy, celując w suspens, sensację, czy thriller. 

Dlaczego książka powstała po polsku?
To poniekąd przypadek. Anglojęzyczna wersja Homoseksokracji jest już gotowa. W trakcie są także tłumaczenia na język rosyjski i niemiecki. Niektóre książki tłumaczę sam. Zastanawiam się także nad pisaniem tylko w j. angielskim, ale to jest uwarunkowane kilkoma zmiennymi, które sprowokowałaby taką decyzję. Dla zainteresowanych mam wiadomość o terminie premiery Homosexocracy (wersja anglojęzyczna). Planowany termin publikacji wyznaczony jest na początek kwietnia br. O dokładnej dacie poinformuję na swojej stronie www. 

Jakie miejsce dla swojej powieści widziałby Pan w polskiej sferze publicznej? Czy wydanie jej w czasie, gdy temat praw dla homoseksualistów jest tak gorący, ma stanowić mocny głos w tej sprawie?
To chyba marzenie większości autorów, napisać książkę, która wywołuje debatę publiczną lub jest jej elementem. Z perspektywy zadanego pytania definiowałbym Homoseksokrację jako quasi-traktat o skutkach społecznej nietolerancji. W książce mamy wprawdzie nowy świat, ale stare antagonizmy. Homoseksualizm jest tylko pretekstem do poruszenia głębszych problemów. Nazywam to społecznymi pęknięciami. Zamiast homoseksualizmu równie dobrze możemy tu wstawić rasizm, antysemityzm, ksenofobię, czy seksizm. Homoseksokracja to inaczej wariacja na temat „nowego, wspaniałego świata” z jego skutkami ubocznymi. 

Niezależnie od tego, czym cywilizacja będzie napędzana, nowymi technologiami, społeczną ewolucją, rozwojem gospodarczym, zawsze zderzymy się z naszymi ludzkimi słabościami. Zawsze, o ile nie nastąpią zmiany w nas, w ludziach. Pytanie tylko, czy wtedy będziemy jeszcze ludźmi, czy już kolejnym, innym ogniwem bio-ewolucji.


czwartek, 27 lutego 2014

Współpraca z autorem „Homoseksokracji”

Kiedy autor powieści Homoseksokracja napisał do mnie, poszukując osób, które objęłyby patronat nad jego książką, zgodziłam się, mimo że tematyka SF nie jest mi szczególnie bliska. Pomyślałam: czemu nie, może być ciekawie. Zaczęłam właśnie czytać i zobaczymy, czym mnie zaskoczy. W najbliższych dniach wrzucę na pewno informację o samym autorze. Matt Mayevsky odpowie na parę pytań, które wyjaśnią, dlaczego autor prognoz gospodarczych napisał powieść - obszerną dystopię.

środa, 19 lutego 2014

Dukielskie światło według Stasiuka

Stasiuk napisał, że chciałby być autorem powieści o świetle, bo właśnie takiej mu brakuje w literaturze. Napisał to właśnie w Dukli, książce, która łączy wiele nurtów, a podsumowuje smutkiem i wszechogarniającym zawodem. Pustka i śmierć zwierząt (ryb, raków, motyli i ptaków) to temat kończących książkę króciutkich tekstów, które można uznać za osobne nowelki. Główne role gra w nich światło, woda i wiatr.
Centrum książki stanowią relacje z kilku podróży do tego samego miejsca – do Dukli, leżącej w Bieszczadach, niedaleko Krosna.

Źródło: https://maps.google.pl

Narrator przyjeżdżał tam w różnych okresach swojego życia. Miasteczko zmieniało się wraz z nim, rozwijało się i upadało, ale zmiany zachodzące w narratorze nie pozostały bez wpływu na odbiór znanych z dzieciństwa miejsc.
Dukla to próbka zupełnie innego Stasiuka niż tego z Autobiografii intelektualnej. Bliżej mu do narratora, który opowiada w ostatnim fragmencie Jadąc do Babadag – tam podróż przez Polskę, tu – wypady do Dukli stają się przyczynkiem do sentymentalnych opisów zwyczajnych przestrzeni.
„Ciemność rozłazi się w szwach i fastryga podróży na nic tu się nie zda”[1] – taki opis świata należy już do prozy poetyckiej, czegoś bardzo subtelnego i odległego od brutalnej rzeczywistości, typowej dla Stasiukowych opisów. Doświadczenie podróży w Dukli nie mogło zostać wyrażone ot, tak. Potrzebuje czegoś więcej

poniedziałek, 17 lutego 2014

Marek Hłasko o marzeniu matki

Narrator opowiadania Dom mojej matki podsuwa czytelnikowi obrazek z życia matki i syna. Starsza pani jest smutną, niespełnioną kobietą. Pozostało jej niewiele życia i jedno marzenie: wyprowadzić się z dużego domu wielorodzinnego w mieście i zamieszkać w małym, kolorowym domku na przedmieściach. Nie chce być na widoku, co jej syn interpretuje jako chęć ukrycia się przed światem. Wyśmiewa to marzenie, mówiąc, że powinna się cieszyć z tego, że ma gdzie mieszkać. Że wielu ludzi na świecie nie ma dachu nad głową. Syn brutalnie odmawia jej tego domku, ostatniego marzenia, które daje jej nadzieję. Sam jednak chodzi na przedmieścia i ogląda takie domy, o których mówi starsza kobieta. Pała niechęcią do budynków i mieszkających w nim ludzi. Uważa, że jego matka nie myśli już o niczym innym, jak tylko o tym domku. I że jest to wina tych szczęśliwych ludzi z przedmieść.
Jednak w chwili śmierci nie wspomina o swoim marzeniu. Życzy synowi szczęścia. Jednak czy on będzie umiał być szczęśliwy, skoro odmawiał matce prawa do marzeń?

http://www.dziennik.com/publicystyka/
Źródło:
artykul/marek-hlasko-i-teczki-ipn


Marek Hłasko, Dom mojej matki, z tomu Pierwszy krok w chmurach, wydanie elektroniczne tutaj.

piątek, 14 lutego 2014

Widzę dzień wczorajszy – Eco, „Wyspa dnia poprzedniego”

Z Eco jest tak, że stanowi markę samą w sobie. To niezaprzeczalne, ale… no właśnie. Wyspa dnia poprzedniego jest fabularnie dobra, ale brakuje jej tego „czegoś”. Choć przyznaję, że spotkanie z tą powieścią miało dla mnie dodatkową wartość, ponieważ nie tak dawno skończyłam czytać Maję Gaardera. Jak się okazało, obie te książki mają akcję umiejscowioną w okolicach 180. południka. I obie opisują kwestie związane z linią zmiany daty w odniesieniu do stanu wiedzy w czasach, w jakich umiejscowiona jest akcja. W obu pojawia się motyw pomarańczowej gołębicy.
Eco jak zwykle proponuje czytelnikowi zabawę polegającą na stworzeniu iluzji, że przytaczane przez narratora informacje mają oparcie w faktach. Tym razem jest to rzekomo znaleziony w XX wieku dziennik pisany w połowie XVII wieku przez Roberta de la Grive, szpiega, na pokładzie opuszczonego statku – Dafne.
Robert, rozbitek na środkowym Pacyfiku zostaje przyniesiony wraz z prądem do wybrzeży jednej z wysp Fidżi. A dokładniej do zakotwiczonego tam opuszczonego statku. Zanim spotka jego jedynego lokatora, powoli pozna statek i opowiada o wojnie trzydziestoletniej. Opowiada obszernie i trzeba przyznać – niezbyt ciekawie. Dużo bardziej interesujące są próby pływania czy zwiedzanie rafy – oraz naukowe (oczywiście z perspektywy XVII wieku) wywody. Przykre, że wielu przez ten stan nauki cierpiało, a niektórzy umierali, dziś powiedzielibyśmy, że przez własną głupotę. Przypuszczenia, że lekarstwo nakładane na narzędzie, którym zraniono człowieka, przyspiesza gojenie się rany, są irracjonalne, ale smaczki z życia barokowego mieszczaństwa to znaczna wartość dodana tej książki. Poza tym nawet współczesny odbiorca może sobie wyobrazić, że dla Roberta musiało być bardzo trudne zrozumienie, że wyspa, która znajduje się w zasięgu wzroku (ale nie ciała), należy do poprzedniego dnia. Robert myślał także, że przekroczenie 180. południka spowoduje cofnięcie się w czasie i wszystko, co widzi na wyspie teraz, działo się wczoraj.

Z ciekawostek "naukowych" bohaterów Wyspy...
O kawie: "Wysusza humory zimne, usuwa wiatry, wzmacnia wątrobę, jest wybornym lekarstwem na puchlinę wodną i świerzb, odświeża serce, uśmierza bóle żołądka. Jej napar zaleca się na przekrwienie oczu, szum  uszach, katar, przeziębienie czy fluksy z nosa"
O kłamcach: "Rozpoznasz kłamców. Kiedy się śmieją, mają w policzkach dwa jakby dołki, a poza tym obcinają krótko paznokcie."

Rozważania filozoficzne jak na Eco też są niestety nudnawe. Chociaż cała książka, która przywodzi na myśl Robinsona Cruzoe, jest w gruncie rzeczy dosyć przyjemna dla czytelnika.

Umberto Eco, Wyspa dnia poprzedniego, tłum. Adam Szymanowski, Państwowy Instytut Wydawniczy, Warszawa 1995

niedziela, 9 lutego 2014

„Żwir” z tomu „Drogie życie” Alice Munro

Kilka tygodni temu księgarnia Matras przygotowała dla odbiorców newslettera niespodziankę. Było nią jedno z opowiadań Alice Munro, laureatki literackiego Nobla 2013. Przyznam, że to mój pierwszy kontakt z jej twórczością, i choć opowiadanie Żwir jest niedługie, wydało mi się dosyć smaczne :-) .
Otwarta obustronnie fabuła i pointa zostawiona w domyśle czasem mogą być wadą opowiadania. U Munro są zaletami. Dramat rozpadu rodziny widziany oczami kilkulatki nie jest przeżyciem strasznym. Jej starsza siostra znacznie gorzej przeżywa przeprowadzkę z domu w mieście do przyczepy na wsi. Młodsza od niej narratorka już nie pamięta poprzedniego życia. I choć kochanek matki jest kimś, kto nie ma prawa zachowywać się jak ojciec, dziewczynka akceptuje nową rzeczywistość. 
Obawy ciężarnej matki, która zostawiła swojego męża dla lekkoducha, są wyczuwalne. Kobieta boi się o swoje dzieci, o przyszłość. Zinterpretowanie psa przybłędy jako głodnego wilka stało się wyrazem jej strachu o to, co będzie dalej. Ona sama nie wraca, jak starsza córka, do wspomnień po poprzednim życiu, inaczej nazywa otoczenie, w inny sposób identyfikuje samą siebie. Jednak najłatwiej jest jej uciec. I ucieka. A dziewczynki tracą kontakt z ojcem, który chciał się z nimi widywać, a później gdzieś wyjechał. Czy naprawdę wyjechał, czy po prostu dla matki tak było lepiej - żeby córki zapomniały o życiu w dostatku i zaakceptowały przyczepę? Autorka pozostawia odpowiedź w domyśle odbiorcy.

Alice Munro, Żwir, z tomu Drogie życie, tłum. Agnieszka Kuc, Wydawnictwo Literackie,  2013.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Trochę rzeczywistości, trochę fantastyki, trochę sztuki i antropologii

Jostein Gaarder, którego – jeśli ktoś kojarzy – to pewnie przede wszystkim za sprawą Świata Zofii, jest norweskim pisarzem-filozofem, którego zainteresowania wykraczają daleko poza wąsko rozumiane nauki humanistyczne. To humanista w pełnym znaczeniu tego słowa – zainteresowany człowiekiem i całą jego działalnością. Maja to manifest pisarza, który daje czytelnikowi sporą dawkę wiedzy antropologicznej, bawiąc się relacjami świata realnego i wykreowanego na potrzeby literatury, tak, jak miało to miejsce w Świecie Zofii, Przepowiedni Dżokera, czy Córce dyrektora cyrku.

Wyobraźmy sobie pisarza, który jedzie na wyspy Fidżi w poszukiwaniu inspiracji do nowej książki. Zbliża się przełom tysiącleci i wiele osób zmierza ku linii zmiany daty, która przechodzi przez nieliczne tylko wyspy na otwartym oceanie. Pisarz ten poznaje na Taveuni różnych ludzi – miejscowych i turystów: nowożeńców, badaczy i poszukiwaczy przygód. Dostrzega w swoim otoczeniu świat, który idealnie nadaje się na powieść.