środa, 29 stycznia 2014

Przeczytawszy Polskę – Kingi Dunin spojrzenie na literaturę

Kinga Dunin proponuje odbiorcy subiektywny przewodnik po piętnastoleciu 1989-2004 polskiej literatury. Więcej – traktuje literaturę jako narzędzie poznania społeczeństwa ją wytwarzającego. Problemy, które są w niej obecne, są tymi samymi, które nękają zwykłych ludzi. Takie jest przynajmniej założenie badaczki, o której należy pamiętać, że jest socjologiem związanym z Krytyką Polityczną. Jest jednak także wytwórcą literatury – zarówno tej z pogranicza dziennikarstwa (pamiętam jej felietony jako jedne z najtrudniejszych dla mnie tekstów omawianych na gimnazjalnym kole polonistycznym), jak i tej w czystej postaci.
Zatem literatura. Ta najnowsza, zebrana w pigułce bez starań o obiektywizm. Poza tym wszelkie starania w tej kwestii są z góry skazane na niepowodzenie. Dunin zestawia obserwacje dotyczące nutów obecnych w tekstach napisanych po 1989 roku,

niedziela, 26 stycznia 2014

Pogubiona, poplątana, zaczytana

Porządek. Zawsze starałam się działać według jakiegoś planu. A przynajmniej ten plan tworzyć. W każdej dziedzinie życia - od listy zakupów, przez listę rzeczy, które trzeba spakować przed jakimkolwiek wyjazdem, a nawet zadań domowych, które wypadałoby wykonać po przyjściu do domu, aż po... Nie, nie znajdę granicy tego mojego planowania. 
Aż tu ostatnio, do dziedziny życia, którą stosunkowo łatwo jest zaplanować, wkradł się jakiś chochlik. I najwyraźniej ma wielki ubaw z mojego miotania się. To zupełnie nie w moim stylu. 
Nie chodzi o szukanie stażu, nie... W tym przypadku zaplanować mogę jedynie terminarz wysyłek e-maili z cv. Chodzi o coś, co wrosło w moją tkankę życia. O literaturę.
Wystrzegałam się czytania kilku książek jednocześnie, ponieważ zdarzało się, że zapominałam o którejś z nich, a po kilku miesiącach trafiałam na zakładkę w środku książki. Deprymujące. Jednak, z niewyjaśnionych przyczyn, właśnie ostatnio zaczęłam czytać w ten strasznie nieuporządkowany sposób. 
Zaczęło się przed świętami od opowiadań Nadine Gordimer. Zapach kwiatów i śmierci to zbiór ciekawy, ale przez to, że jest zbiorem właśnie, nie zmusza do czytania od początku do końca. Kilka opowiadań z niego musiałam przeczytać na zajęcia, a resztę chcę poznać po to, by nie zostawić książki niedoczytanej. Tylko że niedługo po Zapachu... do przeczytania miałam genialną Wiwisekcję. Zapach... poszedł w odstawkę, żeby mieć czas na zmierzenie się z tą ciężką do noszenia cegłą.
Z rozwiązaniem (noszenia cegły) przyszedł mój bardzo życiowy narzeczony, wręczając mi czytnik. Super. Najpierw dziwne uczucie (czytam książkę, nie trzymając jej w ręku), następnie euforia: mogę trzymać go w jednej ręce, mogę wygodnie czytać w tramwaju Wiwisekcję, a na dźwiganiu tego tomiszcza nie cierpią moje plecy. Mogę czytać pod ławką na nudnych zajęciach i nie muszę przekładać kartek, co czasem bywa kłopotliwe, ze względu na małą przerwę między blatem a moimi założonymi noga na nogę kończynami.
Czytnik jednak wywołał kolejny przypływ lektur czytanych jednocześnie. Wgrałam kilka plików i od razu chciałam zobaczyć, jak się prezentują, co poskutkowało czytaniem. Trochę tego, trochę tamtego.
W weekendy u rodziców też podjadam. Tym razem nasunęła mi się odgrzewana lektura, gdzieś sprzed mniej więcej 8 lat - Maja Gaardera. Poza tym, z myślą o mojej pracy magisterskiej, czytam świetnie napisaną i przekrojową książkę Kingi Dunin, Czytając Polskę. Natomiast do ubiegłotygodniowego egzaminu miałam zapoznać się z Kontuzjowanym mocarstwem Lubowskiego, którego jeszcze nie skończyłam czytać. Skończę bez bólu. Zostało niewiele.
Wnioskuję do samej siebie o opamiętanie i zrobienie z tym wszystkim porządku. Obiecuję poprawę, dokończenie zaczętego i spokojne zaplanowanie tego, co będzie dalej.

PS. Plany czytelnicze rzadko realizuję tak, jak je widzę, jednak poprawą byłoby chociaż ograniczenie się do maksymalnie dwóch pozycji czytanych jednocześnie. Teraz czuję, że mam wokół siebie jakiś rozgardiasz.

piątek, 17 stycznia 2014

Opisać tak, jak jest. W ostrym świetle – „Wiwisekcja"

Obszerność książki jest w tym przypadku zupełnie naturalna. Paręset stron jest konieczne, by z dokładnością naturalisty opisać życie malarza. Wiwisekcja, czyli testy na żywym stworzeniu, zachodzi tutaj w dwóch płaszczyznach. Dokonuje jej narrator na swoim bohaterze, Hurtle’u Duffieldzie, ale sam Hurtle, malując, właśnie w ten brutalny sposób odsłania wnętrza ludzi, komentuje i wyolbrzymia drobiazgi.
Australia, przełom XIX i XX wieku. Świat kontrastów społecznych. Biedni pracują u bogatych. Matka wielodzietnej rodziny utrzymuje dzieci, piorąc u bogatszych od siebie. Takich, co mają żyrandol i lustra. Hurtle jest jednak bardziej ambitny. Chce poznać świat bogatych, chce się uczyć. I malować. Państwo Coutney też chcieli mieć takiego syna. Zwłaszcza, że jedynaczka Rhoda, ze względu na słabe zdrowie i poważnie skrzywiony kręgosłup, nie spełniała oczekiwań. I tak chłopiec, zainteresowany sztuką, inteligentny, z biednej rodziny, stał się ich synem. Za pieniądze.

piątek, 3 stycznia 2014

Jakże trudno się opanować

To nie pierwszy raz, kiedy okazuje się, że początek roku kalendarzowego nastraja mnie do książkowych zakupów. W związku z uruchomieniem wczoraj nowej zakładki na mojej stronie, związanej z czytelniczym zamiarem poznania Noblistów, ten zakupowy pociąg okazał się tym silniejszy. I choć zdrowy rozsądek wzbrania przed powtórzeniem historii z ubiegłego roku, kiedy w jednorazowo przyszło do mnie pudło z dziesięcioma książkami, których nie miałam gdzie trzymać, w tym roku kalendarzowym zdążyłam już zakupić ich cztery - dwie powieści Eco - Baudolino oraz Tajemniczy płomień królowej Loany oraz dwie powieści noblistów - Herzog Bellowa oraz Miłość w czasach zarazy Marqueza. Dwie pierwsze już dotarły, na następne czekam. Czekam z niecierpliwością. Prawie taką, z jaką spieszy się sesja, sapiąc tuż ponad ramieniem.