środa, 11 grudnia 2013

Mistyka nie dla mnie

Nie cierpię czytać książek we fragmentach. Stąd pomysł, że skoro na zajęcia mam przeczytać trzy rozdziały, to - a jakże! - przeczytam całą. Nie, nie dałam rady. Mistyka kobiecości, napisana na początku lat 60. XX wieku przez Betty Friedan, to czołowa książka drugiej fali feminizmu. Kobiety, które zostały wtrącone do roli matek, sprzątaczek, kucharek i opiekunek, którym mówiło się, że na tym polega mistyka bycia kobietą, są sfrustrowane. Friedan mówi, że to przez to, że życie Amerykanki na przedmieściach w dostatku, ale bez własnych zainteresowań, jest przyczyną problemów psychologicznych bardzo dużej grupy społecznej.

Betty Friedan (1921 - 2006)
http://cognoscenti.wbur.org/2013/02/20/feminine-mystique-caryl-rivers
Problem polega na tym, że kobiety uzyskały wykształcenie w college'u i inteligencją dorównują swoim pracującym mężom, ale zostały wyuczone myślenia o sobie wyłącznie w kategoriach kury domowej. W imieniu tych kobiet występuje Friedan, która wynosi ten problem z kuchni do przestrzeni publicznej. Kobieta ma się realizować zawodowo i nie sprowadzać swojego życia wyłącznie do funkcji biologicznej. Chwała Friedan za to! Jednak forma, w jakiej całość jest napisana, ukazująca kobiety jako pionki, które potrzebują rzecznika, jest dla mnie wymuszona. I, co tu dużo mówić, obraźliwa dla kilku grup kobiet: dla tych, które lubią bycie gospodynią domową, dla matek, których córki zostały gospodyniami domowymi, oraz dla kobiet, które uważają karierę za coś naturalnego i wcale nie potrzebują osoby, która wytłumaczy mężczyznom, że jej praca nie jest równoznaczna z utratą kobiecości. Bo pewnie mało kto by tak pomyślał. Owszem, istotny jest tutaj kontekst kulturowy, kwestie wychowawcze, różnice w edukacji i moda na marzenie o spokojnym życiu w dużym domu na przedmieściach. Błędne koło.
I jeszcze to, że odpowiedzialność za tę sytuację ponoszą wszyscy, ale nie same kobiety, które zrezygnowały z kontynuowania nauki i z pracy zawodowej. Wciąż powtarzana teza o zmarnowanym potencjale społecznym i o "nienazwanym problemie" (czyli frustracji wynikającej z tego, że niby wszystko jest w porządku, a jednak nie jest), była dla mnie męcząca. Czy przypadkiem nie jest tak, że jeszcze bardziej sfrustrowane są kobiety, które zajmują się domem i dziećmi, ale także pracują? Tylko że o tej grupie społecznej u Friedan ani mru mru. Dzięki temu łatwo jest jej utrzymać ciąg przyczynowo-skutkowy i mówić o tych biednych kobietach wtłoczonych w role biologiczne. Słowem - odpuściłam sobie czytanie całości po połowie książki. Na szczęście nie jest fabularna, więc nie mam wyrzutów sumienia. Nie jestem wyznawczynią owej mistyki kobiecości, ale Mistyka kobiecości też nie jest dla mnie. Feministki chyba zapominają, że jest wiele odcieni szarości.

Betty Friedan, Mistyka kobiecości, tłum. Agnieszka Grzybek, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.

2 komentarze:

  1. Samej książki nie czytałam, ale nie do końca zgadzam się z Twoją krytyczną oceną. Poglądy, które Friedan spisała 50 lat temu, były wówczas szalenie popularne wśród feministek. Była to właściwie kwintesencja drugiej fali feminizmu. To, że dziś możemy czepiać się niedostatków w logice pokazuje, jak wielką ewolucję przeszedł od tego czasu ruch feministyczny. Grupy społeczne, o których piszesz (gospodynie domowe z wyboru, ich matki i "bohaterki" łączące pracę zawodową z prowadzeniem domu) były wówczas mało reprezentatywne (istniały, oczywiście, ale nie upominały się o swoje prawo do głosu).
    Nie bez powodu mówi się o trzeciej fali feminizmu. Właśnie ten zwrot w myśleniu pokazał, że założenia walki o równouprawnienie kobiet są z gruntu fałszywe (skoro trzeba walczyć o równouprawnienie, to znaczy, że z natury kobieta jest podrzędna wobec mężczyzny, prawda?) i doprowadził do współczesnego postrzegania ruchu feministycznego nie tylko z zewnątrz, ale i przez same feministki.

    OdpowiedzUsuń
  2. Problem, o którym wciąż mówi Friedan, pewnie - jak na lata 60. - były aktualne (oczywiście przede wszystkim w USA, w Europie dużo rzadziej można było mówić o paniach domu nudzących się na przedmieściach, nie mówiąc już o tym, jak czasu na nudę nie miały wtedy Polki). Szkopuł dla mnie tkwi w przekazie i w sposobie mówienia o tym problemie wtłoczenia w biologię. Sposobie, który obraża same kobiety, bo mówi, że ich los jest wynikiem patriarchalnej struktury społeczeństwa i dążeń mężczyzn do tego, żeby kobieta najlepiej czuła się przy garach. Tak jakby od tych wykształconych kobiet nie zależało zupełnie nic. A przecież to właśnie ich największym marzeniem w szkole średniej było "wyjść za mąż i prowadzić dom na przedmieściach". Za Twoje uwagi dziękuję. Zwłaszcza te o trzeciej fali feminizmu. Jak każda ideologia, także ta - na szczęście - ewoluuje.

    OdpowiedzUsuń