niedziela, 24 listopada 2013

Kolumbijska mitologia – „Sto lat samotności” Márqueza

Nie ukrywam, że po tę książkę sięgnęłam z obowiązku przeczytania jej na zajęcia. Kilka lat temu przeczytałam Grę w klasy Cortázara i ta argentyńska powieść skutecznie zraziła mnie do kręgu literatury iberoamerykańskiej. O Stu latach samotności słyszałam wcześniej wiele bardzo różnych opinii. I jak było? Zaskakująco fajnie.
Jeśli chodzi o narratora – całkowita prostota obiektywnego trzecioosobowego sprawozdawcy. Dzięki niemu czytelnik, już przyzwyczajony do elementów fantastycznych, nie od razu spostrzega, jak dziwaczna jest rzeczywistość bohaterów. Cyganie mają latający dywan, więc nikogo nie dziwi wiele lat później latający balon. Piękna dziewczyna, która niosła z sobą śmierć, wstępuje do nieba, porywając prześcieradła, których strata jest bardziej dotkliwa niż magiczne porwanie Remedios. A czy to normalne, że Urszula i Pilar Ternera żyją ponad 140 lat?
Nie, w tej powieści jest to całkiem oczywiste. Tutaj warto wspomnieć, że wniebowstąpienie i długowieczność to nie jedyne motywy biblijne, które zostały wykorzystane w powieści. Cała fabuła obfituje w głębokie nawiązania do najważniejszego dzieła chrześcijaństwa. Exodus i założenie miasta, potop, syn marnotrawny czy plagi egipskie to tylko niektóre z tych. Do tego dodać należy mitologizację przestrzeni. Unikający śmierci bohater jest jak mityczny heros, inny miał tyle dzieci, z iloma kobietami spał, wróżąca z kart Pilar jest jak indiańska szamanka, a Remedios jak syrena, która wabi mężczyzn i ich zabija. Fatum kazirodztwa, które ciąży na rodzie Buendia narzuca jednoznaczne skojarzenia z Królem Edypem.
Powtarzanie imion bohaterów w siedmiu pokoleniach, które poznaje czytelnik, nie ułatwia odbiorcy ogarnięcia wszystkich koligacji rodzinnych. Nie to jest jednak celem. Przenikają się charaktery pradziadów i prawnuków, powtarzają zajęcia, a nawet kochanki.
Akcja powieści dzieje się w fikcyjnym mieście Macondo, które czytelnik zna od początku do końca. Od rozbicia pierwszych namiotów do zagłady, jaką ostatecznie przyniosło spełnienie się fatum narodzin dziecka ze świńskim ogonem. To zamknięty świat, który jest niechętny kontaktom z zewnątrz. Ludzie obawiają się zmian i nie przywiązują wagi do tego, co dzieje się poza jego granicami. Konstrukcja miejsca, które istnieje jakby poza rzeczywistością, przywodzi na myśl inne odosobnione miasteczko – Prawiek z powieści Tokarczuk. I chociaż w powieści Márqueza znajdują swoje odbicie wydarzenia w Kolumbii – wojna, rewolucja, dociera kolej żelazna – to wszystko to jest mniej ważne niż saga rodziny samotników. Dlaczego samotników?
Wielu z Buendiów najlepiej czuło się w swoim własnym towarzystwie. Amaranta nigdy nie wyszła za mąż, seniorka rodu, pogrążona w ciemności utraty wzroku, stała się zabawką dzieci. Mężczyźni zdradzają swoje żony, inni zatapiają się w naukowych lub pseudonaukowych przedsięwzięciach. To dom, w którym brakuje współpracy i rozmowy. Każdy jest skazany na siebie. Stąd też wynikają popełniane błędy, zmierzające do ostatecznej klęski.
Czas trwania powieści, jak sugeruje sam tytuł, to sto lat. Jednak czytelnik ma wrażenie, że ta liczba w tytule jest uproszczeniem, bo przecież Pilar umiera w wieku 145 lat, a jest obecna w powieści na początku jako dwudziestolatka, przebywająca z rodziną podróż zwieńczoną założeniem Macondo. Kiedy rozpoczyna się jej romans z Jose Arcadiem, jest już opisywana jako „zwiędła” kobieta. Jednak należy wziąć pod uwagę, że w tej powieści niewiele jest dosłowności. Samotne miasteczko założone gdzieś, wśród moczarów, także ma być metaforą czegoś większego. To przecież historia ludzkości w miniaturze, ludzkości, w której każdy z każdym jest w pewien sposób z sobą spokrewniony.


Gabriel Garcia Márquez, Sto lat samotności, tłum. Grażyna Grudzińska i Kalina Wojciechowska, Wydawnictwo Literackie MUZA SA, Warszawa 2002

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz