niedziela, 29 grudnia 2013

Podziękowania, plany i inne

Dzisiaj blog Magda siedzi między książkami obchodzi swoje pierwsze urodziny. Chciałam podziękować wszystkim, którzy tu zaglądają, a już najbardziej - komentującym. Każda reakcja na wpis niezmiernie mnie cieszy. Jak już niejednokrotnie wspominałam, mój apetyt rósł i rośnie w miarę jedzenia, czyli wzrastającej z miesiąca na miesiąc liczby otworzeń. Moje plany - czytania więcej i pisania częściej w kolejnym roku - mają pewną szansę na realizację, ale wolę nie obiecywać bardziej intensywnego blogowania. Czas pokaże, tak jak z robioną na bieżąco listą pt. "Koniecznie przeczytam", ile z tych założeń uda się wprowadzić w życie. Zwłaszcza, że przede mną ostatni semestr studiów i pisanie (na szczęście zupełnie niedziennikarskiej) pracy magisterskiej. Proszę, trzymajcie za mnie kciuki.
A ja wszystkim, którzy czytają moje wpisy, życzę spełnienia marzeń w Nowym Roku i czasu na odpoczynek przy książce.

Inspirując się blogiem Nai, która w ubiegłym roku opublikowała listę najśmieszniejszych/najbardziej zaskakujących haseł wyszukiwawczych, po których jakiś użytkownik Internetu dotarł do jej bloga, zrobię to samo:

nie czytanie książek (oj, chyba ktoś się zawiódł, że trafił na blog o literaturze, przykra sprawa)
czytanie tu chodzi (gratuluję sobie, skoro chodzi, to znaczy, że jest żywe)
andre gide i jemu podobni (czyli kto?)
dol panu (hm... nie wiem jak skomentować ten przejaw językowej moderny)
wilk hemafrodyta (a to ci dopiero stwór)
król lew blogspot erotyczne (chodzi o przytulańce Simby i Nali?)

Źródło: http://hanaaa86.wrzuta.pl/obraz/91p7R2YNeNQ/simba_i_nala_2

Dziękuję Wam wszystkim i zapraszam na ciąg dalszy przygody.

środa, 25 grudnia 2013

Bez wyjścia z konsumpcjonizmu - George Ritzer

Oprócz książek, o których coś wystukam na blog, czytam także sporo innych lektur – przede wszystkim na uczelnię. Wśród książek z zakresu socjologii czasem zdarzają się takie, które czyta się lżej niż niejedną beletrystykę. Tak jest na pewno z Telefonem komórkowym Paula Levinsona i właśnie z Magicznym światem konsumpcji George’a Ritzera. I tak zamiar przeczytania trzech rozdziałów zakończył się przeczytaniem całej, niegrubej zresztą, pozycji.
Masa ciekawostek o McDonald’s i Disneyu, historia powstania centrów handlowych i sporo o samym mechanizmie konsumpcji, są materiałem ciekawym, mimo że dotyczą sytuacji w USA sprzed kilkunastu, a czasem kilkudziesięciu lat. Pewne reguły dopiero od niedawna widać w Polsce, a inne – w ogóle są na nią nieprzekładalne, co oczywiste.
O ile w Stanach Zjednoczonych wielkie centra handlowe ominęły początkowo największe miasta, a umiejscowiły się w tych mniejszych, o tyle w Polsce to właśnie największe miasta przyciągały mieszkańców województwa do pierwszych galerii handlowych.

niedziela, 22 grudnia 2013

Zemdlona erotyzmem według Jastruna

Kiedyś, jeszcze w liceum, trafiłam na Sen nocy zimowej Mieczysława Jastruna. I tak już zostało, że to nazwisko kojarzy mi się właśnie z warszawskimi Łazienkami ukazanymi w nieco niepokojącej, zimowej odsłonie. Chyba przez skojarzenie z tym utworem, sięgnęłam po zbiór opowiadań jego syna, Tomasza. Gorący lód jest jednak nieco powierzchowny i czytany od początku do końca po prostu mdły.
Być może wynika to z pobieżności, jaką narzucił sobie Tomasz Jastrun, mieszcząc na 300 stronach 29 utworów. Najbardziej przeszkadzało mi w nich bardzo jednokierunkowe spojrzenie na ich przewodni temat. Stosunki płciowe są tu pokazane najczęściej jako zdrada, sfera niespełnienia lub aktywności, która nie ma oparcia w sferze uczuciowości. Powracające jak motyw muzyczny w Bolero Ravela elementy są męczące, a całość przygnębiająca brakiem jakiejś wyraźniejszej iskry. Delikatny język, spora doza łagodności werbalnej kłóci się z brutalnością i łamaniem barier, o których miały opowiadać te miniatury. Owszem, poruszenie tematu perwersji na polskim gruncie, nie tylko współcześnie, ale także w minionym systemie, jest jakąś wartością dodaną. Jednak według mnie te opowiadania są za mało erotyczne, by traktować je wyłącznie jako takie, i za mało refleksyjne, by szukać w nich głębszego dna. Jest to tekst, który po prostu jest, a niewiele wnosi. Coś, co najbardziej przeszkadzało mi w lekturze już mniej więcej po trzecim utworze, to nagły, pozbawiony szczególnie wyraźnej puenty, koniec większości opowiadań. Taki spadek od punktu kulminacyjnego, który w żadnym wypadku nie jest szokujący, do poziomu poniżej zera. I właśnie ten spadek wywołuje uczucie zemdlenia prozą Jastruna. I pozostawia poczucie miałkości.
Być może każde z tych opowiadań, gdybym przeczytała je w oderwaniu od siebie, osobno, wywołałyby lepsze wrażenie. Elementy zaskakujące przecież w nich istnieją. Tyle że w całości tworzą pewien constans. Wyróżnia się wśród nich nieznacznie chyba tylko Noc, opowiadanie, którego akcja dzieje się w noc wprowadzenia stanu wojennego. Może właśnie dlatego, że oprócz kontekstu zdrady małżeńskiej, ma wyraźną wartość dodatkową – obrazek z tamtego okresu.

Tomasz Jastrun, Gorący lód, Wydawnictwo Jacek Santorski & Co, Warszawa 2007

środa, 11 grudnia 2013

Mistyka nie dla mnie

Nie cierpię czytać książek we fragmentach. Stąd pomysł, że skoro na zajęcia mam przeczytać trzy rozdziały, to - a jakże! - przeczytam całą. Nie, nie dałam rady. Mistyka kobiecości, napisana na początku lat 60. XX wieku przez Betty Friedan, to czołowa książka drugiej fali feminizmu. Kobiety, które zostały wtrącone do roli matek, sprzątaczek, kucharek i opiekunek, którym mówiło się, że na tym polega mistyka bycia kobietą, są sfrustrowane. Friedan mówi, że to przez to, że życie Amerykanki na przedmieściach w dostatku, ale bez własnych zainteresowań, jest przyczyną problemów psychologicznych bardzo dużej grupy społecznej.

Betty Friedan (1921 - 2006)
http://cognoscenti.wbur.org/2013/02/20/feminine-mystique-caryl-rivers
Problem polega na tym, że kobiety uzyskały wykształcenie w college'u i inteligencją dorównują swoim pracującym mężom, ale zostały wyuczone myślenia o sobie wyłącznie w kategoriach kury domowej. W imieniu tych kobiet występuje Friedan, która wynosi ten problem z kuchni do przestrzeni publicznej. Kobieta ma się realizować zawodowo i nie sprowadzać swojego życia wyłącznie do funkcji biologicznej. Chwała Friedan za to! Jednak forma, w jakiej całość jest napisana, ukazująca kobiety jako pionki, które potrzebują rzecznika, jest dla mnie wymuszona. I, co tu dużo mówić, obraźliwa dla kilku grup kobiet: dla tych, które lubią bycie gospodynią domową, dla matek, których córki zostały gospodyniami domowymi, oraz dla kobiet, które uważają karierę za coś naturalnego i wcale nie potrzebują osoby, która wytłumaczy mężczyznom, że jej praca nie jest równoznaczna z utratą kobiecości. Bo pewnie mało kto by tak pomyślał. Owszem, istotny jest tutaj kontekst kulturowy, kwestie wychowawcze, różnice w edukacji i moda na marzenie o spokojnym życiu w dużym domu na przedmieściach. Błędne koło.
I jeszcze to, że odpowiedzialność za tę sytuację ponoszą wszyscy, ale nie same kobiety, które zrezygnowały z kontynuowania nauki i z pracy zawodowej. Wciąż powtarzana teza o zmarnowanym potencjale społecznym i o "nienazwanym problemie" (czyli frustracji wynikającej z tego, że niby wszystko jest w porządku, a jednak nie jest), była dla mnie męcząca. Czy przypadkiem nie jest tak, że jeszcze bardziej sfrustrowane są kobiety, które zajmują się domem i dziećmi, ale także pracują? Tylko że o tej grupie społecznej u Friedan ani mru mru. Dzięki temu łatwo jest jej utrzymać ciąg przyczynowo-skutkowy i mówić o tych biednych kobietach wtłoczonych w role biologiczne. Słowem - odpuściłam sobie czytanie całości po połowie książki. Na szczęście nie jest fabularna, więc nie mam wyrzutów sumienia. Nie jestem wyznawczynią owej mistyki kobiecości, ale Mistyka kobiecości też nie jest dla mnie. Feministki chyba zapominają, że jest wiele odcieni szarości.

Betty Friedan, Mistyka kobiecości, tłum. Agnieszka Grzybek, Wydawnictwo Czarna Owca, Warszawa 2012.

niedziela, 8 grudnia 2013

Dobry pisarz nie siedzi na fejsie

Słyszeliście kiedyś o Jonathanie Franzenie? Ja nigdy. Tak, wiem. Na  świecie żyję krótko, a moje zainteresowania to literatura polska, nie amerykańska. Ale ok, wierzę, że to autor bestsellerów i w ogóle geniusz. Otóż przeczytałam właśnie wywiad Katarzyny Surmiak-Domańskiej z tym autorem, zamieszczony w grudniowym numerze „Książek”. Tytuł tekstu: Nasza zagłada nadejdzie online. Temat: przede wszystkim stosunek do aktywności na portalach społecznościowych. Radykalne diagnozy. I doza snobizmu.

środa, 4 grudnia 2013

Zrozumieć, nie usprawiedliwiać – „Przypadek Adolfa H.”

Prowadzona dwutorowo powieść Érica-Emmanuela Schmitta pokazuje losy Adolfa Hitlera od momentu egzaminów wstępnych na wiedeńskiej Akademii Sztuk Pięknych. Jest także próbą napisania hipotetycznej biografii tego samego człowieka, który dostał się na studia malarskie i nigdy nie zajął się polityką.
Dużą wartością powieści jest równoległość narracji, a także budowanie napięcia pomiędzy dwoma, oddalającymi się od siebie, bohaterami. Hitler nie zdaje sobie sprawy ze swojej ułomności, jaką jest niemożność zbudowania relacji międzyludzkiej, a Adolf H. trafia z tym do doktora Freuda. Hitler podczas I wojny światowej działa sam, nie zaprzyjaźnia się, pracuje na swój własny rachunek jako posłaniec rozkazów, a Adof H, cały czas walczy u boku swoich przyjaciół i o nich pamięta. Hitler nie chce się przyznać do swojej porażki, wiedzie życie kloszarda i rozbudza w sobie nienawiść do nie-aryjczyków. To skutkuje przerodzeniu się żołnierza w wielkiego mówcę, który odwołuje się do najgorszych emocji, tkwiących w tłumach. Adolf H. nie rozumie antysemityzmu i nie chce go pojąć, żyje wśród cielesnych uciech, pozostaje Austriakiem i zaczyna zarabiać jako surrealista.

piątek, 29 listopada 2013

Mitologie w literaturze współczesnej

Dzisiaj coś z nieco innej beczki. O literaturze, ale bardziej przekrojowo.
Do zastanowienia się nad obecnością mitologii w literaturze skłoniły mnie zajęcia na uczelni, a upewniła lektura Stu lat samotności. Po dłuższej chwili myślę sobie, że jest to zjawisko dużo intensywniej obecne w literaturze, niż mogłoby się wydawać w pierwszym momencie.

niedziela, 24 listopada 2013

Kolumbijska mitologia – „Sto lat samotności” Márqueza

Nie ukrywam, że po tę książkę sięgnęłam z obowiązku przeczytania jej na zajęcia. Kilka lat temu przeczytałam Grę w klasy Cortázara i ta argentyńska powieść skutecznie zraziła mnie do kręgu literatury iberoamerykańskiej. O Stu latach samotności słyszałam wcześniej wiele bardzo różnych opinii. I jak było? Zaskakująco fajnie.
Jeśli chodzi o narratora – całkowita prostota obiektywnego trzecioosobowego sprawozdawcy. Dzięki niemu czytelnik, już przyzwyczajony do elementów fantastycznych, nie od razu spostrzega, jak dziwaczna jest rzeczywistość bohaterów. Cyganie mają latający dywan, więc nikogo nie dziwi wiele lat później latający balon. Piękna dziewczyna, która niosła z sobą śmierć, wstępuje do nieba, porywając prześcieradła, których strata jest bardziej dotkliwa niż magiczne porwanie Remedios. A czy to normalne, że Urszula i Pilar Ternera żyją ponad 140 lat?

sobota, 9 listopada 2013

„Pianistka” uwikłana w seksualność

Powieść austriackiej noblistki zaskakuje czytelnika, który nie spodziewał się po lekturze takich emocji. Duszna atmosfera uwięzienia w toksycznych relacjach z zaborczą matką połączona z intuicją językową autorki, którą doskonale słychać w polskim przekładzie Ryszarda Turczyna. „Słychać” nie jest tu przypadkowym słowem, ponieważ Pianistka to książka, w której muzyka stanowi więcej niż tylko tło wydarzeń.

piątek, 1 listopada 2013

Mo Yan i jego „Zmiany”

Krótka opowieść noblisty o sobie samym. Relacja z szeregu wydarzeń i okresów w życiu chłopca, młodego, a na koniec dojrzałego mężczyzny. Relacja, której tłem, a zarazem rytmem, są zmiany. Pierwszoosobowy narrator do opisów miejsc sprzed wielu lat dodaje krótkie kontrastujące opisy, jak wyglądają one teraz. Że wtedy miasto powiatowe było mieściną, a najwyższy był trzypiętrowy budynek starostwa, że Pekin wydawał się ogromny, choć był kilka razy mniejszy niż teraz. Że przywódca nie żyje i ludzie tłumnie odwiedzają mauzoleum z jego ciałem. W chińskiej rzeczywistości zachodzą zmiany. Zmiany w technologii i społeczeństwie. Czytelnik razem z narratorem śledzi los starego, wręcz mitycznego samochodu marki GAZ. W tym wszystkim jest także polityka, ale

sobota, 26 października 2013

Hesse tylko dla obłąkanych – „Wilk stepowy”

Powieść oscyluje wokół tematu odosobnionej jednostki – sugeruje to już sam tytuł. Wilk jest zwierzęciem, któremu tradycyjnie przypisuje się „ciemne” cechy: dzikość, nieokiełznanie, brak litości. Step natomiast jest synonimem samotności, pustki, otwartej, niezamieszkanej przestrzeni. Główny bohater, Harry Haller, nazywa siebie wilkiem stepowym. Utożsamia się z tą stworzoną przez siebie figurą, która z jego perspektywy stała się prostą metodą tłumaczenia sobie własnej osobowości i stosunku do otoczenia. Bo w nim, Harrym, cechy ludzkie spajają się z wilczymi. Poza tym czuje się inny i cały czas

wtorek, 15 października 2013

Jak sobie poradzić z Brownem?– Coś o „Inferno”

Mimo że thrillery Browna z literackiego punktu widzenia nie są eksperymentem, nie są  też ciekawe pod względem konstrukcji narratora czy jeszcze innych wyznaczników powieści, to jestem fanką książek tego autora. A ponieważ są jak trzymający w napięciu film akcji, postaram się napisać o Inferno tak, by nikomu nie zepsuć przyjemności sięgnięcia po tę książkę.
Wielu pisze na temat tej powieści, że jest schematyczna. Pewnie że jest. Spora doza historii, historii sztuki, superprzenikliwy Robert Langdon, który – niczym James Bond – w każdej książce pracuje z inną, młodą i piękną kobietą. Do tego zagadka ukryta w dziełach sztuki i architektury. No i tajemnica,

piątek, 11 października 2013

„Władca much” Williama Goldinga – człowiek jest potencjalnym mordercą

Nie spodziewałam się, że ta krótka powieść zrobi na mnie tak duże wrażenie. Grupa chłopców, którzy w wyniku katastrofy lotniczej znalazła się na bezludnej wyspie, stała się pretekstem do ukazania mechanizmów władzy.  I zasad, które rządzą ludzką naturą w sytuacji kryzysu.
Chłopcy musieli jakoś zorganizować swoje życie na wyspie. Wybrali przywódcę, ustalili dyżury przy utrzymywaniu ognia. Jednak porządek dość szybko zaczął się burzyć.  Wyłoniła się inna osoba, która zaczęła rościć sobie prawo do bycia wodzem. Trzeba było zatem zlikwidować tego pierwszego.
Silna osobowość jednego z nich, wprowadzenie grupowego rytuału i działanie w grupie sprawiły, że chłopcy nie wahali się zabić.

wtorek, 8 października 2013

„Imię róży” Umberto Eco – w labiryncie ksiąg i trucizn

Imię róży to nie tylko powieść kryminalna. To także nietypowa powieść historyczna oraz ukłon w stronę mocy, jaką mają książki. Kryminalna – bo czytelnik widzi kolejne trupy i razem z inteligentnym „detektywem”, szuka przyczyny tajemniczych śmierci. Historyczna – bo umieszczenie akcji w XIV wieku nie jest oderwane od realiów średniowiecznej Europy – są prawdziwi papieże, heretycy, rzeczywiste, historyczne spory.  Wreszcie jest to książka o książkach. Od początku jest jasne, że tajemnica śmierci mnichów leży w

piątek, 4 października 2013

„Doktor Żywago” Borysa Pasternaka – zagubieni w rewolucji

Nie ukrywam, że do sięgnięcia po tę książkę zachęciła mnie obejrzana kilka lat temu ekranizacja. Powolna, nieco leniwa akcja Doktora Żywago ma swój urok, tak jak z pewnością mają urok nieprzebyte lasy i dziewicze tereny północnej Rosji.
To nie jest powieść o lekarzu. To powieść o rewolucji. O tym, że jest to nieposkromiona siła, która rozdziela rodziny, krzywdzi dzieci i kaleczy dorosłych. Która nie pozwala kochać, a tych co kochają – brutalnie rozdziela. Narrator prowadzi czytelnika obok Jurija Andriejewicza

środa, 2 października 2013

Musierowicz widziana inaczej

W najnowszym numerze "Książek" przeczytać można ciekawy artykuł na temat propagandy światopoglądowej, która na przestrzeni kilkudziesięciu lat została zawarta w świecie przedstawionym serii Jeżycjada. Od razu przyznaję, że ostatnią książką z tego cyklu, którą przeczytałam, był nr 15. - Język Trolli. A dlaczego z wielką chęcią przeczytałam tę i poprzednich 14 powieści? Pewnie powód jest wspólny dla wielu dziewczyn - świat Borejków jest tak sympatyczny i ciepły, że staje się doskonałą alternatywą dla szkoły, w której nic się nie dzieje i odskocznią od nudnych (i trudnych) prac domowych z matematyki. To właśnie dzięki Jeżycjadzie miałam nawet epizod z nauką języka łacińskiego. I od tamtej pory zaczęłam marzyć, że mój dom będzie kiedyś pełen książek (i taki właściwie już jest).
Jednak, jako jedenasto- czy nawet piętnastolatka, nie doszukiwałam się u Małgorzaty Musierowicz nachalnej propagandy katolicko - prawicowego punktu widzenia. A w taki sposób serię podsumowuje autorka artykułu pt. Musierowicz jest w złym humorze, pani Eliza Szybowicz.
https://www.facebook.com/photo.php?fbid=562224837165457&set=a.212900992097845.58920.212900872097857&type=1&theater

Nie zaprzeczam, że jest inaczej - świat Borejków opiera się na rodzinie, tradycjach i czytaniu książek. I jest w tym urok ciszy, spokoju, bezpieczeństwa i dobrego humoru. Dlaczego tego nie polubić? Ja polubiłam. Natomiast nie zajrzałam do kolejnych po Języku Trolli powieści, ponieważ zaczęłam poszukiwać innych lektur. Trochę z racji wieku, a trochę z zainteresowań literackich, które rozwinęły się w kierunku eksperymentów. Poza tym - zaraz miało się zacząć liceum, a w liceum czasu na czytanie nie było. U mnie Musierowicz została takim wspomnieniem świetnego sposobu spędzania popołudni, chorób i wakacji, w podstawówce i gimnazjum. I nie uważam po latach, że Musierowicz mnie indoktrynowała, pisząc, że jedyny wartościowy mężczyzna to ten, który pół życia spędził na czytaniu książek i ma dobrą pracę, dzięki czemu ja będę mogła w przyszłości zająć się domem i uczyć dzieci łacińskich zwrotów.

Eliza Szybowicz, Musierowicz jest w złym humorze, "Książki" 2013, nr 3(10), s. 19-21.

sobota, 21 września 2013

Blogowe zawirowania

Nieco utknęłam. Doktora Żywago czyta się leniwie, a ja mam na niego niewiele czasu. Nie mówiąc o innych książkach. Jakoś przestrzeń rozmywa mi się między palcami. Jak się okazało, pierwsze wakacje mojego bloga wcale mu nie posłużyły. Zamiast częstszych wpisów - coraz większe przerwy. Nie obiecuję, że nastąpi jakieś przyspieszenie, ale mam nadzieję chociaż na wyrównanie tego wrześniowego zastoju w październiku. Ale to też zależy od kilku innych kwestii.
Pozdrawiam wszystkich, którzy tutaj zaglądają.
M.

niedziela, 1 września 2013

„Po słowiczej podłodze” Lian Hearn - towarzysząc walkom japońskich klanów

Tak jakoś wyszło, że dawno nie czytałam powieści przygodowej. Po pierwszą część cyklu Opowieści z rodu Otori sięgnęłam przez przypadek, szukając czegoś wygodnego do czytania w tramwaju czy pociągu. I myślę, że przeczytam kiedyś kolejne części cyklu, jeśli nadarzy się okazja. Po słowiczej podłodze to rzecz nieskomplikowana, a trzymająca w fajnym napięciu. Autorka odżegnuje się od tego, że jest to książka o Japonii, jednak niewątpliwie to właśnie inspiracja Japonią przebija z każdej strony powieści i całkowicie ją zdominowała. Każdy, kto czytał Shoguna, odnajdzie u Lian Hearn budowanie świata w bardzo podobny sposób. Nie jest to jednak wada, a zaleta tej powieści. Jest wojna klanów, jest miłość, są morderstwa i samobójstwa. Jest rytuał picia herbaty, nauka posługiwania się sztyletem i walka na miecze. Jest szesnastoletni pierwszoosobowy narrator, do którego czytelnik się przywiązuje i zraniony w przeszłości opiekun chłopca. Przywódca rodu Otori ma wiele wspólnych cech z Toranagą z powieści Clavella. Bliżej nieokreślony czas (gdzieś w epoce feudalnej) pozwolił na włączenie do powieści wielu elementów świata charakterystycznych dla Japonii. Są zamki, są misterne konstrukcje podłóg, które wydają dźwięki przy najlżejszym nacisku. Jest japoński honor i są najemni ninja. To wszystko doskonale komponuje się w jedną całość i zachęca do zanurzenia się w świat japońskich jedwabiów i pięknych ogrodów stworzonych przez mistrzów w swojej sztuce.

Lian Hearn, Po słowiczej podłodze, tłum. Barbara Kopeć - Umiastowska, W.A.B., 2005.

sobota, 24 sierpnia 2013

„Moment niedźwiedzia” Olgi Tokarczuk - a gdyby tak urozmaicić świat innymi zasadami?

Moment niedźwiedzia można by nazwać programową książką Olgi Tokarczuk. To zbiór tez, na których opierają się jej powieści, na przykład Prowadź swój pług przez kości umarłych.
Autorka podważa to, co oczywiste. Podstawowe zasady rządzące światem zastępuje innymi, które okazują się całkiem możliwe. Tak powstają heterotopie.
Dalej podaje czytelnikowi zapiski z różnych podróży. Stykanie się z innością to na swój sposób kontakt z heterotopiami, alternatywami do polskości. Tokarczuk przytacza także sytuacje, w których obcokrajowcy zwracali jej uwagę na brak logiki języka polskiego. Jednak czy ktoś kiedykolwiek powiedział, że jest on logiczny? Choć to może rzeczywiście nieco dziwne, że słowo „piesi” nie jest liczbą mnogą od rzeczownika „pies”.
Zwieńczenie tego zbioru spostrzeżeń stanowią refleksje z obecności autorki w świecie literackim. Zauważa, że jej wyobrażone światy, utrwalone w powieściach, mają potencjał wnikania w rzeczywistość. W ten sposób literackie heterotopie stają się realne.
Kiedy czytałam Moment niedźwiedzia, w którym autorka w ciekawy sposób diagnozuje stan polszczyzny i polskości, miałam dziwne wrażenie, że to nie jest pozycja pisana dla rodaka Olgi Tokarczuk, tylko dla osoby, która sięgnie po tłumaczenie. Całkowicie zbędne jest wyjaśnianie, co to Wawel czy kim byli Wyszyński i Narutowicz. Czytając te nawiasowe dopiski typu „(siedziba i miejsce pochówku polskich królów)” (s. 172) czy „o prymasie Wyszyńskim (zwierzchniku polskiego kościoła katolickiego w okresie PRL)” (s. 172), zauważyłam, że autorka – zamiast pomagać w lekturze – rozbija skoncentrowanego na lekturze czytelnika. Wydaje mi się, że to już rolą tłumacza jest uzupełnić książkę w odpowiednie przypisy tam, gdzie może się wydać niezrozumiała dla obcokrajowca.

Olga Tokarczuk, Moment niedźwiedzia, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, 2012.

piątek, 16 sierpnia 2013

„Los utracony” Imre Kertésza – refleksja nad oczywistością

Inne spojrzenie na Holocaust. Od wewnątrz, z żydowskiej perspektywy, ale zadziwiające akceptacją warunków stawianych przez hitlerowców. Nastolatek, który dopiero co pożegnał ojca, sam zostaje zabrany do obozu. Przechodzi przez selekcję w Oświęcimiu, dzięki podwyższeniu swojego wieku do 16 lat. Trafia do Buchenwaldu. Nie buntuje się, nie stawia. Szybko przyzwyczaja się do obozowych warunków, które uważa za zupełnie naturalne. Mimo że nie ma jeszcze piętnastu lat, pracuje, bo tak mu każą, stoi na wielogodzinnych apelach i zrywa się o świcie do pracy. Wszystko dlatego, że ktoś ustalił taki porządek dnia. Porządek, który dla pierwszoosobowego narratora ma głęboki sens. On jest Żydem, tamci Cyganami, inni Niemcami.

niedziela, 11 sierpnia 2013

„Madame” Antoniego Libery - tęsknota za upragnionym Zachodem

Książek, które czytam powtórnie, nie jest wiele. Szkoda mi czasu, który mogłabym spożytkować na to, czego jeszcze nie znam. Z Madame jest inaczej. Coś mnie do niej przyciąga niezmiennie od 5 lat, kiedy tę pozycję poleciła mi koleżanka z klasy.
Na szczególną uwagę zasługuje język powieści. Styl Libery może wydać się niektórym sztuczny lub męczący. Mnie zachwyca. Cechują go długie zdania, naszpikowane odniesieniami literackimi. A nade wszystko klasyczna poprawność językowa. Libera w doskonały sposób posługuje się polszczyzną. Czytelnik czuły na odpowiednie brzmienie, tempo i kulturę języka, od razu to dostrzeże.
Ta książka to nie tylko historia maturzysty, który zakochał się w nauczycielce francuskiego. To obraz Warszawy i jej instytucji

sobota, 27 lipca 2013

„Wyznaję” Jaume Cabré – pielgrzymka do prawdy

Na wstępie uprzedzam, że ta notatka zawiera informacje o tym, jak kończy się książka. W tej powieści nie chodzi jednak o zakończenie, ale o proces czytania. Zupełnie tak, jak w pielgrzymowaniu chodzi o to, żeby iść, a nie o to, żeby wrócić do domu.
Cabré napisał powieść, która mnie wielokrotnie zaskakiwała. Obszerna objętością, kryje w sobie mnóstwo wyjątkowych zabiegów kompozycyjnych. Idzie na przekór przyzwyczajeniom czytelniczym. Powieść jest retrospektywna, stanowi olbrzymich rozmiarów list, który główny bohater, Adrian Ardévol, pisze do swojej zmarłej partnerki, Sary. Pisze, ponieważ ma świadomość, że choroba niedługo zupełnie zniszczy jego umysł. To nie jest nic niezwykłego. List ten jest życiorysem Adriana. Czytelnik poznaje go jako chłopca zaniedbywanego przez uległą matkę i ojca, który wywoływał w jedynaku strach. Adrian miał się uczyć języków, bo tego chciał ojciec. I uczył się. Całe życie. Grał też na skrzypcach.
Skrzypce. To one są przedmiotem, który łączy narrację Adriana z opowieściami o inkwizycji, zamykanych klasztorach, z dramatem

piątek, 26 lipca 2013

Eco o spiskach, facebooku i Brownie

Jakiś czas temu trafiłam na archiwalny, drugi numer kwartalnika "Książki" (październik 2011). Znalazłam tam wywiad z jednym z najważniejszych współczesnych erudytów, z Umberto Eco. Rozmowa autora Cmentarza w Pradze z Miładą Jędrysik dotyczy właśnie spisków - tych zmyślonych i tych prawdziwych.
http://m.wyborcza.pl/wyborcza/1,105406,10260148.html?as=3
Eco mówi o tym, z jakim odzewem ze strony środowisk żydowskich i Watykanu spotkał się Cmentarz.... Także o tym, jakie zagrożenie dla słabo wykształconego społeczeństwa masowego niosły dziewiętnastowieczne powieści w odcinkach. I oczywiście o spiskach. Ponieważ Eco w swojej powieści w interesujący sposób, przez wprowadzenie fikcyjnej postaci wyjaśnia niektóre z zagadek, które do tej pory nie zostały wyjaśnione, rozmowa z dziennikarką schodzi właśnie na ten temat. Cezar, Berlusconi - polityka to jeden z wątków. Przemiany społeczne związane z portalami społecznościowymi - to kolejna kwestia. I wreszcie podważany przez Eco przepis na bestseller: "30 procent seksu, 30 procent suspensu, musi być bardzo długa"[1]. Sam autor mówi, że jego powieści zaprzeczają temu przepisowi, bo zamiast seksu "pakuję tam 30 procent łaciny"[2]. I clou programu dla wielbicieli Dana Browna. O ile twórczość Eco jest trudniejsza niż Browna, w gruncie rzeczy chwyt jest ten sam - wykorzystanie mocno ugruntowanego historycznie spisku do stworzenia trzymającej w napięciu akcji. Sukces książek Browna jest w gruncie rzeczy konsekwencją sukcesu Imienia róży czy Wahadła Foucaulta oraz idącym za nimi apetytem na spiski.


[1] Eco, Wszyscy mamy paranoję, rozmowa z Miładą Jędrysik, "Książki" 2011, nr 2, s. 13.
[2] Tamże

sobota, 13 lipca 2013

Jak fizyka ma pomóc w czytaniu poezji

Pozwolę sobie odwołać się do wpisu Nai z Jej blogu Literackie skarby świata całego. Może dzięki takiemu spojrzeniu kiedyś wrócę do poezji, której czytanie kilka lat temu przestało mi sprawiać satysfakcję. Wcześniej czytałam jej sporo, ale przestałam, bo... nie zrozumiałam, że należy do niej podchodzić jak do fizyki. Swoją drogą, w moim przypadku czas porzucenia poezji pokrył się z czasem porzucenia fizyki. Może, gdybym wytrzymała z tą drugą, także ta pierwsza nie przestałaby mnie fascynować.

http://literackie-skarby.blogspot.com/2013/07/o-zwiazkach-poezji-z-fizyka.html
Naiu, dziękuję Ci także za wskazówkę dotyczącą Ulissesa. Sądzę, że może mi się przydać ;). Ja, kiedyś w połowie gimnazjum, dzięki pewnej bibliotekarce, która podsunęła mi Świat Zofii, zafascynowałam się filozofią, zwłaszcza teorią platońską. Trudno cokolwiek zacząć i później zrozumieć bez porządnego przewodnika. Dla mnie na kilka lat stał się nim Gaarder. Natomiast osobom, które chcą zgłębić teatr współczesny w wersji Samuela Becketta, proponuję zajrzeć do Antoniego Libery. Przyszłym mediewistom natomiast polecam za przewodnika, co oczywiste - Umberto Eco, a orientalistom - Jamesa Clavella.

czwartek, 11 lipca 2013

„Barbarzyńca w ogrodzie” Zbigniewa Herberta - spacer wokół Notre Dame

Herbert zebrał w jednym tomie szkice o początkach i rozkwicie zachodnioeuropejskiej kultury i sztuki. To spojrzenie na Włochy i Francję z perspektywy człowieka wrażliwego, uznawanego jednak na Zachodzie za barbarzyńcę. Bo przecież Polska była krajem zza Żelaznej Kurtyny.
Szkice są uporządkowane chronologicznie – od naskalnych rysunków w Lascaux aż do upadku Bizancjum, czyli końca średniowiecza. Jest w nich dużo  prostego, czystego zachwytu nad sztuką, który bardzo przypadł mi do gustu. Mimo tego, że autor nazwał Henryka Siemiradzkiego twórcą kiczowatym. Mam słabość do jego sielanek rzymskich, nawet jeśli na tle innych malarzy Siemiradzki wypada słabo. Jednak wracając do Barbarzyńcy…
Herbert nie tylko mówi o tym, co widzi, ale też fantastycznie opowiada o specyfice twórczości średniowiecznej. Szczególnie godny uwagi jest szkic o budowie gotyckich katedr. Katedr budowanych według wiary, a nie projektów architektonicznych. To wszystko okraszone jest plastycznym językiem i fascynacją autora wszystkim, co związane ze sztuką. Stąd wiele porównań twórczości różnych artystów, przywoływania nazwisk, budowli, muzeów. Działa to jednak na korzyść zbioru i może stanowić doskonały wstęp do kształtowania swojego gustu malarskiego czy architektonicznego. Herbert wciąga nas w podróż po Europie, by spotkać wiele osób oraz poznać ich dzieła, które wpłynęły na obecny artystyczny charakter Europy.

Zbigniew Herbert, Barbarzyńca w ogrodzie, Wydawnictwo Dolnośląskie, 1996.